19.12.2025, 20:38 ✶
Parsknąłem śmiechem dokładnie w tym momencie, w którym kazała mi się odsunąć od krawędzi, i ku własnemu zdziwieniu…
- Ej, ej, dobra, dobraaaa. - Mruknąłem posłusznie, unosząc ręce w geście kapitulacji, i faktycznie… Odsunąłem się. Trochę za bardzo, trochę krzywo, ale odsunąłem się, rzeczywiście się odsunąłem, przynajmniej na tyle, na ile pozwalał mój aktualny stan równowagi i fakt, że stała przede mną, a ja wyraźnie miałem problem z rozróżnieniem „bezpieczna odległość” od „czemu miałbym nie być bliżej”. - Zaufaj mi, jeszcze się nie zabiłem ani razu. Statystyka działa na moją korzyść. - Zareagowałem zadziwiająco grzecznie, jak na stan, w jakim się znajdowałem - posłuchałem, może dlatego, że mówiła tym tonem, którego nie dało się zignorować nawet po alkoholu, a może dlatego, że była tak blisko, że wystarczyło zrobić pół kroku i już byłem bardziej przy niej niż przy przepaści. To było coś w rodzaju instynktu samozachowawczego, który w moim przypadku zwykle przychodził spóźniony, ale tym razem naprawdę się postarał. Zbliżyłem się do niej automatycznie, zupełnie bez planu, bo tak było łatwiej stać. Śnieg osiadał na rogach czapki, a ja próbowałem je strząsnąć, trafiając ręką w powietrze.
Dzwony uderzyły nagle, z każdej strony naraz, jakby ktoś próbował rozłupać mi czaszkę od środka - skrzywiłem się teatralnie.
- No, o kurwa, głośno. - Zgodziłem się z nią bez wahania, jakby to było najzabawniejsze zdanie świata. - Kto im pozwolił…? Przecież to… Noc. Ludzie śpią. No, poza nami, bo ja i tak nie śpię od… - zawiesiłem się, próbując policzyć na palcach, po czym machnąłem ręką. - Od zawsze. - Zawyrokowałem, i może dlatego zapominałem o oczywistych oczywistościach - byłem niewyspany, zareagowałem bardziej przejęcie niż planowałem, ale planowanie już dawno przestało być częścią tej nocy. Patrzyłem na nią z tej mojej wysokości, a potem nachyliłem się trochę, bo łatwiej było złapać ostrość, gdy świat nie był aż tak bardzo pod kątem.
Zaczęła mnie uciszać, a ja posłusznie zamilkłem, bo jej „szszaaa” było dziwnie skuteczne. Stałem chwiejnie, słuchając jej wywodu o prezencie, o butelce, o dzieleniu się, i kiwałem głową, bo to wszystko miało sens, ogromny sens.
- Ej. - Przerwałem jej, mrużąc oczy, głosem lekko podszytym niezrozumiałym dla mnie wyrzutem, który w rzeczywistości wcale nim nie był. Uśmiechałem się coraz szerzej, coraz miękcej, bo było w tym coś rozbrajającego, jakby naprawdę próbowała mnie uspokoić, a ja byłem wzruszony tym bardziej, im mniej rozumiałem. - Ty jesteś… Strasznie rozsądna. Nawet teraz. To nie fair. - Nie wiedziałem, co dokładnie rozumiem, ale wszystko wydawało się jasne - świat był prosty, śnieg biały, ona blisko, to wystarczyło. Ostatecznie skinąłem głową na jej „prezentowe” wyjaśnienie, wyraźnie uspokojony, ale wewnątrz odnotowałem, oczywiście, te dwa prezenty, które jej od teraz zalegałem, po prostu tego nie mówiłem na głos.
Na wzmiankę o miotłach zareagowałem natychmiast, bez żadnego filtra, dokładnie tak, jak robiłem to w szatni.
- Ej, no tak! - Machnąłem ręką, szukając wersji akceptowalnej, nie było takiej, ale uznałem to za marginalny problem, praktycznie żaden. - „Oszczędzaj kij, polataj na ścigającym.” To też dobra opcja. - Urywane zdania, chaos, który brzmiał dziwnie znajomo i bezpiecznie, to była domena tego wieczoru, skinąłem głową, gorliwie, bo w tym momencie to było jedyne, co potrafiłem zrobić sensownie. Miotły dostały bana, zaśmiałem się cicho pod nosem, głupio, ciepło, a potem mój wzrok wrócił tam, gdzie wracał cały wieczór bez pytania - do niej.
Prue mówiła coś o tym, że nic nie muszę, o tym, że ważne, że jestem, ledwo łapałem sens jej słów, ale akurat to zdanie wpadło mi do głowy jak kamyk do wody i rozlało się ciepłem, które zupełnie nie pasowało do zimy.
- No, przecież. - Mruknąłem, starając się brzmieć poważnie i dojrzale, jakby to było jasne i wynikało samo z siebie, że musieliśmy być tu teraz razem, skoro oboje zostaliśmy w Hogwarcie przy okazji świąt. - Gdzie miałbym być. - Uśmiechnąłem się do niej tak, jakby to było najoczywistsze na świecie - nie było, ale zupełnie miałem to w dupie, bo w tym momencie wszystko, co się działo, wydawało mi się niezmiernie logiczne i usprawiedliwione tą „magią świąt”.
Założyłem jej czapkę na głowę, zanim zdążyłem się zastanowić, czy to dobry pomysł. Nie był, był świetny.
- Pasuje. - Stwierdziłem z zadowoleniem. Poruszyła głową, rogi dygnęły, a ja parsknąłem. Śnieg osiadał jej na włosach, na tej czapce, przez moment gapiłem się na nią bezwstydnie - tak jak ona wtedy, w wieży, byliśmy kwita, racja - mrużąc oczy, próbując złapać ostrość, która nie chciała ze mną współpracować. Była blisko, zdecydowanie bliżej, niż planowałem, jakoś wcale mi to nie przeszkadzało. - Absolutnie. Jesteś… - Machnąłem ręką, szukając słowa. - Świąteczna.
Wyglądała… Cholernie dobrze, głupio i fajnie naraz, dokładnie tak, jak powinno się wyglądać w środku nocy po Yule, na wieży astronomicznej, z gwiazdami nad głową i procentami we krwi. Zanim zdążyłem to przemyśleć, przyciągnąłem ją do siebie, obejmując ją ramieniem, bardziej żeby nas „ustabilizować”, jak to sobie natychmiast nazwałem w głowie, niż z jakiegokolwiek innego powodu. Przestała się bujać, a ja poczułem ten znajomy ciężar jej ciała oparty o moje, jakby to nigdy nie przestało być normalne, jakbyśmy robili to od zawsze. A potem spojrzała mi z bliska w oczy.
„…pomyśl życzenie Wish, bo właśnie spadła gwiazda.”
Rozejrzałem się posłusznie, jak idiota, który właśnie dostał bardzo ważne zadanie. Zmrużyłem oczy, jakby to miało zwiększyć moje szanse na namierzenie jednego konkretnego punktu w tym całym, cholernie bogatym asortymencie nieba. Naprawdę próbowałem - zadarłem głowę tak gwałtownie, że świat lekko mi się obrócił, ba, cały był przesunięty w bok, jak gdyby ktoś źle wyregulował teleskop, wszystkie gwiazdy rozmazały mi się w jasne smugi, a padający śnieg wpadł za mój kołnierz.
- Gdzie… - Zacząłem, po czym zgubiłem resztę zdania, bo mój wzrok wrócił do niej. Rogi czapki poruszyły się, kiedy przechyliła głowę, a ja poczułem, jak coś we mnie pękło, cicho, bez ostrzeżenia, bez planu. - Aha. - Mruknąłem bez sensu. - Widzę. - Powiedziałem głupio, zupełnie tracąc wątek. Nie widziałem żadnej gwiazdy, widziałem tylko ją.
Miałem ją przy sobie - za blisko, żeby udawać, że to przypadek - trzymałem ją jedną ręką przy sobie, bo inaczej by się bujała, a tak… Tak była stabilna, ciepła, prawdziwa. Stała tuż przede mną, bliżej niż wcześniej, w mojej czapce, z tymi rogami przekrzywionymi trochę w bok. Miała czerwone policzki od zimna i alkoholu, na brązowych puklach osiadł śnieg, jakby ktoś specjalnie ją nim obsypał, a na jej rzęsach zbierały się drobne kropelki. Wyglądała… Jak coś, czego nie powinno się ruszać, bo jest za dobre, żeby było prawdziwe. Wyglądała jak coś, co nie powinno istnieć poza bardzo dobrym snem. Pomyślałem, że to jest… Że to jest nieuczciwe, żeby ktoś tak wyglądał, kiedy człowiek jest tak bardzo niezdolny do logicznego myślenia.
- Życzenie… Tak. - Powtórzyłem wolno, jakby to było bardzo skomplikowane słowo. - Jasne. Życzenie.
Życzenie, tak, gwiazda, Yule - to wszystko było bardzo ważne - miałem życzenie, miałem je dokładnie w tej samej chwili, w której przestałem myśleć. Było tak oczywiste, że aż śmieszne, tylko że nie zdążyłem go nawet porządnie wypowiedzieć, bo zanim mózg zdołał mnie dogonić, pochyliłem się do przodu.
Nie było żadnego wielkiego planu, żadnego „teraz nie wypada” żadnego liczenia sekund. Po prostu… Nachyliłem się i pocałowałem ją. Najpierw powoli, trochę niepewnie, jakbym sprawdzał, czy to w ogóle ma sens, czy to się wydarza naprawdę, bo mimo całej tej brawury ręce miałem nagle zbyt ciężkie, a oddech za krótki. Pocałunek był nierówny, trochę niezdarny, ale cholernie prawdziwy. Świat nie eksplodował, więc poszedłem dalej. Śnieg skrzypnął pod butami, a potem przestał mieć znaczenie, pogłębiłem ten pocałunek, zupełnie zapominając, że stoję na śliskim tarasie w idiotycznej czapce. Pociągnąłem ją bliżej, aż praktycznie stanęła na moich butach, objąłem ją ramionami, mocno, pewnie, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie, jak gdyby zawsze tak było. W tej jednej sekundzie zupełnego zaskoczenia pocałowałem ją zachłanniej, z tym pijackim przekonaniem, że to dokładnie to, co powinno się wydarzyć, nawet jeśli kompletnie nie było w planach.
- Mm… - Mruknąłem głupio, kompletnie bez sensu, bo język mi się plątał, a myśli nie nadążały. Zimne powietrze, jej ciepłe usta, śnieg topniejący gdzieś na policzku - zrobiło mi się strasznie jasno w głowie i jednocześnie zupełnie pusto.
Oplotłem ją ramionami, całując już zupełnie bez planu, bez strategii, bez jakiejkolwiek gry, tylko śnieg, jej usta i to głupie, dudniące uczucie w klatce piersiowej. Oderwałem się dopiero wtedy, gdy zabrakło mi powietrza, serce waliło mi jak po sprincie po boisku. Śnieg dalej padał, gwiazdy świeciły jak szalone, a ja, schlany po same uszy, trzymałem ją w ramionach, kompletnie nieprzygotowany na to, że życzenia czasem spełniają się bez pytania, bo instynkt wyprzedza myśli.
- Ja… - Zacząłem, kompletnie niegotowy na to, że ten moment tak szybko się skończy i trzeba będzie coś powiedzieć. - To… To jest przez… To jest… Tradycja. - Machnąłem ręką gdzieś nad nami, w absolutnie pustą przestrzeń. - Nie ma tu jemioły. - Zawiesiłem głos, mrugnąłem kilka razy. - Ale to jest technicznie… Bardzo jemiołowy moment. A… To jest… To ważne, żeby to zrobić… W… No, wiesz, w święta. - Zamilkłem, bo nawet pijany wiedziałem, że to brzmi jak najgorsza wymówka w historii Hogwartu. Przełknąłem ślinę, spojrzałem na nią, na te rogi, na jej oczy, i zamiast brnąć dalej w idiotyzmy, doszedłem do jedynego logicznego wniosku dostępnego w tym stanie. - Nieważne. - Zamiast mówić dalej, pochyliłem się znowu i znów ją pocałowałem, tym razem szybciej, bardziej zdecydowanie, mniej ostrożnie, za to bardziej chaotycznie, jakby to miało zamknąć temat, którego nie umiałem wytłumaczyć. Chybiłem trochę, trafiłem bardziej w kącik ust, zachwiałem się przy tym, próbując jednocześnie ją przytrzymać i utrzymać równowagę, co było z góry skazane na porażkę. Było w tym coś dziecinnego, coś niezdarnego, zupełnie nieprzemyślanego, ale też ciepłego i prawdziwego.
- Czekaj, ja mam… Mam to… - Wymamrotałem jej w usta, między jednym a drugim pocałunkiem, kompletnie nie wiedząc, co „to” właściwie oznaczało. Na pewno nie była „to” koordynacja ruchowa, o tak, tej nie miałem, zupełnie plącząc sobie nogi. Zachwiałem się, śnieg przesunął mi się pod butami i nagle cały majestat tej chwili przestał być majestatyczny. - O, nie, nie, nie—
- Ej, ej, dobra, dobraaaa. - Mruknąłem posłusznie, unosząc ręce w geście kapitulacji, i faktycznie… Odsunąłem się. Trochę za bardzo, trochę krzywo, ale odsunąłem się, rzeczywiście się odsunąłem, przynajmniej na tyle, na ile pozwalał mój aktualny stan równowagi i fakt, że stała przede mną, a ja wyraźnie miałem problem z rozróżnieniem „bezpieczna odległość” od „czemu miałbym nie być bliżej”. - Zaufaj mi, jeszcze się nie zabiłem ani razu. Statystyka działa na moją korzyść. - Zareagowałem zadziwiająco grzecznie, jak na stan, w jakim się znajdowałem - posłuchałem, może dlatego, że mówiła tym tonem, którego nie dało się zignorować nawet po alkoholu, a może dlatego, że była tak blisko, że wystarczyło zrobić pół kroku i już byłem bardziej przy niej niż przy przepaści. To było coś w rodzaju instynktu samozachowawczego, który w moim przypadku zwykle przychodził spóźniony, ale tym razem naprawdę się postarał. Zbliżyłem się do niej automatycznie, zupełnie bez planu, bo tak było łatwiej stać. Śnieg osiadał na rogach czapki, a ja próbowałem je strząsnąć, trafiając ręką w powietrze.
Dzwony uderzyły nagle, z każdej strony naraz, jakby ktoś próbował rozłupać mi czaszkę od środka - skrzywiłem się teatralnie.
- No, o kurwa, głośno. - Zgodziłem się z nią bez wahania, jakby to było najzabawniejsze zdanie świata. - Kto im pozwolił…? Przecież to… Noc. Ludzie śpią. No, poza nami, bo ja i tak nie śpię od… - zawiesiłem się, próbując policzyć na palcach, po czym machnąłem ręką. - Od zawsze. - Zawyrokowałem, i może dlatego zapominałem o oczywistych oczywistościach - byłem niewyspany, zareagowałem bardziej przejęcie niż planowałem, ale planowanie już dawno przestało być częścią tej nocy. Patrzyłem na nią z tej mojej wysokości, a potem nachyliłem się trochę, bo łatwiej było złapać ostrość, gdy świat nie był aż tak bardzo pod kątem.
Zaczęła mnie uciszać, a ja posłusznie zamilkłem, bo jej „szszaaa” było dziwnie skuteczne. Stałem chwiejnie, słuchając jej wywodu o prezencie, o butelce, o dzieleniu się, i kiwałem głową, bo to wszystko miało sens, ogromny sens.
- Ej. - Przerwałem jej, mrużąc oczy, głosem lekko podszytym niezrozumiałym dla mnie wyrzutem, który w rzeczywistości wcale nim nie był. Uśmiechałem się coraz szerzej, coraz miękcej, bo było w tym coś rozbrajającego, jakby naprawdę próbowała mnie uspokoić, a ja byłem wzruszony tym bardziej, im mniej rozumiałem. - Ty jesteś… Strasznie rozsądna. Nawet teraz. To nie fair. - Nie wiedziałem, co dokładnie rozumiem, ale wszystko wydawało się jasne - świat był prosty, śnieg biały, ona blisko, to wystarczyło. Ostatecznie skinąłem głową na jej „prezentowe” wyjaśnienie, wyraźnie uspokojony, ale wewnątrz odnotowałem, oczywiście, te dwa prezenty, które jej od teraz zalegałem, po prostu tego nie mówiłem na głos.
Na wzmiankę o miotłach zareagowałem natychmiast, bez żadnego filtra, dokładnie tak, jak robiłem to w szatni.
- Ej, no tak! - Machnąłem ręką, szukając wersji akceptowalnej, nie było takiej, ale uznałem to za marginalny problem, praktycznie żaden. - „Oszczędzaj kij, polataj na ścigającym.” To też dobra opcja. - Urywane zdania, chaos, który brzmiał dziwnie znajomo i bezpiecznie, to była domena tego wieczoru, skinąłem głową, gorliwie, bo w tym momencie to było jedyne, co potrafiłem zrobić sensownie. Miotły dostały bana, zaśmiałem się cicho pod nosem, głupio, ciepło, a potem mój wzrok wrócił tam, gdzie wracał cały wieczór bez pytania - do niej.
