19.12.2025, 01:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.12.2025, 01:05 przez Helloise Rowle.)
Może i niemagiczni używali tych samych ziół, co czarodzieje, lecz straszyli poza nimi takimi substancjami jak alprazolam, paracetamol i inne straszne klątwy, które nie mogły znaczyć nic dobrego. Bój się Bogini! Znaleźć taki odpad wkruszony do swojego eliksiru wiggenowego — zgroza.
— Nie śmiałabym się bawić. — Urażona czarownica skrzywiła się. Dotknęła ją nie wizja kontaktu z martwym ciałem, lecz uczynienia sobie ze śmierci zabawki. — Wysyłam im świece, kwiaty, wieńce. Aż tak cię to razi? Ty nie zapalisz dla mnie świeczki, gdy umrę? — zapytała niby-zmartwiona, widząc, jak Leviathan kręci nosem na tę jej współpracę.
Dramatyzowała? Trudno powiedzieć. Z pewnością na pijanego łatwiej było zrzucić winę, a odwinięcie się mu rozładowało skumulowane w Helloise niezadowolenie. Byli dzięki temu kwita, więc kolejną zaczepkę czarodzieja mogła podjąć z przyjemnością.
— Tak? Powiem o niej twojemu tacie. Będzie szczęśliwy, że robisz smocze bękarty brudnokrwistym dziewuchom? Jeśli urodzą się z tymi pięknymi oczami po tobie… lub czymś więcej… nigdy się ich nie wyprzesz — odbiła wyzwanie, wytrzymując gadzie spojrzenie. Ba, wydawała się ucieszona tym zwrotem rozmowy, który odsunął uwagę od niej i jej bardzo prawdziwych błędów na te jego insynuowane. — Śpisz tyle nocy w swoim łóżku w swoim domu. Jeśli czujesz się tu obco, to wyłącznie znak, że powinieneś bywać u mnie częściej.
Nie dbała o obecność żadnej dodatkowej duszy przy stole, niezależnie od tego, kto ją przyprowadzał. Astorie, Septimy i inne dziewczynki krążące wokół Rowle’a dawno przestały ją interesować, mimo że na początku — gdy zaczął uczęszczać do Hogwartu — każda taka laleczka zwracała jej uwagę. Ciężko Helloise przełknęła, że Leviathan przestał należeć do niej na wyłączność, którą wymuszała we wczesnym dzieciństwie ich domowa codzienność. Nagle on mógł wybierać wśród wachlarza koleżanek, gdy ona swoje koleżanki mogła liczyć na palcach jednej ręki.
Takie drobnostki jak przyjaciółki Leviego szybko jednak przestały mieć znaczenie — gdy tylko Helloise odrzuciła wszystko, co miała, i wszystko, co mogła mieć. Wtedy już tylko wystarczało, że nią nie gardził.
— Nie całkiem piernik. Ciasto à la piernik — wyprostowała czarownica, patrząc oceniająco, jak mężczyzna polewa sobie alkoholu. — Trucicielstwo to również sztuka. Całe szczęście masz dużo ziemi, gdzie nikt nie będzie szukał moich trupów.
Zajęła się wyciąganiem i przygotowywaniem składników — mąka, kakao, utarte jabłka, jajka, masło, miód, mnóstwo korzennych przypraw. I do pracy.
— Polewa czekoladowa — poinformowała, pilnując topiącego się w rondelku nad ogniem masła. — Czekoladę ze śmietanką dasz radę roztopić, mam nadzieję. — Pewności mieć nie mogła. Nie w tym stanie i nie z jego umiejętnościami manualnymi. — Jeśli masz odwagę, możesz domieszać do niej małe co nieco — stanęła na palcach i wyjęła z samego szczytu kuchennej szafki złocistą miksturę w szklanym flakonie — ale nie powiem ci co to. — Uśmiechnęła się przebiegle, zabierając znad ognia rondelek.
Wyniósłszy roztopione masło na taras dla szybkiego wystygnięcia, odnalazła czerwoną paczkę pozostawioną wcześniej tej nocy przez Lucy. Wzięła ją do domu i rozpakowała od razu na oczach Leviathana, rzucając papier pakunkowy na podłogę.
— Och, spójrz, ktoś mi coś zostawił. — Poczęstowała się jednym z podarowanych ciastek, nie myśląc o tym, czy to mądre raczyć się tajemniczym jedzeniem podrzuconym pod drzwiami. — To miłe. Też sobie weź, jeśli chcesz.
Krótko potem masa na ciasto piernikowe była gotowa i włożona do pieca, a składniki polewy wydane Leviathanowi. Helloise rozsiadła się na blacie kuchennego stołu, uwagę dzieląc między starania mężczyzny a fiolkę czerwonej cieczy, którą wyjęła ze swojego prezentu. Odkorkowała ją, powąchała, zanurzyła palec w soku i oblizała go ze smakiem.
— Malinowy — mruknęła w zadumie, zakładając nogę na nogę.
Najważniejszym pytaniem pozostawało, czy cwanej, przemądrzałej wiedźmie rzeczywiście nie spaliło się w czasie tej degustacji ciasto.
rzemiosło
Z pieca miało jednak wyjść o właściwym czasie, bez nieprzewidzianych efektów pirotechnicznych.
— Nie śmiałabym się bawić. — Urażona czarownica skrzywiła się. Dotknęła ją nie wizja kontaktu z martwym ciałem, lecz uczynienia sobie ze śmierci zabawki. — Wysyłam im świece, kwiaty, wieńce. Aż tak cię to razi? Ty nie zapalisz dla mnie świeczki, gdy umrę? — zapytała niby-zmartwiona, widząc, jak Leviathan kręci nosem na tę jej współpracę.
Dramatyzowała? Trudno powiedzieć. Z pewnością na pijanego łatwiej było zrzucić winę, a odwinięcie się mu rozładowało skumulowane w Helloise niezadowolenie. Byli dzięki temu kwita, więc kolejną zaczepkę czarodzieja mogła podjąć z przyjemnością.
— Tak? Powiem o niej twojemu tacie. Będzie szczęśliwy, że robisz smocze bękarty brudnokrwistym dziewuchom? Jeśli urodzą się z tymi pięknymi oczami po tobie… lub czymś więcej… nigdy się ich nie wyprzesz — odbiła wyzwanie, wytrzymując gadzie spojrzenie. Ba, wydawała się ucieszona tym zwrotem rozmowy, który odsunął uwagę od niej i jej bardzo prawdziwych błędów na te jego insynuowane. — Śpisz tyle nocy w swoim łóżku w swoim domu. Jeśli czujesz się tu obco, to wyłącznie znak, że powinieneś bywać u mnie częściej.
Nie dbała o obecność żadnej dodatkowej duszy przy stole, niezależnie od tego, kto ją przyprowadzał. Astorie, Septimy i inne dziewczynki krążące wokół Rowle’a dawno przestały ją interesować, mimo że na początku — gdy zaczął uczęszczać do Hogwartu — każda taka laleczka zwracała jej uwagę. Ciężko Helloise przełknęła, że Leviathan przestał należeć do niej na wyłączność, którą wymuszała we wczesnym dzieciństwie ich domowa codzienność. Nagle on mógł wybierać wśród wachlarza koleżanek, gdy ona swoje koleżanki mogła liczyć na palcach jednej ręki.
Takie drobnostki jak przyjaciółki Leviego szybko jednak przestały mieć znaczenie — gdy tylko Helloise odrzuciła wszystko, co miała, i wszystko, co mogła mieć. Wtedy już tylko wystarczało, że nią nie gardził.
— Nie całkiem piernik. Ciasto à la piernik — wyprostowała czarownica, patrząc oceniająco, jak mężczyzna polewa sobie alkoholu. — Trucicielstwo to również sztuka. Całe szczęście masz dużo ziemi, gdzie nikt nie będzie szukał moich trupów.
Zajęła się wyciąganiem i przygotowywaniem składników — mąka, kakao, utarte jabłka, jajka, masło, miód, mnóstwo korzennych przypraw. I do pracy.
— Polewa czekoladowa — poinformowała, pilnując topiącego się w rondelku nad ogniem masła. — Czekoladę ze śmietanką dasz radę roztopić, mam nadzieję. — Pewności mieć nie mogła. Nie w tym stanie i nie z jego umiejętnościami manualnymi. — Jeśli masz odwagę, możesz domieszać do niej małe co nieco — stanęła na palcach i wyjęła z samego szczytu kuchennej szafki złocistą miksturę w szklanym flakonie — ale nie powiem ci co to. — Uśmiechnęła się przebiegle, zabierając znad ognia rondelek.
Wyniósłszy roztopione masło na taras dla szybkiego wystygnięcia, odnalazła czerwoną paczkę pozostawioną wcześniej tej nocy przez Lucy. Wzięła ją do domu i rozpakowała od razu na oczach Leviathana, rzucając papier pakunkowy na podłogę.
— Och, spójrz, ktoś mi coś zostawił. — Poczęstowała się jednym z podarowanych ciastek, nie myśląc o tym, czy to mądre raczyć się tajemniczym jedzeniem podrzuconym pod drzwiami. — To miłe. Też sobie weź, jeśli chcesz.
Krótko potem masa na ciasto piernikowe była gotowa i włożona do pieca, a składniki polewy wydane Leviathanowi. Helloise rozsiadła się na blacie kuchennego stołu, uwagę dzieląc między starania mężczyzny a fiolkę czerwonej cieczy, którą wyjęła ze swojego prezentu. Odkorkowała ją, powąchała, zanurzyła palec w soku i oblizała go ze smakiem.
— Malinowy — mruknęła w zadumie, zakładając nogę na nogę.
Najważniejszym pytaniem pozostawało, czy cwanej, przemądrzałej wiedźmie rzeczywiście nie spaliło się w czasie tej degustacji ciasto.
rzemiosło
Rzut Z 1d100 - 60
Sukces!
Sukces!
Z pieca miało jednak wyjść o właściwym czasie, bez nieprzewidzianych efektów pirotechnicznych.
dotknij trawy