Również nie przewidywała, by to miało nastąpić teraz, było to jednak równie nieuchronne jak to, że po nocy wstaje dzień, a po mroźnej zimie – gorące lato. Był to naturalny porządek świata, który dążył do równowagi, do entropii. Wszystko, co może się rozpaść – rozpadnie się. Cywilizacje upadały i przysypywał je piach, grzaniec w kuflu stawał się coraz chłodniejszy, oddając swoje ciepło rękom Ginny, czy Cathala, a także wysyłając je do otoczenia. I to samo miało stać się z rodami czystej krwi, choć w ujęciu nieco bardziej filozoficznym. Mugolaków też to dotyczyło. Ostatecznie to rodzin półkrwi było najwięcej i nie bez powodu. McGonagall nie musiała z tym walczyć, bo równowaga prędzej czy później nastanie i tylko ignoranci tego nie dostrzegali.
– Jakby mi ktoś kazał zjeść cytrynę… – już miała powiedzieć, że też by ją wyrzuciła i to wcale nie ukradkiem, ale wtedy zamilkła, bo była to straszna nieprawda. Gdyby ktoś kazał jej zjeść cytrynę, to istniało wielkie prawdopodobieństwo, że faktycznie by ją zjadła, by coś udowodnić sobie, tej osobie i ogólnie całemu światu. Lubiła cytryny, ale niekoniecznie bezpośrednio jeść. – Nie, nieważne. I tak bym taką pewnie zjadła – nastąpiła ta chwila refleksji, po której Nefret po prostu pokręciła z niedowierzaniem głową, głównie z niedowierzaniem na samą siebie.
– Nie ma potrzeby, ale doceniam gest – odparowała niezrażona, bo wcale nie psuło jej to humoru! Ale to był już standardowy punkt programu, w którym sobie docinali, a Ginewra zaczęła dość bezwiednie nawijać sobie kosmyk długich, ciemnobrązowych włosów na palec.
– Najwyraźniej lubię złe rzeczy. O nie, i co ja biedna teraz zrobię – upiła kolejne łyki grzańca i westchnęła teatralnie, po czym uśmiechnęła się do Cala zaczepnie. – Jesteś pewien, że nie chcesz do nas dołączyć? – znając jego to był pewien, ale i tak zapytała, choćby dlatego, że mógł zmienić zdanie. Był mile widziany w jej domu, a to i tak nie miała być jakaś huczna kolacja dla wielkiej rodziny – wręcz przeciwnie.