• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[12.1957] I think I’m prone to getting blinded when it’s bright | Aloysius, Prudence

[12.1957] I think I’m prone to getting blinded when it’s bright | Aloysius, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
19.12.2025, 15:50  ✶  
Było jeszcze przed północą… A może po północy… Czas tutaj biegł dziwnie, zupełnie nielinearnie, śnieg robił z Hogwartu kulę śnieżną, którą ktoś potrząsał zbyt długo. Siedziałem na parapecie z nogami podkurczonymi jak idiota, czapka z rogami renifera na mojej głowie była przekrzywiona, a w dłoni trzymałem prawie pustą butelkę, która absolutnie nie była tylko sokiem dyniowym, chociaż tak ją nazwałem na samym początku i tej wersji trzymałem się konsekwentnie.

- Heeeej, a wiesz… - Mruknąłem, kręcąc butelką i mrużąc jedno oko. Śnieg za oknem sypał gęsto, świat wyglądał sennie i trochę nieprawdziwie, a ja byłem w doskonałym nastroju, co samo w sobie było podejrzane. Mówiłem za dużo, wiedziałem o tym - wiedziałem też, że nie mówię o tym, o czym naprawdę myślałem. O tym, że patrzenie na nią było jak trafienie idealnego rzutu, kiedy tłum krzyczy, a ręce same wiedzą, co zrobić.

Głowę miałem lekko przechyloną, świat był przyjemnie miękki na krawędziach, a ja byłem zdecydowanie zbyt szczęśliwy jak na kogoś pokroju mojego nazwiska. Poważny ród, poważna krew, a ja wyglądałem jak choinkowa dekoracja, która urwała się z gałęzi i postanowiła zostać Gryfonem. Byłem szczęśliwy. Bezczelnie, głupio szczęśliwy.

- …i mówię ci, że to wcale nie jest astronomia stosowana, tylko zwykłe oszustwo optyczne, bo jakbyś naprawdę policzyła te wszystkie… Te… No te punkty - machnąłem ręką w stronę sufitu, trafiając mniej więcej w nic - to by się nie zgadzało, wiesz? Zupełnie by się nie zgadzało.

Oparłem czoło o zimną szybę, zostawiając na niej mglisty ślad oddechu i rysując palcem ciąg run. Nie dokończyłem. Straciłem koncentrację. Śnieg za oknem wyglądał jak zaczarowana tapeta, ktoś musiał ją poruszać palcem, bo wszystko płynęło.

Kamień pod plecami był chłodny, ale nieprzyjemnie przyjemny, a światło świec rozmazywało się w złote plamy, jakby ktoś przeciągnął po nim pędzlem. Śmiałem się chyba z niczego, z własnych myśli albo z tego, że naprawdę siedzieliśmy tu razem, jakby ostatnie lata były tylko kiepskim żartem.

- …mówię ci, że to absolutnie nie był plan. - Mamrotałem, oparty plecami o ścianę przy oknie, a świat kiwał się ze mną w bardzo uprzejmym tempie. - To znaczy był, ale taki… Luźny. Planopodobny.

Zapasy. Ktoś skitrał butelki w tubach po mapach przy astrolabium, a ja, naturalnie, odkryłem je pierwszy. Sok dyniowy był mój, brandy była znaleziona, a znalezione rzeczy, jak powszechnie wiadomo, nie mają właściciela. Poza tym była noc Yule, Merlin by mi wybaczył.
- …móóówię ci, że to nie on, on by to na pewno chował gdzieś indziej, bo kto normalny trzyma brandy obok Andromedy, co nie, a on to jest… No, ten, no… Wiesz… - Urwałem sam sobie, bo język zaplątał mi się o własne myśli, a te i tak były już daleko przed nami.

Śnieg przyklejał się do szyb, a ja wystukiwałem palcami jakiś bezsensowny rytm, próbując udowodnić światu, że nadal mam kontrolę nad kończynami. Nie miałem. Miałem za to doskonałe poczucie, że to jest dokładnie to miejsce, w którym powinienem być, nawet jeśli jutro będę się tego wypierał.

- Ej… Uważaj. - Mruknąłem, kiedy butelka brandy przechyliła się niebezpiecznie. - To jest…Strategiczny alkohol. W tym domu nie rozlewamy strategicznego alkoholu. - Podkreśliłem. Symetria czy tam równowaga była ważna, zawsze była, dlatego pozwoliłem jej oprzeć głowę na moim ramieniu, bo ciężar się rozkładał, a ja byłem stabilny - przynajmniej w teorii, w praktyce byłem schlany jak stodoła, ale to detal.

Prudence miała na sobie granatowy sweter z nietoperzem. Ręcznie robiony, co było widać po tym, że nie był idealny. Idealne rzeczy zawsze były podejrzane. To było ważne, nawet jeśli nie umiałem wytłumaczyć dlaczego. Nietoperz wyglądał, jakby wiedział więcej niż my oboje. Śnieg tańczył za jej plecami, a ja pomyślałem, że astronomia to oszustwo, bo prawdziwe gwiazdy trzymają się ludzi.

Śmiałem się za głośno. Oparłem się o ścianę przy oknie i udawałem, że patrzę na zaczarowane sklepienie, chociaż gwiazdy śmigały mi przed oczami jak znicze na wietrze.

- …nie, nie, to wcale nie tak, bo widzisz, psor od astronomii na pewno nie liczył tych butelek, on tylko udaje, że liczy, a jak udaje, to się nie liczy, to… To jest logika, Sun, czysta logika… - Wypiłem kolejny łyk i zaśmiałem się sam do siebie, za głośno, zdecydowanie za głośno.

Czapka z rogami renifera zsunęła mi się na jedno ucho. Nie poprawiłem jej. Była idealna dokładnie taka, jaka była. Brandy psora smakowała jak zdrada regulaminu i zwycięstwo jednocześnie, zważywszy na robienie tego z kimś, kto zazwyczaj do bólu szanował regulamin, a ja byłem wystarczająco schlany, żeby uznać to za poezję.

Śmialiśmy się jak idioci, jakby trzeci rok nigdy się nie wydarzył, jakby listy nie urwały się nagle, jakby rywalizacja była tylko kiepskim snem po obiedzie.

Kamienna posadzka lekko falowała, jak jezioro przy brzegu, a gwiazdy za oknem wyglądały, jakby ktoś je dopiero co powiesił i nie zdążył dobrze przymocować. Pachniało kurzem, zimą i tym podejrzanie porządnym alkoholem, który absolutnie nie powinien znajdować się w szkolnej wieży. Psor od astronomii był albo geniuszem, albo alkoholikiem. Stawiałem na obie opcje naraz.

- Widzisz. - Powiedziałem, patrząc na sufit, bo gwiazdy na zaklętym nieboskłonie wewnątrz były mniej ruchliwe niż te za oknem. - To jest… Hy. To jest prawdziwa nauka. Astronomia. Obserwacja. Praktyczna. Otwarty umysł.

Świece w kandelabrze w wieży astronomicznej dogorywały powoli, a ja siedziałem przy oknie, jak król idiotów, w czapce z rogami renifera przekrzywionej o dobre trzydzieści stopni, z butelką, która zdecydowanie nie była sokiem dyniowym, chociaż jeszcze godzinę wcześniej mógłbym przysiąc, że była. Długie nogi nie mieściły mi się sensownie na tym przeklętym parapecie, więc jedna zwisała, druga była jakoś podwinięta. Prue, mniejsza, lżejsza, idealnie pasowała w tę dziwną konfigurację. Oparła się o mnie mocniej, a ja bez zastanowienia objąłem ją ramieniem, jakby to było oczywiste rozwiązanie problemu architektonicznego.

Pamiętałem za dużo rzeczy jak na kogoś, kto twierdził, że „to przeszłość”.
- Pamiętasz… - Powiedziałem i parsknąłem śmiechem. - Nie, nieważne. Pamiętasz wszystko. Ty zawsze pamiętasz wszystko. - Parsknąłem śmiechem sam do siebie, bo to było szalenie trafne, a świat zdecydowanie doceniał trafne obserwacje. Oparłem policzek o jej skroń na krótką sekundę, bo mi się zakręciło i kamień był zimny, a ona była ciepła. To też było logiczne.

- Ej, nie wierć się… - Mruknąłem niewyraźnie, kiedy poruszyła się odrobinę. Kręciłem sobie jej włosy na palcu, bo były miękkie i ciemne, i idealnie mieściły się między palcami, a ona opierała głowę o moje ramię, bo tak było wygodniej podawać butelkę. Logiczne. Bardzo logiczne.

- Nie ruszaj się. - Mruknąłem z koncentracją. Jeden pukiel. Ciemny. Miękki. Absolutnie fascynujący problem manualny. - To… To jest ważne. Węzeł. Magiczny. Na szczęście. Albo na… Na coś. - Czapka znów mi opadła na oczy. Poprawiłem ją bez sensu.

Byłem absolutnie przekonany, że to najlepsza rozmowa, jaką prowadziłem od miesięcy. A może od lat. Śnieg za oknem padał gęsto, wielkie płatki kleiły się do szyb, a ona była obok. Za blisko. Albo dokładnie tak blisko, jak powinno się siedzieć. To była duszna myśl, nagle zrobiło mi się gorąco.

Ciągnęło mnie do niej w sposób zupełnie nieakademicki. Nie jak do rywalki, nie jak do dawnej przyjaciółki, tylko jak do kogoś, przy kim zapomina się o całej tej rodowej sztywności. Udawałem, że to tylko alkohol i święta, i ta wieża, która zawsze sprzyjała złym decyzjom.

- Chodź. Choooodź. Tu jest… - Machnąłem ręką w stronę drzwi na taras, prawie tracąc równowagę. - Tam jest lepiej. Gwiazdy są… Bardziej. Bardziej gwiaździste. Tak się mówi. - Zanim zdążyłem to przemyśleć, złapałem ją za rękę, po prostu, naturalnie, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie - ciepła dłoń w mojej, sekundę później już ciągnąłem ją za sobą w stronę wyjścia, potykając się o własne nogi, bo były za długie, a sale Hogwartu ewidentnie projektowano dla ludzi o rozsądniejszych proporcjach. - Chodź. Chodźchodźchodź. - Mamrotałem szybko, słowa skleiły mi się w jedno, gdy ciągnąłem ją ku drzwiom. Sok dyniowy z procentami brzmiał niewinnie, brandy już taka nie była. Kamień na podłodze zrobił się śliski, jak lód na błoniach, i nagle nogi pamiętały inne prawa fizyki.

Śmiałem się pod nosem, otwierając drzwi barkiem. Zimno uderzyło mnie w twarz, ale było dobre, orzeźwiające. Taras wieży astronomicznej tonął w bieli, a niebo wyglądało, jakby ktoś je wypolerował na święta, śnieg skrzypiał pod butami, noc była tak czysta, że aż bolały oczy.
- Zobacz. - Powiedziałem miękko, wskazując niebo, chociaż nie bardzo wiedziałem, co dokładnie. - One naprawdę tam są. Wszystkie. I żadna nie spada. To uspokajające. - Śnieg sypał, ale niebo było ciemne, ogromne. Świat na zewnątrz był pusty, wyludniony. Oczywiście, że był. Kto normalny wychodzi na taras po północy w środku zimy?

Śnieg osiadał mi na rzęsach, otarłem go rękawem, chybocząc się krok w bok, zdecydowanie zbyt blisko krawędzi tarasu. Zrobiłem półobrotu, jakbym był na boisku, nie na wieży.
- Spokojnie, Bletchley… Sun… Sunny, nie spadnę, Słoneczko, mam przecież doskonałe wyczucie przestrzeni. - Dodałem, chociaż świat właśnie wykonał piruet bez mojej zgody. Parsknąłem śmiechem, bo to było obiektywnie zabawne.

Dzwony.
Zadzwoniły dzwony. Najpierw jeden ton, potem drugi, aż dotarło do mnie z opóźnieniem, że to północ. Teraz. Wcześniej musiało jej jeszcze nie być. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że coś jest nie tak. Bardzo nie tak. Stałem chwilę bez ruchu, mrużąc oczy, jakby to miało pomóc mi policzyć cokolwiek.
Północ. Yule. Święta.
- O, kurwa. - Powiedziałem zupełnie szczerze, prostując się gwałtownie, aż rogi czapki podskoczyły.
Odwróciłem się do niej z miną człowieka, który właśnie zrozumiał, że zapomniał o czymś kosmicznie ważnym. Śnieg osiadał jej na ramionach, a ja uznałem, że to bardzo niesprawiedliwe, że świat potrafi tak dobrze ustawić kadr bez pytania mnie o zdanie.
- Okej. Okej, słuchaj. - Uniosłem palec wskazujący, chyba miałem coś bardzo ważnego do zakomunikowania. Zmrużyłem oczy, próbując zebrać myśl. - Jest… Jest Yule. Było. Jest. Kurwa. - Zmarszczyłem czoło, skupiony. - I ja… Ja nie dałem ci prezentu. To… To nie tak, że zapomniałem. To znaczy zapomniałem, ale… Ja… Ja nic ci nie dałem. - Wymamrotałem. Zamilkłem na dokładnie dwie sekundy, wyraźnie oburzony sobą samym. - To znaczy… Nie że musiałem, bo technicznie to… To my jesteśmy… No, wiesz… Skomplikowani. - Spojrzałem na nią z wyraźnym poczuciem winy, które było absolutnie nieadekwatne do naszej oficjalnej relacji. - To znaczy… Wiem, że technicznie rzecz biorąc to nie jest… No, że my… Ale to nie ma znaczenia, bo to było Yule. To nie tak, że nie chciałem. Ja po prostu… - Prychnąłem. - No, dobra, nie pomyślałem. Ale! - Nachyliłem się do niej, zbyt blisko, znowu z tym głupim, szerokim uśmiechem. - Na urodziny. Na urodziny dostaniesz prezent. Najlepszy. Przysięgam na… - Spojrzałem na swoje ręce. Uśmiechnąłem się do niej szeroko, ciepło, bezczelnie, zupełnie jakby to było oczywiste, że będę kupował jej prezenty, jakby to była normalna kolej rzeczy. - Na miotłę. Na dwie miotły! Ale miotły ci nie dam, rozumiesz? - Pochyliłem się bliżej, mówiąc ciszej, jakby to była tajemnica. - Nie chcę ci zrobić… No, wiesz… - To by było niedopuszczalne. Katastrofa. Koniec świata.

- Zimno ci? - Mruknąłem. - Taras jest głupi. Ale ładny. Ty też jesteś… To znaczy… Nie jesteś… To znaczy… Jesteś, ale… Rozumiesz? - Machnąłem ręką, gubiąc sens, po czym znów się zaśmiałem. - Chodź bliżej. - Zrobiłem coś głupiego - zsunąłem czapkę z głowy i założyłem ją jej na głowę, zdecydowanie zbyt ostrożnie jak na pijaka, a jednocześnie zbyt szybko, jakby ktoś mógł mnie złapać za nadgarstek. - Tak jest lepiej. - Uśmiechnąłem się do niej krzywo, miękko, zupełnie bezbronnie.

Taras był śliski, gwiazdy migotały, a ja rozłożyłem ręce, jakbym miał zamiar objąć pół Szkocji. Nawet nie zauważyłem, kiedy zamiast tego objąłem ją ramieniem, zupełnie naturalnie, jakby tak było od zawsze. Przyciągnąłem Prue bliżej do siebie, bo wiatr był bezczelny.
- Nie zimno ci. - Powtórzyłem, bardziej stwierdzając fakt niż pytając, i poprawiłem jej pozycję przy sobie.

Śnieg osiadał na ramionach Prudence, więc odruchowo strzepnąłem go dłonią, poprawiając jej sweter z nietoperzem, bardzo uważnie. Parsknąłem śmiechem, nachylając się bliżej, żeby mu się przyjrzeć, i zupełnie zapomniałem o dystansie, byliśmy za blisko, ale to było w porządku. Przecież zawsze byliśmy blisko. Tak?

- Weso–wesołego… Tego tam. - Skinąłem głową, jakbym właśnie wygłosił coś niezwykle ważnego. Przyciągnąłem ją bliżej, patrząc w niebo, gdzie gwiazdy faktycznie wydawały się bardziej gwiaździste niż zwykle. Potem opuściłem spojrzenie. Drobne śnieżynki osiadały na jej swetrze, tym granatowym z nietoperzem. Pomyślałem, że to najładniejsza rzecz, jaką dziś widziałem, a widziałem gwiazdy. W tym jednym momencie miałem absolutną pewność, że to najlepszy moment w całym 1957 roku. Stałem tam, osiemnastoletni, pijany, zbyt pewny siebie i kompletnie nieświadomy, że zachowuję się jak chłopak, który właśnie znalazł swoją dziewczynę, nawet jeśli w mojej głowie to wciąż była tylko noc, święta i dawna przyjaźń, która nagle wróciła cała, ciepła i niebezpiecznie blisko.



[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (12560), Prudence Fenwick (6517)




Wiadomości w tym wątku
[12.1957] I think I’m prone to getting blinded when it’s bright | Aloysius, Prudence - przez Benjy Fenwick - 19.12.2025, 15:50
RE: [12.1957] I think I’m prone to getting blinded when it’s bright | Aloysius, Prudence - przez Prudence Fenwick - 19.12.2025, 17:20
RE: [12.1957] I think I’m prone to getting blinded when it’s bright | Aloysius, Prudence - przez Benjy Fenwick - 19.12.2025, 20:38
RE: [12.1957] I think I’m prone to getting blinded when it’s bright | Aloysius, Prudence - przez Prudence Fenwick - 19.12.2025, 21:38
RE: [12.1957] I think I’m prone to getting blinded when it’s bright | Aloysius, Prudence - przez Benjy Fenwick - 20.12.2025, 21:21
RE: [12.1957] I think I’m prone to getting blinded when it’s bright | Aloysius, Prudence - przez Prudence Fenwick - 20.12.2025, 23:54
RE: [12.1957] I think I’m prone to getting blinded when it’s bright | Aloysius, Prudence - przez Benjy Fenwick - 21.12.2025, 14:01
RE: [12.1957] I think I’m prone to getting blinded when it’s bright | Aloysius, Prudence - przez Prudence Fenwick - 23.12.2025, 21:38
RE: [12.1957] I think I’m prone to getting blinded when it’s bright | Aloysius, Prudence - przez Benjy Fenwick - 25.12.2025, 04:46

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa