Z rozleniwioną aprobatą poddawała się wędrówce jego dłoni, która nie śpieszyła się ani na moment, jakby każde przesunięcie miało własne znaczenie i ciężar intencji. Ciepło spływało po szyi, osiadało pod skórą, budząc w niej to osobliwe napięcie, gdzie przyjemność splata się z czujnością. Patrzyła na niego uważnie, z półuśmiechem zawieszonym między uznaniem a wyzwaniem, bo wiedziała, że taka bliskość jest bronią obosieczną — równie zdolną zniewolić, co zdradzić.
Myśl biegła niespokojnie, podszyta przekonaniem, że mężczyzna o takiej pewności musiał znać wiele kobiecych konturów, wiele westchnień i obietnic składanych bez pokrycia. I nie budziło to w niej zazdrości, raczej cichą, drapieżną satysfakcję. Skoro tak było, tym większą miała ochotę naruszyć jego spokój, wprowadzić zamęt w porządek, który zapewne uważał za nienaruszalny. Gdy uwolnił jej dłoń, pozwalając na ten drobny akt samodzielności, zbliżyła się jeszcze bardziej, poznając fakturę jego policzka, ciepło skóry i ledwie wyczuwalne napięcie mięśni.
— Raz wszakże może mnie mieć, jeden… — obecność stała się szeptem bez słów, obietnicą psoty i zapowiedzią gry, w której nie zamierzała być biernym elementem. Wiedziała już, że tej nocy nie chodziło o poddanie, lecz o przeciąganie liny — o przyjemność płynącą z tego, że każde z nich mogło stracić grunt pod nogami. — Byś uroczo mógł wspominać grzechy w czasie posuchy — Oczywiście tylko do momentu, w którym Aristov — wierny własnej naturze — postanowił wszystko zepsuć z rozmachem godnym wielkiej sceny. Zaśmiał się tym swoim śmiechem, zbyt lekkim jak na ciężar chwili, i oddalił się od niej o krok, potem drugi, jakby dystans był żartem, a ona jedynie rekwizytem w tej farsie. Brwi powędrowały ku górze w niemal teatralnym geście, zdradzając całą sekwencję gwałtownych przeobrażeń: zdumienie, irytację, wreszcie tę pieprzoną złość, która zawsze wybuchała w niej najgłośniej i najpiękniej. Nienawidziła go wtedy z pasją niemal godną miłości, z całą tą intensywnością, która paliła pod skórą i domagała się ujścia. — Блядь! Bądź przeklęty Aristov!
Usiadła na łóżku gwałtownie. Jedwab narzuty zaszeleścił pod jej ruchem, gdy prostowała plecy, przybierając pozę obrażonej królowej własnego królestwa. Spod przymrużonych powiek posłała mu spojrzenie ciężkie od jadu, ironii i tej komediowej przesady, która czyniła ją niebezpieczną i śmieszną zarazem. — поцеловать меня в зад! — Gdyby wzrok mógł uderzać, już dawno leżałby na deskach. Wargi zacisnęły się w krzywej linii, drżącej od słów, których nie wypowiedziała, bo wiedziała, że cisza bywa dotkliwsza. A on — cóż — on zdawał się doskonale o tym wiedzieć, co tylko podsycało jej furię, czyniąc ją niemal… rozkoszną w swojej własnej, absurdalnej intensywności.
No i miał mieć za swoje, bo gniew w niej nie znał półśrodków ani eleganckich pauz. Złapała go za szmaty w chwili, gdy ledwie zamierzał podnieść się z wyra, jakby ucieczka była równie naiwna co jego śmiech sprzed momentu. Materiał koszuli zaskrzypiał w jej palcach, a w ramionach napięły się mięśnie, wściekłe, drżące, gotowe na odwrót równie porządny, co brutalny w intencji — pragnęła go udusić jak ostatniego barana szykowanego na jutrzejszy obiad, bez sentymentu i z satysfakcją. Lecz on był ciężki, uparcie cielesny, zakotwiczony w łóżku niczym wyrzut sumienia, którego nie da się tak łatwo strząsnąć. Prychnęła tylko, sapnięciem pełnym frustracji, i dorzuciła do arsenału kolejne narzędzie zemsty — palce zaplątały się w jego włosy, szarpnęła bez ostrzeżenia, przyciągając go bliżej, by zaraz zdzielić go poduszką prosto w twarz.
— Już ja będę Twoją udręką, do śmierci i jeszcze dłużej… — Miękkość puchu była niemal komiczna wobec furii, która nią targała, lecz właśnie w tej grotesce tkwiła jej przewrotna przyjemność. Cała scena była nieporadnym tańcem gniewu i bliskości, w którym nienawiść ocierała się o śmiech, a absurd sytuacji tylko dolewał oliwy do ognia. No i przetrzymała tą poduszkę, umieraj!