Prue mówiła coś o tym, że nic nie muszę, o tym, że ważne, że jestem, ledwo łapałem sens jej słów, ale akurat to zdanie wpadło mi do głowy jak kamyk do wody i rozlało się ciepłem, które zupełnie nie pasowało do zimy.
- No, przecież. - Mruknąłem, starając się brzmieć poważnie i dojrzale, jakby to było jasne i wynikało samo z siebie, że musieliśmy być tu teraz razem, skoro oboje zostaliśmy w Hogwarcie przy okazji świąt. - Gdzie miałbym być. - Uśmiechnąłem się do niej tak, jakby to było najoczywistsze na świecie - nie było, ale zupełnie miałem to w dupie, bo w tym momencie wszystko, co się działo, wydawało mi się niezmiernie logiczne i usprawiedliwione tą „magią świąt”.
Założyłem jej czapkę na głowę, zanim zdążyłem się zastanowić, czy to dobry pomysł. Nie był, był świetny.
- Pasuje. - Stwierdziłem z zadowoleniem. Poruszyła głową, rogi dygnęły, a ja parsknąłem. Śnieg osiadał jej na włosach, na tej czapce, przez moment gapiłem się na nią bezwstydnie - tak jak ona wtedy, w wieży, byliśmy kwita, racja - mrużąc oczy, próbując złapać ostrość, która nie chciała ze mną współpracować. Była blisko, zdecydowanie bliżej, niż planowałem, jakoś wcale mi to nie przeszkadzało. - Absolutnie. Jesteś… - Machnąłem ręką, szukając słowa. - Świąteczna.
Wyglądała… Cholernie dobrze, głupio i fajnie naraz, dokładnie tak, jak powinno się wyglądać w środku nocy po Yule, na wieży astronomicznej, z gwiazdami nad głową i procentami we krwi. Zanim zdążyłem to przemyśleć, przyciągnąłem ją do siebie, obejmując ją ramieniem, bardziej żeby nas „ustabilizować”, jak to sobie natychmiast nazwałem w głowie, niż z jakiegokolwiek innego powodu. Przestała się bujać, a ja poczułem ten znajomy ciężar jej ciała oparty o moje, jakby to nigdy nie przestało być normalne, jakbyśmy robili to od zawsze. A potem spojrzała mi z bliska w oczy.
„…pomyśl życzenie Wish, bo właśnie spadła gwiazda.”
Rozejrzałem się posłusznie, jak idiota, który właśnie dostał bardzo ważne zadanie. Zmrużyłem oczy, jakby to miało zwiększyć moje szanse na namierzenie jednego konkretnego punktu w tym całym, cholernie bogatym asortymencie nieba. Naprawdę próbowałem - zadarłem głowę tak gwałtownie, że świat lekko mi się obrócił, ba, cały był przesunięty w bok, jak gdyby ktoś źle wyregulował teleskop, wszystkie gwiazdy rozmazały mi się w jasne smugi, a padający śnieg wpadł za mój kołnierz.
- Gdzie… - Zacząłem, po czym zgubiłem resztę zdania, bo mój wzrok wrócił do niej. Rogi czapki poruszyły się, kiedy przechyliła głowę, a ja poczułem, jak coś we mnie pękło, cicho, bez ostrzeżenia, bez planu. - Aha. - Mruknąłem bez sensu. - Widzę. - Powiedziałem głupio, zupełnie tracąc wątek. Nie widziałem żadnej gwiazdy, widziałem tylko ją.
Miałem ją przy sobie - za blisko, żeby udawać, że to przypadek - trzymałem ją jedną ręką przy sobie, bo inaczej by się bujała, a tak… Tak była stabilna, ciepła, prawdziwa. Stała tuż przede mną, bliżej niż wcześniej, w mojej czapce, z tymi rogami przekrzywionymi trochę w bok. Miała czerwone policzki od zimna i alkoholu, na brązowych puklach osiadł śnieg, jakby ktoś specjalnie ją nim obsypał, a na jej rzęsach zbierały się drobne kropelki. Wyglądała… Jak coś, czego nie powinno się ruszać, bo jest za dobre, żeby było prawdziwe. Wyglądała jak coś, co nie powinno istnieć poza bardzo dobrym snem. Pomyślałem, że to jest… Że to jest nieuczciwe, żeby ktoś tak wyglądał, kiedy człowiek jest tak bardzo niezdolny do logicznego myślenia.
- Życzenie… Tak. - Powtórzyłem wolno, jakby to było bardzo skomplikowane słowo. - Jasne. Życzenie.
Życzenie, tak, gwiazda, Yule - to wszystko było bardzo ważne - miałem życzenie, miałem je dokładnie w tej samej chwili, w której przestałem myśleć. Było tak oczywiste, że aż śmieszne, tylko że nie zdążyłem go nawet porządnie wypowiedzieć, bo zanim mózg zdołał mnie dogonić, pochyliłem się do przodu.
Nie było żadnego wielkiego planu, żadnego „teraz nie wypada” żadnego liczenia sekund. Po prostu… Nachyliłem się i pocałowałem ją. Najpierw powoli, trochę niepewnie, jakbym sprawdzał, czy to w ogóle ma sens, czy to się wydarza naprawdę, bo mimo całej tej brawury ręce miałem nagle zbyt ciężkie, a oddech za krótki. Pocałunek był nierówny, trochę niezdarny, ale cholernie prawdziwy. Świat nie eksplodował, więc poszedłem dalej. Śnieg skrzypnął pod butami, a potem przestał mieć znaczenie, pogłębiłem ten pocałunek, zupełnie zapominając, że stoję na śliskim tarasie w idiotycznej czapce. Pociągnąłem ją bliżej, aż praktycznie stanęła na moich butach, objąłem ją ramionami, mocno, pewnie, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie, jak gdyby zawsze tak było. W tej jednej sekundzie zupełnego zaskoczenia pocałowałem ją zachłanniej, z tym pijackim przekonaniem, że to dokładnie to, co powinno się wydarzyć, nawet jeśli kompletnie nie było w planach.
- Mm… - Mruknąłem głupio, kompletnie bez sensu, bo język mi się plątał, a myśli nie nadążały. Zimne powietrze, jej ciepłe usta, śnieg topniejący gdzieś na policzku - zrobiło mi się strasznie jasno w głowie i jednocześnie zupełnie pusto.
Oplotłem ją ramionami, całując już zupełnie bez planu, bez strategii, bez jakiejkolwiek gry, tylko śnieg, jej usta i to głupie, dudniące uczucie w klatce piersiowej. Oderwałem się dopiero wtedy, gdy zabrakło mi powietrza, serce waliło mi jak po sprincie po boisku. Śnieg dalej padał, gwiazdy świeciły jak szalone, a ja, schlany po same uszy, trzymałem ją w ramionach, kompletnie nieprzygotowany na to, że życzenia czasem spełniają się bez pytania, bo instynkt wyprzedza myśli.
- Ja… - Zacząłem, kompletnie niegotowy na to, że ten moment tak szybko się skończy i trzeba będzie coś powiedzieć. - To… To jest przez… To jest… Tradycja. - Machnąłem ręką gdzieś nad nami, w absolutnie pustą przestrzeń. - Nie ma tu jemioły. - Zawiesiłem głos, mrugnąłem kilka razy. - Ale to jest technicznie… Bardzo jemiołowy moment. A… To jest… To ważne, żeby to zrobić… W… No, wiesz, w święta. - Zamilkłem, bo nawet pijany wiedziałem, że to brzmi jak najgorsza wymówka w historii Hogwartu. Przełknąłem ślinę, spojrzałem na nią, na te rogi, na jej oczy, i zamiast brnąć dalej w idiotyzmy, doszedłem do jedynego logicznego wniosku dostępnego w tym stanie. - Nieważne. - Zamiast mówić dalej, pochyliłem się znowu i znów ją pocałowałem, tym razem szybciej, bardziej zdecydowanie, mniej ostrożnie, za to bardziej chaotycznie, jakby to miało zamknąć temat, którego nie umiałem wytłumaczyć. Chybiłem trochę, trafiłem bardziej w kącik ust, zachwiałem się przy tym, próbując jednocześnie ją przytrzymać i utrzymać równowagę, co było z góry skazane na porażkę. Było w tym coś dziecinnego, coś niezdarnego, zupełnie nieprzemyślanego, ale też ciepłego i prawdziwego.
- Czekaj, ja mam… Mam to… - Wymamrotałem jej w usta, między jednym a drugim pocałunkiem, kompletnie nie wiedząc, co „to” właściwie oznaczało. Na pewno nie była „to” koordynacja ruchowa, o tak, tej nie miałem, zupełnie plącząc sobie nogi. Zachwiałem się, śnieg przesunął mi się pod butami i nagle cały majestat tej chwili przestał być majestatyczny. - O, nie, nie, nie—
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)