Christopher, którego znała na co dzień nie zastanawiał się raczej nad tym co kto lubił i co kto czuł. Bardzo dobrze skrywał swoją empatię za grubą ścianą pewności siebie zmieszanej z zarozumiałością. Strategia, którą przyjął, plan na kreację samego siebie w oczach szerszej publiki, dla której stał się uosobieniem człowieka sukcesu, był w końcu projektantem mody, który roztaczał wokół siebie czar tajemniczości i luksusu; nie każda panna mogła choćby śnić o to, by nosić sukienki jego autorstwa. Ale był przy tym artystą, a oni zwykle byli wrażliwi na otaczający świat, czy było więc tak dziwne to, że na jedną chwilę tak wyłagodniał, a później zadał pytanie, które zostawiło Victorię w zdumieniu. Nie „jak było”, żadnego „ojej to straszne”, nie padło też „jak sobie radzisz”, nie – „czy ty naprawdę lubisz tę pracę?”
Było to doskonałe pytanie. Prawda była jednak znacznie bardziej skomplikowana i sięgała do dość smutnej rzeczywistości, w której Victoria interesowała się wieloma rzeczami i nie potrafiła się zdecydować na to, co chciałaby robić. Jej rodzina miała różne pomysły na jej przyszłość i z żadnego nie skorzystała, wybierając swoją drogę, która zresztą bardzo ją zweryfikowała.
– Tak naprawdę to najbardziej na świecie lubię warzyć eliksiry i z nimi eksperymentować – a na drugim miejscu była pielęgnacja kwiatów. Nie musiała odpowiadać, a jednak to właśnie zrobiła i ledwie zauważalnie kiwnęła przy tym głową. Raz. Miesiąc temu była tak bardzo przygnębiona wszystkim co się wydarzyło, odkąd podjęła pracę jako auror, że całkiem na poważnie rozważała zmianę departamentu i w ogóle kierunku kariery. Ale… lubiła też to, co robiła jako auror. Lubiła ten dreszczyk emocji, ryzyka, lubiła poczucie, że jest do czegoś potrzebna i że ma na coś wpływ.
– A mogłabym przysiąc, że masz regularne doświadczenie – odpowiedziała i uśmiechnęła się do Chrisa. – Próbowałam coś gotować odkąd wyprowadziłam się od rodziców, ale powiedzieć, że idzie mi beznadziejnie, to jak nic nie powiedzieć – dodała i westchnęła, niemalże cierpiętniczo, zaraz jednak pokręciła głową i machnęła ręką, którą uniosła, żeby przeczesać swoje długie włosy i przerzucić ich pasma na plecy. Od wczoraj miała w domu skrzatkę, którą zabrała, skoro ich dom rodzinny spłonął, a w Maida Vale było ich trochę więcej, nie potrzebowali więc kolejnego. – W sensie nie zrozum mnie źle, uważam to za fantastyczne, że tak dobrze ci wyszło, tym bardziej, skoro nie masz na to za bardzo czasu – w końcu co złego było w gotowaniu? Jasne, w bogatych, starych rodzinach zwykle zajmowały się tym skrzaty, ale jak tak o tym pomyśleć, to jedzenie było bodaj jedną z najważniejszych rzeczy w życiu człowieka. Nikomu nie powinno być wstyd dlatego, że gotuje, a już zwłaszcza, jeśli robiło się to dobrze.
– Herbata będzie w porządku, albo woda – mało to być może odważne, ale Lestrange wolała uważać na swoje gardło. – Muszę się oszczędzać, wiesz… – i wskazała zresztą palcem na swoja szyję. Miała przy tym nadzieję, że Chris zrozumie o co jej chodzi, tym bardziej, że kilka razy już, jak mówiła, to musiała odchrząknąć, bo momentami traciła głos. – Aż tak ci się dzieciaki wdają we znaki? Ile mają w ogóle lat? – zapytała jeszcze, odsuwając się, żeby Fąfel miał miejsce na nakrycie do stołu.