• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna Dziurawy Kocioł v
1 2 Dalej »
[11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy

[11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
18.12.2025, 03:01  ✶  
Patrzyłem na nią i miałem to ciche, uporczywe, ale przyjemne poczucie, że przy żadnej innej osobie świat nie układał mi się tak gładko, jakby wszystkie kanty nagle przestawały być problemem. Znikała potrzeba udawania, kalkulowania, mierzenia odległości. Przy niej byłem wersją siebie, którą rzadko wypuszczałem na świat - byłem sobą w odsłonie, której zwykle nie pokazywałem nikomu, najlepszej, jeśli miałem być uczciwy. Stałem przy niej, kiedy zamawiała napoje, czujny bardziej z przyzwyczajenia niż z realnej potrzeby, chociaż w obecnych czasach trudno było rozdzielić te dwa, tłum był gęsty, hałas narastał, ale dla mnie liczyło się tylko to, żeby nikt jej nie potrącił, nie zahaczył, nie wszedł w tę naszą niewidzialną przestrzeń prywatną.
Gdy przeszliśmy do stolika, nie rozlewając ani kropli grzańca, bez dwóch zdań uznałem to za dobry omen. Prue też, parsknąłem cicho, kręcąc głową, kiedy zaczęła snuć te swoje wyliczenia, ile kto musiałby wypić, żeby coś poczuć.
- Mam nieuczciwą pszewagę genetyczną, pszyznaję. Dziesięś takich to pewnie minimum, bym cokolwiek poczuł. - Stwierdziłem spokojnie, jakby to była uwaga o pogodzie. - Ale mam doble tempo, tszy na twój jeden to dlobnostka, więc teoletycznie moglibyśmy się tu najebaś jak posządni londyńczycy. - To było nie takie niespełnialne założenie, pytanie tylko, czy chcieliśmy to robić w warunkach jak takie.
Odruchowo zająłem miejsce plecami do sali i pozwoliłem, żeby to wszystko, co znajdowało się za mną częściowo po prostu przestało istnieć - tylko kątem oka kontrolowałem ruch, bardziej z przyzwyczajenia niż z realnej konieczności, a przynajmniej tak to dziś sobie wyjaśniałem. Mieliśmy chwilę przerwy od problemów świata doczesnego, los przestał nam rzucać kłody pod nogi, to był dobry moment, by odrobinę wyluzować. Uniosłem grzaniec w toaście i upiłem łyk, bez teatralnych grymasów. Smak był… Przyzwoity, ciepły, korzenny, wystarczający, żeby rozlać się po żołądku przyjemnym ciężarem - kiwnąłem głową, jakbym zatwierdzał werdykt, że dziś nie mieliśmy przeżyć kolejnej traumy. Prawdę mówiąc, w ogóle nie było tu nic do przeżywania, zero nowych doznań.
- Soczek. - Zawyrokowałem po pierwszym łyku, leniwie obracając kubek w dłoni. - Niezły, fakt. Dobly, pszyzwoity, ale jakby się człowiek postalał, to nawet by się nie zolientował, sze to alkohol. - Mruknąłem po kolejnym łyku, jeszcze raz kiwając głową, bardzo lekko. - To balsiej napój winoglonowy s ambicjami nisz coś, czym da się uczciwie się najebaś. Losgszewa, pachnie ładnie, lobi doblą atmosfelę w lokalu… I tyle. Do legend się tym nie pszechodzi, ale nie jest tlaumatyczny, to fakt. - Ten grzaniec był… Poprawny. Zdecydowanie bardziej jak jesienno-zimowy napitek niż coś, co mogłoby zwalać z nóg. Nie dało się go nazwać ani dobrym, ani złym, był dosyć mdły, płaski w smaku. W tym wypadku dziesięć nie miało być granicą, jeden mógł mi w zupełności wystarczyć. Zastukałem kciukiem o blat stolika, a moje spojrzenie na moment uciekło mi w bok, jakbym układał w głowie plan logistyczny, po czym wróciło do Prudence.
Przez krótką chwilę tak po prostu, bez słowa, obserwowałem ją przez krawędź kubka i myślałem, że to jest dokładnie ten widok, którego brakowało mi przez te wszystkie lata - miałem to ciche, ciężkie przekonanie, że właśnie tak powinno to wyglądać od zawsze. Policzki miała różowe, oczy błyszczały, wyglądała na zadowoloną w ten sposób, który zawsze sprawiał, że robiło mi się lżej w klatce piersiowej, a uśmiech… Ten uśmiech był dokładnie tym, co sprawiało, że reszta świata przestawała mieć znaczenie. Patrzyłem na nią bez wstydu, bez udawania, że zajmuje mnie coś innego, nie musiałem już odwracać wzroku.
- Wiesz - dodałem, jakby to była zupełnie niewinna uwaga - jeśli chodzi o lealne upicie się, to chyba jednak nie tutaj. Ten gszaniec jest miły, ale szeby coś poczuś musielibyśmy wypiś po wiadsze. - Przesunąłem palcem po krawędzi kubka, myśląc już kilka kroków do przodu. Oparłem łokieć o stół, nachyliłem się odrobinę w jej stronę, głos obniżyłem instynktownie, nie z czułości, tylko z tym konspiracyjnym tonem, który zawsze zwiastował głupi, ale kuszący pomysł.
- Piwniczka w domu wciąsz stoi. Butelki tesz. Te, któle miały „czekaś na specjalną okazję”. To chyba taka? - Zawiesiłem głos na moment. - S tego, co pamiętam, dziś wszyscy, któszy mogliby się tam pszypadkiem napatoczyś, mają wychodne. - Kącik ust znów mi drgnął. Uniósłem brew, ale bez przesady, bardziej jak ktoś dzielący się planem logistycznym niż prowokacją. - Moszemy się losiąść w galaszu. - Ciągnąłem dalej. - Jest chłodno, jest pszestszeń, jest klimat, jest gdzie postawiś wszystko, czego potszebujemy, na upaltego da się nawet zagszaś wino. I mam nieodpalte wlaszenie, sze zostało nam tam kilka… Niedokończonych splaw, zanim się stamtąd wyniesiemy. - Upiłem kolejny łyk grzańca i tym razem już się uśmiechnąłem, bo wizja zaczęła układać się sama. Nie powiedziałem tego wszystkiego na głos, ale przemknęło mi przez głowę, że to całkiem miła perspektywa, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że jutro, najpóźniej pojutrze, czekają nas te wszystkie dorosłe sprawy - teściowie, rozmowy, decyzje o mieszkaniu, o tym, co dalej, gdzie i jak, poważne miny, odpowiedzialne słowa. Teraz jednak siedzieliśmy przy małym stoliku w Dziurawym Kotle, z kubkami ciepłego wina w dłoniach, i miałem nieodparte poczucie, że zanim wejdziemy w ten etap, absolutnie zasługujemy na jeden wieczór totalnej, kontrolowanej katastrofy. Bez szeptów, bez ostrożności, tylko my, hałas i kilka bardzo dobrych butelek, które od dawna czekały na właściwy moment.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (5787), Prudence Fenwick (4533)




Wiadomości w tym wątku
[11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy - przez Prudence Fenwick - 12.12.2025, 23:33
RE: [11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy - przez Benjy Fenwick - 13.12.2025, 02:05
RE: [11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy - przez Prudence Fenwick - 14.12.2025, 19:32
RE: [11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy - przez Benjy Fenwick - 14.12.2025, 22:43
RE: [11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy - przez Prudence Fenwick - 15.12.2025, 01:36
RE: [11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy - przez Benjy Fenwick - 15.12.2025, 21:24
RE: [11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy - przez Prudence Fenwick - 16.12.2025, 16:10
RE: [11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy - przez Benjy Fenwick - 17.12.2025, 02:01
RE: [11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy - przez Prudence Fenwick - 17.12.2025, 21:22
RE: [11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy - przez Benjy Fenwick - 18.12.2025, 03:01
RE: [11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy - przez Prudence Fenwick - 18.12.2025, 18:04
RE: [11.10.1972] it smells like Yule | Prue, Benjy - przez Benjy Fenwick - 19.12.2025, 02:04

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa