03.03.2023, 18:57 ✶
To było niemożliwe. Mniej prawdopodobne niż to, że dokonał przełomowego odkrycia i rzeczywiście przeniósł się gdzieś za pomocą czarów. W pierwszym odruchu pomyślał, że zwyczajnie się pomylił, że tak naprawdę wpadł na na przykład wyjątkowo tego dnia wyelegantowanego woźnego i ten zaraz zdzieli go przez łeb mokrym mopem, bo tak, mieli ze sobą zatarg będący wynikiem absolutnie nie złośliwości, a zwykłego roztargnienia Mortimera, który raz czy dwa zupełnie niechcący śmignął podeszwą roboczego chodaka po mokrej jeszcze posadzce, co zostawało odbierane jako osobista zniewaga i doprowadzało woźnego do czystej furii. I o ile faktycznie pierwszy rzut oka na postawną sylwetkę czy dyskretnie poskromione Ulizanną włosy mógł dawać złudne wrażenie że to ktoś obcy, o tyle ściskające pstrokaty materiał mieniącej się każdym istniejącym odcieniem fioletu szaty dłonie i zawadiacki błysk czający się w oczach podczas uśmiechu były tak bardzo znajome, jakby czas się w nich zatrzymał te trzynaście lat temu. I nie do podrobienia przez choćby najwierniejszego sobowtóra. Usilnie próbował wydać z siebie jakiś inny dźwięk niż spazmatyczny świst spanikowanego gumochłona w agonii, ale nie dał rady, tak samo jak przywołać na twarz uśmiechu, gdy Levi wykazał się trzeźwością umysłu równie godną podziwu co wcześniej refleksem. Dopiero zadane chwilę później pytanie jakby nieco go otrzeźwiło - a może po prostu minęło wystarczająco dużo czasu, by odzyskał zdolność mowy.
- Dlaczego... tyle ci zajęło, żeby mnie złapać. - odparł bez zastanowienia, łapiąc w końcu głębszy oddech który pozwolił na wypowiedzenie pełnego zdania i odruchowo odwrócił się przez ramię w ślad za wzrokiem rozmówcy, żeby skontrolować, czy rzeczywiście nikogo za nim nie ma. Na pewno nikt go nie gonił? Po co właściwie biegł? Przez chwilę sam już zwątpił - we wszystko, łącznie z tym czy Prewett nie jest czasem wytworem jego wycieńczonego umysłu. Jakimś ministerialnym mirażem. Skupił znów uwagę na jego osobie, a chociaż kontakt wzrokowy zawsze wywoływał w nim pewnego rodzaju dyskomfort, to teraz wbił błędne spojrzenie w niebieskie tęczówki, jakby to w nich chciał znaleźć potwierdzenie tego, że wszystko co ma tu miejsce, dzieje się naprawdę - i wyjaśnienie, jak to możliwe. Na razie dużo bardziej rozgorączkowany faktem swojego niesamowitego, przypadkowego zaklęcia niż tym, że stoi twarzą w twarz z człowiekiem, którego trzynaście lat wcześniej skandalicznie porzucił w ciemnym kącie szkolnych lochów i dawno przestał mieć nadzieję, że jeszcze kiedykolwiek porozmawiają, zrobił krok w jego stronę i prawdopodobnie brzmiał jak niespełna rozumu, kiedy pytał tonem jednocześnie nieobecnym i przejętym:- Levi… gdzie my jesteśmy? Albo k i e d y? Jaki mamy rok? - i nagle do niego dotarło, że na korytarzu cały czas jest przeraźliwie pusto i cicho. Jak na kogoś, kto próbował władać czasem, bardzo często tracił jego poczucie i nie pomyślał ani przez moment, że znów zabalował w pracy srogo po godzinach. - Gdzie są wszyscy? - a kiedy i to pytanie padło, dotarło do niego, że nie zapytał o najważniejsze: - Nie... dlaczego t y jesteś... t u t a j? - i pokręcił głową, skonsternowany, jakby tym ruchem chciał wyrzucić z mózgu ten natłok pytań i wątpliwości.
- Dlaczego... tyle ci zajęło, żeby mnie złapać. - odparł bez zastanowienia, łapiąc w końcu głębszy oddech który pozwolił na wypowiedzenie pełnego zdania i odruchowo odwrócił się przez ramię w ślad za wzrokiem rozmówcy, żeby skontrolować, czy rzeczywiście nikogo za nim nie ma. Na pewno nikt go nie gonił? Po co właściwie biegł? Przez chwilę sam już zwątpił - we wszystko, łącznie z tym czy Prewett nie jest czasem wytworem jego wycieńczonego umysłu. Jakimś ministerialnym mirażem. Skupił znów uwagę na jego osobie, a chociaż kontakt wzrokowy zawsze wywoływał w nim pewnego rodzaju dyskomfort, to teraz wbił błędne spojrzenie w niebieskie tęczówki, jakby to w nich chciał znaleźć potwierdzenie tego, że wszystko co ma tu miejsce, dzieje się naprawdę - i wyjaśnienie, jak to możliwe. Na razie dużo bardziej rozgorączkowany faktem swojego niesamowitego, przypadkowego zaklęcia niż tym, że stoi twarzą w twarz z człowiekiem, którego trzynaście lat wcześniej skandalicznie porzucił w ciemnym kącie szkolnych lochów i dawno przestał mieć nadzieję, że jeszcze kiedykolwiek porozmawiają, zrobił krok w jego stronę i prawdopodobnie brzmiał jak niespełna rozumu, kiedy pytał tonem jednocześnie nieobecnym i przejętym:- Levi… gdzie my jesteśmy? Albo k i e d y? Jaki mamy rok? - i nagle do niego dotarło, że na korytarzu cały czas jest przeraźliwie pusto i cicho. Jak na kogoś, kto próbował władać czasem, bardzo często tracił jego poczucie i nie pomyślał ani przez moment, że znów zabalował w pracy srogo po godzinach. - Gdzie są wszyscy? - a kiedy i to pytanie padło, dotarło do niego, że nie zapytał o najważniejsze: - Nie... dlaczego t y jesteś... t u t a j? - i pokręcił głową, skonsternowany, jakby tym ruchem chciał wyrzucić z mózgu ten natłok pytań i wątpliwości.