18.12.2025, 13:02 ✶
"Byś uroczo mógł wspominać grzechy w czasie posuchy." I jakby nie patrzeć, to Alexander waśnie załatwił sobie taki akurat czas. Na swoje własne zawołanie, za swoje decyzje. Obydwoje grali w swoje gry, czasem grali wspólnie, czasem nie. Czasem mieli po prostu wspólny cel, który realizowali razem, alenajczęśniej jednak ich cele znacząco się różniły. Tak wyglądała ich codzieność. Wspólnie poranki. Śniadanie, po dwóch najodleglejszych krańcach stołu. Rozmowy, szczere tak że aż bolało, aby zaraz zmienić to wszystko w żart. Bo przecież ich wspólne życie było jednym wielkim żartem. Mogli udawać, mogli grać swoje role, ale żadne z nich nie chciało przyznać, że im zależy. No może Lena trochę teraz pokazywała, ale raczej było spowodowane to frustracją, której aktualnie doświadczała, a nie tym, że rzeczywiście jej zależało. Mogli jedynie tak orbitować wokół siebie.
Widząc więc jak Panna Karkaroff aż drżała ze złości, jak wykrzykiwała te swoje obelgi, Alexander zanosił się śmiechem. Mogła być groźna. Potrafiła. Wystarczy, że wyciągnęłaby różdżkę, że wymierzyłaby dobrze i rzuciła jakieś zaklęcie. Zamiast tego, przyczepiła się do jego koszuli, jak rzep psiego ogona.
-Дикая кошка показывает когти? - rzucił sarkastycznie, gdy tak go trzymała w swoim żelaznym uścisku, z którego przecież mógłby się wydostać, gdyby tylko chciał. Mimo to pozostawał w miejscu. Stał tam jak wryty, jakby jej dłonie zatrzymywały go w miejscu. I może tak było. Może to jej obecność zatrzymywała go w tym miejscu. Bo przecież czemu nie mógłby po prostu uciec z Anglii? Udać się jeszcze gdzieś dalej? Zostawić za sobą to wszystko. Cały ten bałagan. Całe to gówno, którego doświadczył do tej pory. Odpowiedzi był dwie. Yelena. Anatazja. I tylko to się liczyło. Tylko to zatrzymywało go w miejscu. Tylko to powstrzymywało go od robienia głupot... No dobra. Część tych głupot miała rację bytu właśnie przez Lenę, ale wiadomo o co chodzi.
Zaśmiewał się więc z jej agresji. Z tego jak pięknie wyglądała w swojej złości. Jak piękna była, gdy targały nią tak czyste emocje. Wiedział, że mimo tej całej wściekłości jaką go w tej chwili darzyła, nie zrobiłaby mu krzywdy. Nie prawdziwej. Nie fizycznej. Bała się uderzyć jego piękną twarz. Bała się jego gniewu..? Kto wie. Może. I to trochę ochłodziło Aristova. Myśl, że rzeczywiście mógłby wywoływać u niej strach.
Potem jednak oberwał poduszką. Uderzeniem, mocnym, agresywnym, złagodzonym jednak przez puch poduszki. Alexander , który jeszcze przed chwilą nie ukrywał rozbawienia, to teraz jej słowa jakoś dziwnie go dotknęły. Zaraz przestał się uśmiechać i chwycił jej dłoń, zanim zdążyła zamahnąć się poduszką kolejny raz. Spojrzał jej ze spokojem w oczy, jakby doszukiwał się tam jakiejść prawdy.
Ты мне это обещаешь? - spytał suchym tonem. Ten taniec, który prowadzili, namiętność z nienawiścią, to krążenie wokół siebie jak satelity na orbitach. -Obiecaj mi to. Że będziesz moją udręką. Do śmierci i dłużej.
Ton miał surowy, nakazujący. Może nawet nieco ostry. Jakby chciał wymusić na niej takie przyżeczenie. Jakby to było jedynym jego celem, najważniejszą rzeczą jaką miał do uczynienia. Puścił więc jej nadgarstek, delikatnie, ostrożnie, jakby tym razem bał się uszkodzić ten delikatny kwiat. Tę piękną lilię.
Widząc więc jak Panna Karkaroff aż drżała ze złości, jak wykrzykiwała te swoje obelgi, Alexander zanosił się śmiechem. Mogła być groźna. Potrafiła. Wystarczy, że wyciągnęłaby różdżkę, że wymierzyłaby dobrze i rzuciła jakieś zaklęcie. Zamiast tego, przyczepiła się do jego koszuli, jak rzep psiego ogona.
-Дикая кошка показывает когти? - rzucił sarkastycznie, gdy tak go trzymała w swoim żelaznym uścisku, z którego przecież mógłby się wydostać, gdyby tylko chciał. Mimo to pozostawał w miejscu. Stał tam jak wryty, jakby jej dłonie zatrzymywały go w miejscu. I może tak było. Może to jej obecność zatrzymywała go w tym miejscu. Bo przecież czemu nie mógłby po prostu uciec z Anglii? Udać się jeszcze gdzieś dalej? Zostawić za sobą to wszystko. Cały ten bałagan. Całe to gówno, którego doświadczył do tej pory. Odpowiedzi był dwie. Yelena. Anatazja. I tylko to się liczyło. Tylko to zatrzymywało go w miejscu. Tylko to powstrzymywało go od robienia głupot... No dobra. Część tych głupot miała rację bytu właśnie przez Lenę, ale wiadomo o co chodzi.
Zaśmiewał się więc z jej agresji. Z tego jak pięknie wyglądała w swojej złości. Jak piękna była, gdy targały nią tak czyste emocje. Wiedział, że mimo tej całej wściekłości jaką go w tej chwili darzyła, nie zrobiłaby mu krzywdy. Nie prawdziwej. Nie fizycznej. Bała się uderzyć jego piękną twarz. Bała się jego gniewu..? Kto wie. Może. I to trochę ochłodziło Aristova. Myśl, że rzeczywiście mógłby wywoływać u niej strach.
Potem jednak oberwał poduszką. Uderzeniem, mocnym, agresywnym, złagodzonym jednak przez puch poduszki. Alexander , który jeszcze przed chwilą nie ukrywał rozbawienia, to teraz jej słowa jakoś dziwnie go dotknęły. Zaraz przestał się uśmiechać i chwycił jej dłoń, zanim zdążyła zamahnąć się poduszką kolejny raz. Spojrzał jej ze spokojem w oczy, jakby doszukiwał się tam jakiejść prawdy.
Ты мне это обещаешь? - spytał suchym tonem. Ten taniec, który prowadzili, namiętność z nienawiścią, to krążenie wokół siebie jak satelity na orbitach. -Obiecaj mi to. Że będziesz moją udręką. Do śmierci i dłużej.
Ton miał surowy, nakazujący. Może nawet nieco ostry. Jakby chciał wymusić na niej takie przyżeczenie. Jakby to było jedynym jego celem, najważniejszą rzeczą jaką miał do uczynienia. Puścił więc jej nadgarstek, delikatnie, ostrożnie, jakby tym razem bał się uszkodzić ten delikatny kwiat. Tę piękną lilię.