17.12.2025, 16:13 ✶
Był czystokrwisty. I to nazwisko było właściwie jedynym, co łączyło go z socjetą, do której we własnym mniemaniu nigdy tak naprawdę nie należał. Stronił od przyjęć, a i na większość z nich go nie zapraszano, wzdrygał się na myśl o pracy w Ministerstwie, życie spędzał włócząc się od wykopalisk do wykopalisk, a jeżeli nie zrobił czegoś bardzo gwałtownego – na przykład głośno każąc wielu osobom iść w diabły – to głównie z obawy o takie rzeczy jak finansowania i biurokracja. Kochał podróże, swoją pracę i nie potrzebował niczego innego, a i w pewnym momencie, studiując księgi historyczne, dotarło do niego, że rody czystej krwi kiedyś upadną – i że zważywszy na to, jak łatwo zafałszować pewne rzeczy albo ukryć prawdziwe ojcostwo, czyste wcale nie były.
Nie lubił mugolaków, ale paradoksalnie nie lubił i socjety, a choć z jednej strony własne korzenie chyba napawały go jakąś dumą, to z drugiej wiedział, że jego czysta krew jest skażona. Klątwą i chorobami.
Nie było żadnej wielkości do przekazania dalej. Tylko jeszcze więcej skażenia.
– W takim razie będę spodziewać się niespodziewanego – odparł i uniósł swój kufel z grzańcem, jakby wznosił za to toast, za własną, niespodziewaną śmierć. Upił kolejny łyk, wciąż smakujący tak samo, i może dlatego mniej ekscytujący niż ten pierwszy. – Najbardziej marynarski alkohol. Zawiera rum, wodę, sok z cytrusów. Na ciepło dorzuca się do niego cukier, miód, goździki, czasem i herbatę. Powstał, by zapobiegać szkorbutowi… chociaż myślę, że i tak by go wymyślili. W Europie lubią walczyć z chłodem alkoholami na gorąco – wyjaśnił, a potem uśmiechnął się półgębkiem na jej oburzenie. Sam zanurzył się na moment w dawnym wspomnieniu, smaku czekolady i bitej śmietany, pewnego zimowego dnia, niedługo po ukończeniu Hogwartu.
To nie tak, że nie lubił słodyczy: za bardzo lubił nowości, by jakiś smak wykluczać. Ale też rzadko któreś naprawdę robiły na nim wielkie wrażenie.
Tamten smak jednak nie tylko utkwił mu w pamięci, ale zapuścił korzenie w duszy i nikt, nic, nie smakowało jak czekolada wypita w Irlandii, słodka tamtego dnia, we wspomnieniu zabarwionym goryczą.
– Zdaje mi się, że wrzucili tu pomarańcze i maliny – ocenił, ale i przy tych całych testach, po prawdzie, mogli dostać kufle o zupełnie innych proporcjach zawartości. – Nie mów, że nie jesteś nimi zainteresowana – stwierdził, bo McGonagall była jedną z tych osób, które zawsze zdawały się mu żądne życia. Jak Leta. Jak Nell. Jak on. Wbrew pozorom nawet jak Ulysses, który po prostu nie umiał za tymi pragnieniami podążyć.
Jesień. Przeklęta jesień, chyba nastawiała go sentymentalnie.
- W jakim celu miałbym cię upijać, Guinevere? – spytał, równie zaczepnie jak ona.
Nie lubił mugolaków, ale paradoksalnie nie lubił i socjety, a choć z jednej strony własne korzenie chyba napawały go jakąś dumą, to z drugiej wiedział, że jego czysta krew jest skażona. Klątwą i chorobami.
Nie było żadnej wielkości do przekazania dalej. Tylko jeszcze więcej skażenia.
– W takim razie będę spodziewać się niespodziewanego – odparł i uniósł swój kufel z grzańcem, jakby wznosił za to toast, za własną, niespodziewaną śmierć. Upił kolejny łyk, wciąż smakujący tak samo, i może dlatego mniej ekscytujący niż ten pierwszy. – Najbardziej marynarski alkohol. Zawiera rum, wodę, sok z cytrusów. Na ciepło dorzuca się do niego cukier, miód, goździki, czasem i herbatę. Powstał, by zapobiegać szkorbutowi… chociaż myślę, że i tak by go wymyślili. W Europie lubią walczyć z chłodem alkoholami na gorąco – wyjaśnił, a potem uśmiechnął się półgębkiem na jej oburzenie. Sam zanurzył się na moment w dawnym wspomnieniu, smaku czekolady i bitej śmietany, pewnego zimowego dnia, niedługo po ukończeniu Hogwartu.
To nie tak, że nie lubił słodyczy: za bardzo lubił nowości, by jakiś smak wykluczać. Ale też rzadko któreś naprawdę robiły na nim wielkie wrażenie.
Tamten smak jednak nie tylko utkwił mu w pamięci, ale zapuścił korzenie w duszy i nikt, nic, nie smakowało jak czekolada wypita w Irlandii, słodka tamtego dnia, we wspomnieniu zabarwionym goryczą.
– Zdaje mi się, że wrzucili tu pomarańcze i maliny – ocenił, ale i przy tych całych testach, po prawdzie, mogli dostać kufle o zupełnie innych proporcjach zawartości. – Nie mów, że nie jesteś nimi zainteresowana – stwierdził, bo McGonagall była jedną z tych osób, które zawsze zdawały się mu żądne życia. Jak Leta. Jak Nell. Jak on. Wbrew pozorom nawet jak Ulysses, który po prostu nie umiał za tymi pragnieniami podążyć.
Jesień. Przeklęta jesień, chyba nastawiała go sentymentalnie.
- W jakim celu miałbym cię upijać, Guinevere? – spytał, równie zaczepnie jak ona.