Papieros leniwie unoszony do ust, wydobywając się siwym dymem z płuc, osiadał na przestrzeni mknącą powierzenie akwarelą; srebrem uchodzącym z żarzącego się oczka, z którego kapał popiół, rozbijając się o brudnozielony stół do pokera. Zmrużone bacznie oczy, uchodzący z piwnych tęczówek wyraz mętności i jej stoicko spokojny obraz - jakby wcale nie ogrywała bandy mężczyzn w sporcie, w którym przecież lubili przodować. Karty nie były jej ulubioną formą hazardu; a jednak chłodny wzrok taksował każde oblicze, szukając objaw blefu. Wyczuwała gęste fluidy emocji rozbijające się z trzaskiem o powietrze, gdy wygrywała bezpardonowo po raz kolejny; ujmowało to naturalnie ich godności - jakże mogłoby nie. Była kobietą, w dodatku liczącą sobie trzydzieści mroźnych zim, widywana często na połach kasyna stanowiła dla stałych bywalców wyzwanie, któremu ciężko było się oprzeć. A ją zaczynało nudzić wygrywanie, pławienie się w triumfie i pieniądze - szukała w życiu adrenaliny, czegoś, co ją zaskoczy, a garść mężczyzn nie była zdolna, aby wykrzesać z niej choćby umowną odrobinę życia.
Podniosła się więc miękko z krzesła, bezsłownie żegnając współgraczy lekkim, acz urokliwym jak na nią, odgarnięciem włosów za ramię. Stanowiła w końcu klasę samą w sobie, a jej wysoka, koscista sylwetka, wyzbyta z kobiecych wdzięków zawierających się w chodzie, podkreślała wielokroć niebotyczne skupienie, które znaczyło jej policzki lekkim, acz nienachalnym rumieńcem. Bywała tutaj nader często, szukając zastrzyku adrenaliny; teraz ta krążyła w żyłach, acz nie miało to trwać długo - zbyt banalni w obejściu mężczyźni, niedorównujący jej biegłością umysłu i strategii, nie stanowili długiej pożywki dla głodnej wrażeń Lycoris.
Umieściła więc twarde spojrzenie w obliczu Leviathana. Coś niespokojnie zakuło ją w sercu, tak żądnym atrakcji i zaskoczeń, których doznawała na przestrzeni życia coraz mniej. Bo cóż, że młodość otwierała przed nią gładki pas startowy doznań, skoro żadne z nich nie karmiły wygłodniałej bestii zamkniętej w klatce płuc?; uniosła wysoko brwi na jego słowa.
- Granie nieczysto dawno mi się znudziło. Jaka zabawa w tym? Wygrywanie jest nudne; a jeszcze nie znalazł się ktoś, kto zdołałby mnie rozgromić - zmrużyła bacznie oczy, wykrzywiając barwione karminem wargi w nieładny, acz urokliwy uśmiech. - Może ty spróbujesz? Nie gram o satysfakcję, pieniędzy też mi nie brakuje. Zaskocz mnie - dodała po chwili, punktując dwa wymogi, które pierwsze zawitały na przejrzystej ścianie umysłu.
Zamilkła na moment, wzrok układając w jego mętnych tęczówkach; przez chwilę smakowała słów, które kłębiły się w gardle, aby po chwili wypłynąć w przestrzeń.
- No chyba że się boisz - dodała zaczepnie.