• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence

[9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
18.12.2025, 16:20  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.12.2025, 16:23 przez Benjy Fenwick.)  
Nie potrafiłem powstrzymać uśmiechu, który rozciągnął mi się na twarzy, kiedy mówiliśmy o guście i demonach, o mroku i przysięgach w ten sposób, jakby to były najoczywistsze ingrediencje szczęścia. Naprawdę, gdyby ktoś mi to powiedział dziesięć lat temu, uznałbym, że powinien natychmiast odstawić eliksiry. Nie godziliśmy się na obojętność, nigdy, nawet kiedy udawaliśmy, że potrafimy żyć obok, wystarczy nam półśrodek, rozsądek, dystans. Latami rywalizowaliśmy, mijaliśmy się, wracaliśmy, krążyliśmy po tej samej orbicie, jakby to była gra losu, a nie oczywistość, ten zaś pchał nas sobie w ramiona więcej niż raz, nieskutecznie, dosyć pokracznie. Może dlatego w końcu przestał udawać subtelność i wepchnął nas na siebie z impetem godnym tarana, dopiero teraz nie było w tym żadnego przypadku ani drogi ewakuacyjnej - i dobrze, zadziwiająco dobrze. Stałem z nią na rękach, jakby to było najbardziej naturalne miejsce na świecie, i czułem tę dziwną, lekką pewność, że cokolwiek się teraz wydarzy, już się nie rozpadnie. Byliśmy po tej samej stronie, wreszcie jawnie, tym razem nie zamierzałem się wyplątywać z wyjątkowo jasnego układu, czy tam paktu, terminologia nie była aż tak istotna. Wiedziałem już, że wszystko, co najlepsze, zawsze prowadziło dokładnie tam, gdzie stała ona.
Byliśmy poobijani, doświadczeni, połamani w miejscach, których nie było widać, ale dokładnie dlatego potrafiliśmy sięgnąć po wszystko, bez udawania, bez półśrodków. Trzymałem Prue w górze cały czas, jakby podłoga była opcją czysto teoretyczną - i była, w końcu skoro zaczęliśmy nowe życie z przytupem, reszta ślubnych zwyczajów też była wymagana, co prawda, nie był to próg naszego domu, ale takie detale nie były dziś ważne. Wyjątkowo spontaniczna decyzja nie ciążyła, była jak obietnica, która wreszcie przestała wisieć w powietrzu i stała się faktem, siedziała we mnie jak werdykt, nie wyrok, który zapadł dawno temu, tylko potrzebował właściwego momentu, żeby wreszcie wybrzmieć. Stać razem przeciwko światu… Tak, to było dokładnie to, cholernie mi się to podobało. Ciężar znikał, kiedy decyzja była oczywista, a z nią zawsze taka była, nawet jeśli z boku wyglądało to na czyste szaleństwo.
- Pomyśleś, sze mało kto byłby w stanie uwieszyś w twoje wyjątkowo niebezpieczne plefelensje. - Parsknąłem śmiechem, krótko, bezwiednie, zdradzając się z tym, jak bardzo mnie to bawiło i rozbrajało jednocześnie. - Zawsze podejszewałem, sze masz balso splecyzowane upodobania, chociasz tesz pszes chwilę byłbym w stanie daś się nablaś. Na szczęście akulat w tym jednym pszypadku wyszło idealnie dla mnie, sze nie miałem lasji. - Parsknąłem cicho, pod nosem, bo ten kontrast między treścią a jej uśmiechem był nie do podrobienia. Nie wiedziałem, czy wyłapała ten moment, o którym mówiłem - pewnie nie, chociaż nie raz zaskakiwała mnie łączeniem faktów - najważniejsze było to, że prawda okazała się dużo lepsza od pozorów.
Apartament tonął w półmroku, Londyn za oknem pulsował światłem, a ja czułem, że wszystko, co najważniejsze, już się wydarzyło, reszta była tylko konsekwencją.
- Och, zauwaszyłem. - Odpowiedziałem żartobliwie, gdy już stanęliśmy przy oknie, patrząc na odbicie miasta w rzece za szybą. Nie dało się nie dostrzec tego, że nie prowadziliśmy praktycznie żadnych negocjacji, zanim zdecydowaliśmy się na to, by sformalizować więź, która nas łączyła. - Ale muszę pszyznaś, sze bycie pszypaltym do mulu pszes własną sonę ma w sobie pewien ulok. - Rzuciłem z rozbawieniem, kręcąc głową, jeszcze zanim zdążyłem to powstrzymać.
Zmrużyłem oczy dokładnie w tej samej sekundzie, w której padło słowo „rytuały”, w dodatku „dawne”, to był odruch, zawodowy, chociaż żartobliwy. Nie dało się tak po prostu rzucić w eter „ryzykowne, nieprzewidziane efekty” i liczyć, że przejdę nad tym do porządku dziennego.
- Powinienem się domyśliś. Ty niczego nie zostawiasz pszypadkowi, nawet kiedy udajesz, sze implowizujesz. - Odpowiedziałem w pierwszej chwili, a potem… Potem coś mi przeskoczyło. Przez ułamek sekundy patrzyłem na nią podejrzliwie, a potem… Coś kliknęło. Myśl wpadła mi do głowy z taką siłą, że aż uniosłem brwi wyżej, niż przystało poważnemu, świeżo poślubionemu mężowi - rozszerzyłem oczy wyraźniej, niż wypadało dorosłemu, żonatemu mężczyźnie stojącemu w luksusowym apartamencie. Przez moment jeszcze wierzyłem, że tej nocy nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć - obrączki, rytuał krwi, Savoy, demon na usługach czarnoksiężnicy - wszystko już było na stole.
- Nie. - Rzuciłem twardo, zdecydowanym głosem, z narastającą grozą podszytą absolutnym brakiem powagi. - Nie… Absolutnie nie. - Spojrzałem na nią, potem gdzieś w bok, jakbym próbował zobaczyć własną przeszłość zawieszoną w powietrzu. - Czekaj. Czekaj, czekaj. - Uniosłem palec, powoli, z rosnącym rozbawieniem i czymś bardzo bliskim teatralnemu zaskoczeniu. - „Dawno temu poczyniłam lytuały”? - Zamrugałem. - Nie. Nie, nie, nie… - Parsknąłem, unosząc już całą dłoń. - Czekaj. Chwileczkę. Chwila. - Powiedziałem powoli, z niebezpieczną uprzejmością w głosie. - Chwila, chwila, chwila. - Trzymałem ją cały czas na rękach, opartą o mnie, jakby była tam od zawsze, a jednak ta jedna myśl sprawiła, że spojrzałem na nią uważniej, o wiele uważniej, jakbym właśnie zobaczył ją po raz pierwszy, jakby w półmroku nagle zapaliło się światło w mojej głowie. - Melin cię pokasze… - Popatrzyłem na nią z tą mieszanką rozbawienia i absolutnego olśnienia, która musiała zdradzać wszystko. - To była blansoletka. - Powiedziałem to z pełnym przekonaniem, jak objawienie, przy czym zaśmiałem się krótko, niedowierzająco, jak ktoś, kto właśnie zrozumiał żart opowiedziany dwadzieścia lat za późno, a potem już poszło, bo kiedy Benjy Fenwick coś składa w całość, to robi to do końca, z rozmachem. Pokręciłem głową, bo im dłużej o tym myślałem, tym bardziej wszystko się zgadzało - fizyczny nośnik, coś, co nosiłem na sobie, coś, co dostałem, zanim nauczyłem się poprawnie rzucać Protego, zanim wiedziałem, jak nie dać się uwiązać na rzemyku. - Ta niewinna, lęcznie lobiona biszutelia. Szemień, kamienie, działanie „ochlonne”, oczywiście balso subtelne, bo pszeciesz byliśmy dziećmi. - Pokręciłem głową, uśmiechając się coraz szerzej. - Na Melina… Ty naplawdę wmanipulowałaś mnie w wieloletnią więś magiczną pszes plezent ulodzinowy. - Spojrzałem na nią uważnie w odbiciu w szybie, od stóp do głów, jakbym pierwszy raz w życiu oceniał ją jako potencjalne zagrożenie magiczne, patrząc na nią z takim skupieniem, jakbym właśnie analizował wyjątkowo podstępną klątwę warstwową. A potem parsknąłem śmiechem, już bez żadnej kontroli. - „Blansoletka pszyjaźni”. - Zrobiłem w powietrzu półcudzysłów palcami wolnej dłoni. - „Pszyjaźń”. - Powtórzyłem z wyraźnym rozbawieniem, przeciągając nazwę jak obelgę. - Chuja tam. To była wczesna welsja kontlaktu małszeńskiego. Nie „pakt s demonem”. Nie „impulsywna decyzja dolosłych ludzi”. Nie. Ty mnie zaploglamowałaś jako dzieciaka, a potem cielpliwie czekałaś, asz dolosnę do roli męsza. Ty mnie wtedy nolmalnie… Zaklepałaś. - Zaśmiałem się znowu, tym razem ciszej, bardziej pod nosem, bo im dłużej o tym myślałem, tym bardziej wszystko zaczynało do siebie pasować w sposób absolutnie niepokojący. - To był lytuał wiąszący, tylko zapakowany w dziecięcą biszutelię, o cię chuj, zalęczyliśmy się dwie dekady temu. Bez mojej świadomej zgody, dodam. Z tym „to nic takiego, po plostu plezent” tonem. Dałem się zlobiś na szalo w wieku, w któlym największym zagloszeniem magicznym była dla mnie placa domowa s eliksilów. - Prychnąłem z uznaniem. - Lata później dołoszyłaś lytuał klwi, oficjalnie zalegalizowałaś efekt. To była ustawka. Od początku. Była intencja „na zawsze”, był pszedmiot, był kontakt fizyczny, wieloletnia ekspozycja… Klasyka. Splytne. Balso splytne. - Uniosłem brew. - Powiedz mi tylko jedno. Skąd, do diabła, dwunastolatka wzięła taki pomysł? Musiałaś czytać jakąś księgę pisaną przez kogoś a naplawdę stalego, czystoklwistego lodu. - Dodałem z przesadną powagą. - Kto nolmalny myśli „lobię mu plezent, mosze pszy okazji zwiąszę go ze sobą na lesztę szycia”? W takim wieku ustawiaś sobie małszeństwo, to domena alystoklacji. - Pokręciłem głową z niedowierzaniem, ale uśmiech nie schodził mi z ust. Wiedziałem doskonale, że to byłby rytuał zbyt ciężkiego kalibru jak na dwunastolatkę, z naprawdę wysokiej półki, że to raczej moje serce robiło za najłatwiejszy punkt zaczepienia, ale nie mówiłem tego na głos, teoria była zbyt piękna - ta wersja wydarzeń była zbyt dobra, żeby ją psuć faktami. - Czy ty masz pojęcie, jak to bszmi s mojej pelspektywy? - Ciągnąłem, wyraźnie rozbawiony. - Ja tu całe szycie myślę, sze podejmuję własne decyzje, uciekam, wlacam, znikam s własnej woli, a tymczasem… Pyk. Dwunastoletnia czalnoksięsznica wlęsza mi biszutelię i bum. Tak naplawdę byłem na balso długiej smyczy. - Uśmiechnąłem się krzywo. - Muszę pszyznaś, sze twoje planowanie długotelminowe lobi wlaszenie. - Przyznałem bez oporów.
Nie było pośpiechu, nie było snu w planach, nie było niczego poza tym początkiem, który smakował obietnicą długą jak całe życie.
- Wanna jako pielwszy punkt ploglamu bszmi jak balso lozsądna decyzja. - A kiedy powiedziała o życzeniach, parsknąłem cicho, znowu tym niskim śmiechem, który zawsze zdradzał, że jestem jednocześnie rozbawiony i bardzo, bardzo zainteresowany - Wiele szyczeń - powtórzyłem z lekkim uśmiechem, ruszając w głąb apartamentu, w stronę łazienki, którą ktoś urządził z tą bezwstydną pewnością, że wszystko tu ma robić wrażenie - bszmi jak lista, s któlą poladzę sobie bez naszekania. Zwłaszcza sze najwylaśniej jestem tu od dawna na pełnym etacie. - Trzymałem ją pewnie, wysoko, była dokładnie tam, gdzie powinna, to było oczywiste, że nie będę rezygnował z tego przywileju, otwierając sobie uchylone drzwi przy pomocy barku i biodra. Postawiłem ją dopiero przy samej wannie, ale tylko na sekundę, wystarczająco długo, żeby sięgnąć po kran i odkręcić wodę - para zaczęła unosić się nad wanną, światło z zewnątrz odbijało się na jasnych kaflach - zaraz potem znów objąłem ją ramieniem, przyciągając bliżej, jakbym nie ufał grawitacji.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (7798), Prudence Fenwick (6940)




Wiadomości w tym wątku
[9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 12.12.2025, 18:16
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 13.12.2025, 23:34
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 14.12.2025, 16:57
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 14.12.2025, 21:32
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 15.12.2025, 04:19
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 16.12.2025, 20:54
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 17.12.2025, 20:30
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 17.12.2025, 22:18
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 18.12.2025, 16:20
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 18.12.2025, 20:57
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 21.12.2025, 17:18
RE: [9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 22.12.2025, 13:56

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa