20.12.2025, 21:21 ✶
Alkohol zrobił wyłom w murze, który budowałem latami, zamiast go łatać, tylko wzruszyłem ramionami. Granice tej nocy były płynne, rozmyte jak moje spojrzenie, chociaż w dalszym ciągu miałem mgliste wrażenie, że jej troska była lepka, niebezpieczna. Pamiętałem ją aż za dobrze, dlatego spróbowałem się migać.
- Nic się nie stało. - Skłamałem automatycznie, bo do tego byłem trenowany. - Po prostu… Przestałem tracić czas. Sen jest luksusem, a ja nigdy nie byłem rozrzutny. - To nie była cała prawda, ale procenty sprawiały, że półprawdy wychodziły mi zaskakująco gładko. Odwróciłem głowę, spojrzałem na nią w końcu, na jej zmarszczone brwi, to znajome napięcie w oczach, kiedyś je wygładzałem żartem, głupim komentarzem, byle tylko przestała się martwić. Chciałem, żeby uwierzyła, bo jej wiara była ciepła i prosta, jak kiedyś, i nie pytała o rachunki za bezsenność.
- Nie panikuj. - Mruknąłem ciszej, tonem, który pamiętał inne czasy, zanim staliśmy się rywalami, zanim świat postanowił nas ustawić po przeciwnych stronach planszy. - Jeszcze żyję. Jak widać. - Zatrzymałem słowa w gardle, zanim mogły się potknąć o resztę zdania, jakie cisnęło mi się na usta, wolałem, żeby zapamiętała mnie stojącego tutaj, pijanego i żywego, z gwiazdami nad głową, a nie z nocami, które nie chciały się kończyć.
Zrobiłem pół kroku w tył, jakby to miało coś zmienić, po czym znów wróciłem na to samo miejsce, bo przecież nie było powodu, żeby stać dalej, śnieg skrzypnął pod moimi butami. Zawiesiłem na niej spojrzenie na sekundę za długo, po czym odchrząknąłem. Zorientowałem się za późno, że mówię za dużo, plączę się w szczegółach, których nikt ode mnie nie chciał, a ona wtedy, jak na zawołanie, zrobiła to - uciszyła mnie, jak dawniej, jakby świat znowu miał instrukcję obsługi.
Zamknąłem usta posłusznie, aż sam się temu zdziwiłem, święta faktycznie miały dziwną władzę nad rzeczami, które normalnie mi się nie przydarzały. Spojrzałem na nią spod półprzymkniętych powiek.
- Niesamowite. - Powtórzyłem cicho, bardziej w mroźną noc niż do niej, bo to słowo zawisło między nami, jak ciepła para z ust w grudniowym chłodzie. Zawiesiłem głos, pozwalając mu zniknąć w zimnym powietrzu, razem z dźwiękami zamku i tym jednym słowem, które nadal pulsowało mi w skroniach. „Niesamowite”. Nie pytałem, czy chodziło o noc, o nią, czy o to, że wciąż staliśmy tu obok siebie, jakby przerwa nigdy nie miała miejsca. Stałem przed nią zbyt blisko, zdecydowanie w jej przestrzeni, ale w mojej głowie to wciąż mieściło się w kategorii „normalne”, bo tej nocy wszystko takie było. „Niesamowite” i „normalne” zarazem, jakby nakładające się na siebie, „wyjątkowe”.
Gdy się zachwiała, odruchowo przesunąłem dłoń bliżej, alkohol sprawiał, że granice wyglądały jak kredowe linie na kamieniu, niby wciąż wiedziałem, gdzie są, ale nie wydawały mi się już takie sztywne.
- Super szybki, super rozsądna. - Odburknąłem z krzywym uśmiechem. - Brzmi jak fatalnie dobrany duet z taniego komiksu. - Spojrzałem na nią bokiem, z tym półironicznym błyskiem w oczach, który zawsze był moją tarczą. Zaśmiałem się, krótko i ochryple, pijanym śmiechem - takim, który wyrywa się zanim rozum zdąży sprawdzić konsekwencje - pod spodem było coś miększego, ale nie zamierzałem tego nazywać.
Zaraz potem znowu parsknąłem, zaskakująco głośno jak na siebie, a śmiech odbił się od kamieni wieży i poleciał w noc, pijany i beztroski. Yule rozplątywało mi język szybciej niż pojawiał się rozsądek, a jej słowa wpadły mi do głowy i zrobiły tam mały chaos, zbyt obrazowy jak na tę godzinę. Uniosłem brew, przekrzywiając się lekko w jej stronę, chwytając balustradę mocniej, bo świat znowu próbował zrobić obrót bez mojej zgody.
- Jestem - powiedziałem z naciskiem, kiwając głową z przesadną dumą - ścigającym. Od zawsze. To ta wersja mnie, w której nie spadam… Zbyt często. - Pokiwałem głową, potwierdzając samemu sobie, że to się zgadza, że to nadal ja, nawet jeśli reszta rzeczy była dziś podejrzanie miękka na krawędziach. Spojrzałem na nią z boku, mrużąc oczy, jakbym próbował złożyć w całość jej słowa, ton i to wszystko, czego nie powiedziała, a co i tak wisiało w powietrzu. Gwiazdy nad nami przekrzywiły się jeszcze bardziej, albo to ja się przekrzywiłem, jedno z dwojga. Odepchnąłem się lekko od balustrady i zrobiłem pół kroku w jej stronę, zdecydowanie bliżej, niż wymagała rozmowa o quidditchu.
- Latać na mnie… - Powtórzyłem wolno, krzywiąc usta w uśmiechu, który nie powinien się pojawić, ale już był. - Widzisz, technicznie rzecz biorąc, to nie jest to, co miałem na myśli, kiedy składałem obietnicę. - Uniósłem dłoń, jakbym chciał ją uspokoić, albo zatrzymać świat w miejscu, i zaraz potem opuściłem ją obok jej palców. Blisko, za blisko, idealnie. - Ale obiecałem. - Dodałem, tym pijanym tonem, w którym prawda i żart miały ten sam smak. - Ja dotrzymuję takich obietnic. Zawsze. - Uniósłem brew, jakbym właśnie zaproponował coś zupełnie niewinnego, a nie pozwalał nam wejść na bardzo śliski grunt. - Jak tylko zechcesz. - Mruknąłem. - Potrenujemy razem. Nauczę cię latać. Powoli. Bezpiecznie. A jeśli będziesz się bała… - Wzruszyłem ramionami. - To cóż, wtedy możesz się trzymać mnie, nie miotły. - Spojrzałem na nią spod rzęs, z tym błyskiem, którego nie potrafiłem już kontrolować. Leciałem na nią, to było aż żałośnie oczywiste, więc nie udawałem, że chodzi tylko o miotły i regulamin. Zatrzymałem się w pół kroku od powiedzenia czegoś głupszego, niż już powiedziałem, pozwalając zimnemu powietrzu ugasić resztki odwagi. Stałem jednak dalej obok niej, pijany, rozbawiony i niebezpiecznie świadomy, że w tej chwili wolałem, żeby myliła miotłę z wszystkim innym.
- „Gdzieś indziej” to bardzo pojemne miejsce. - Mruknąłem, zanim zdążyłem się powstrzymać, a potem uśmiech sam mi się przykleił do twarzy. Pokręciłem głową powoli, jakby to, że byłem tu, a nie gdzieś indziej, naprawdę było decyzją świadomą, a nie cudem logistycznym połączonym z alkoholem i uporem. - I zwykle niezbyt przyjazne. Tu jest lepiej. Zdecydowanie. Tegoroczne Yule jest najlepsze ze wszystkich. - Powiedziałem od razu, bez tej zwyczajowej zwłoki, bez kombinowania, alkohol robił ze mnie fatalnego stratega, ale świetnego świadka chwili.
Założyłem jej czapkę bez ceremonii, bo pijana odwaga była praktyczna. Patrzyłem, jak kręci głową, jak te rogi żyją własnym życiem, i parsknąłem śmiechem, krótkim, ciepłym, zupełnie nie arystokratycznym. Wyglądała… Właściwie. Inaczej, dobrze, nie tym szkolnym „dobrze”, tylko tym, które trafiało w brzuch i zostawało tam na dłużej. Jak element tej nocy, który powinien tu być od początku.
- Nie kłamię. - Powiedziałem od razu, zbyt szybko. - Gdybym kłamał, to bym się bardziej starał. - Dodałem z uporem, ale też ze szczerością, która zawsze wychodziła mi najłatwiej po alkoholu. Przechyliłem głowę, mrużąc oczy, jakbym naprawdę ją oceniał z fachową powagą, chociaż w środku wszystko miałem już dawno rozbrojone.
- Nawet jeśli trochę… - Zawiesiłem głos, po czym uśmiechnąłem się szerzej. - To tylko dodaje uroku. Tobie wolno. - Zapewniłem, więc kiedy zgodziła się bez dalszej walki, poczułem tę drobną, idiotyczną satysfakcję, jakby wygrał ktoś zupełnie inny, młodszy, głupszy ja. Wiatr był ostry, więc bez zastanowienia przyciągnąłem ją do siebie - stabilność była dobrym pretekstem, bliskość jeszcze lepszym.
Uniosłem wzrok odruchowo, bardziej dlatego, że ona go uniosła, niż dlatego, że naprawdę wierzyłem w spadające gwiazdy. Noc była rozmazana, niebo pływało jak atrament wlany do wody, a mimo to przez chwilę naprawdę próbowałem coś zobaczyć, jakbym mógł przeoczyć jedną sekundę i stracić coś ważnego. A potem pochyliłem się w jej stronę, bardziej instynktownie niż świadomie, a świat skurczył się do jej twarzy, do oczu, które patrzyły na mnie tak, jak kiedyś, zanim wszystko się skomplikowało.
Nie pomyślałem życzenia w głowie, nigdy nie byłem dobry w myśleniu na zawołanie, zamiast tego nachyliłem się jeszcze odrobinę, czując zapach zimy, alkoholu i czegoś znajomego, czego nie umiałem nazwać bez ryzyka. Moje czoło prawie dotknęło jej czoła, oddech splótł się z jej oddechem, a w tej jednej, rozciągniętej sekundzie wiedziałem dokładnie, czego chcę.
Jeśli gwiazdy naprawdę słuchały, właśnie dostały swoje życzenie.
Te błyszczące, rozgwieżdżone oczy były blisko, zbyt blisko, a potem już nie było żadnego „potem”, tylko jej usta i to krótkie, zaskoczone westchnienie, które poczułem bardziej, niż usłyszałem. Najpierw było trochę krzywo, trochę za blisko, trochę za szybko, zderzenie nosa z nosem, jej ciche „och”, moje nierówne westchnienie, potem nasze usta znalazły się dokładnie tam, gdzie powinny, i nagle zniknęła cała ta niezręczność. Nie było w tym żadnej strategii, planu, żadnego „zaraz się wycofam”, był tylko ten moment, kiedy jej usta znalazły się pod moimi i wszystko nagle kliknęło, jakby od dawna czekało na ten dokładny kąt, odległość, dokładnie ten błąd w ocenie równowagi. Przestałem się spieszyć, a ona przestała się wahać, i nagle było głębiej, pewniej, tak, jakbyśmy robili to od zawsze, tylko świat potrzebował kilku lat, żeby się ogarnąć. Przyciągnąłem ją bliżej, odruchowo, dłonie same znalazły jej plecy, a ja przestałem udawać, że to przypadek. Chciałem tego. Bardzo. To było intensywne, ciepłe, namiętne w sposób, którego kompletnie się nie spodziewałem, a który w tej chwili wydawał się oczywisty. Chciałem tego, ona chciała tego, i to wystarczało. Oddychałem nierówno, trochę za szybko, śnieg topniał gdzieś na mojej twarzy, ale nawet tego nie rejestrowałem. Liczyło się tylko to, że całowałem ją naprawdę, nie jak żart, nie jak impuls, tylko jak coś, co czekało na swój moment i w końcu się doczekało, tym razem już bez wahania, jakbyśmy robili to od lat, a nie od kilku sekund. Czułem jak miękną mi kolana, co było absolutnie niedorzeczne, biorąc pod uwagę, że byłem Gryfonem, ścigającym i generalnie uważałem się za niezniszczalnego. Przyciągnąłem ją bliżej, instynktownie, bezmyślnie. Parsknąłem krótkim, śmiechem, kompletnie bez sensu, bo byłem pijany i szczęśliwy, i absolutnie nie w miejscu, w którym powinienem być. Oderwałem się na sekundę, bardziej z potrzeby oddechu niż czegokolwiek innego, przygryzłem własną wargę i spojrzałem na nią, kompletnie rozbrojony. To był najlepszy pocałunek, jaki kiedykolwiek miałem - nie dlatego, że był perfekcyjny, właśnie dlatego, że nie był. Śnieg padał, dzwony dawno ucichły, a ja miałem absurdalne wrażenie, że nic poza tym momentem nie istnieje.
- Okej… - Bąknąłem głupio, jakby to cokolwiek wyjaśniało, a potem… Znowu do niej wróciłem, bo czemu niby miałbym nie wrócić. Jemioła, brak jemioły, wszystko jedno - było święto, to było coś świątecznego, w dodatku z jedyną osobą, o której mógłbym pomyśleć, by tak po prostu to teraz zrobić. Zanim zdążyłem dokończyć tę katastrofę logiczną, znów zamknąłem jej usta swoimi, bo to było jedyne słuszne rozwiązanie. Znowu się pochyliłem, a ona wspięła się na palcach i wtedy już przestałem nawet udawać, że kontroluję sytuację. Czułem jej ciepło, śnieg pod stopami, gwiazdy gdzieś nad nami i jedną, bardzo wyraźną myśl, która nie miała żadnych słów - tak właśnie powinno być.
To był najlepszy pocałunek mojego życia, nie musiałem się zastanawiać, było tylko ciepło między nami i zimno wokół, kontrast, który kręcił w głowie mocniej niż alkohol. Całowałem ją zachłannie, ale nie brutalnie, raczej tak, jakby ten moment miał się zaraz skończyć i trzeba było z niego wycisnąć wszystko, ślizgałem się, traciłem równowagę, ale nie puszczałem jej ani na chwilę. Zaśmiałem się cicho przy jej ustach, bardziej oddechem niż dźwiękiem, potem było tylko to moje genialne wyczucie równowagi, które zawiodło dokładnie wtedy, kiedy nie powinno. Zachwiałem się, mruknąłem swoje ostrzegawcze „nie, nie, nie”, a chwilę później leżałem już na plecach w śniegu, z nią na sobie, patrząc na nią z dołu, z zupełnie nowej perspektywy.
Wylądowałem na plecach, z głuchym „uff”, ona na mnie, prosto na mój bok, dokładnie tam, gdzie był siniak, zabolało, zignorowałem to kompletnie. Śmiałem się jak głupi, głośno, bez wstydu, patrząc na nią z tej absurdalnej perspektywy, z czapką z rogami przekrzywioną i gwiazdami nad jej głową.
- No patrz. - Wydyszałem cicho, między rżeniem, ledwie słyszalnie. - Idealnie wylądowałaś. - Przygryzłem dolną wargę, próbując przestać się śmiać, i posłałem jej spojrzenie, które mówiło znacznie więcej, niż bym był w stanie wybełkotać, nie próbując nawet tego ukryć. Zimno uderzało mnie w plecy, śnieg wsypywał się za kołnierz, a ja tylko leżałem, trzymając ją instynktownie, żeby się nie stoczyła.
- To… To było zaplanowane. - Bąknąłem, zupełnie niewiarygodnie, a potem znowu parsknąłem śmiechem, nie mogąc przestać. Śmiałem się dalej, bez opamiętania, aż wreszcie musiałem wciągnąć łyk zimnego powietrza, w tym samym momencie zrobiłem jedyną rzecz, która przyszła mi do głowy - zanurzyłem wolną dłoń w śniegu, zebrałem jego garść i z triumfalnym „ha!” rzuciłem prosto w jej czapkę z rogami. Puch rozprysł się wszędzie, jakbyśmy byli znowu dzieciakami na błoniach, tylko starszymi i znacznie głupszymi. Śnieg wylądował wokół nas, a ja spróbowałem dołożyć jeszcze trochę na jej włosy, kompletnie nie trafiając tam, gdzie planowałem, koordynacja była pojęciem czysto teoretycznym, nabierałem śnieg na oślep, część trafiła w nic, część w moje własne rękawy.
- Nie tylko ja. - Wymamrotałem, kompletnie bez ładu i składu, pijany, szczęśliwy jak nigdy. - Ma być fair. - Złapałem Prue mocniej, by bez ostrzeżenia zarzucić na nią jedną nogę - udem przygniotłem jej biodro, zupełnie niezdarnie, żeby mi nie uciekła, śmiejąc się przy tym jak kretyn, przytrzymując ją w kompletnie nieporadny sposób, który w mojej głowie był szczytem taktycznej przewagi, a w rzeczywistości był po prostu plątaniną długich i krótkich kończyn - zupełnie bez finezji, bardziej z entuzjazmem niż z koordynacją.
Leżeliśmy tak, w śmiechu, w zimnie, w tym jednym momencie, który był wszystkim, nie myślałem o wrogach ani o przyjaźniach, wiedziałem tylko, że wrogowie się tak nie zachowują, ale przecież ja nie chciałem wrogości - chciałem tej nocy, chciałem jej śmiechu nade mną i tego, żeby to trwało, choćby tylko do momentu, kiedy śnieg przestanie padać.
- Nic się nie stało. - Skłamałem automatycznie, bo do tego byłem trenowany. - Po prostu… Przestałem tracić czas. Sen jest luksusem, a ja nigdy nie byłem rozrzutny. - To nie była cała prawda, ale procenty sprawiały, że półprawdy wychodziły mi zaskakująco gładko. Odwróciłem głowę, spojrzałem na nią w końcu, na jej zmarszczone brwi, to znajome napięcie w oczach, kiedyś je wygładzałem żartem, głupim komentarzem, byle tylko przestała się martwić. Chciałem, żeby uwierzyła, bo jej wiara była ciepła i prosta, jak kiedyś, i nie pytała o rachunki za bezsenność.
- Nie panikuj. - Mruknąłem ciszej, tonem, który pamiętał inne czasy, zanim staliśmy się rywalami, zanim świat postanowił nas ustawić po przeciwnych stronach planszy. - Jeszcze żyję. Jak widać. - Zatrzymałem słowa w gardle, zanim mogły się potknąć o resztę zdania, jakie cisnęło mi się na usta, wolałem, żeby zapamiętała mnie stojącego tutaj, pijanego i żywego, z gwiazdami nad głową, a nie z nocami, które nie chciały się kończyć.
Zrobiłem pół kroku w tył, jakby to miało coś zmienić, po czym znów wróciłem na to samo miejsce, bo przecież nie było powodu, żeby stać dalej, śnieg skrzypnął pod moimi butami. Zawiesiłem na niej spojrzenie na sekundę za długo, po czym odchrząknąłem. Zorientowałem się za późno, że mówię za dużo, plączę się w szczegółach, których nikt ode mnie nie chciał, a ona wtedy, jak na zawołanie, zrobiła to - uciszyła mnie, jak dawniej, jakby świat znowu miał instrukcję obsługi.
Zamknąłem usta posłusznie, aż sam się temu zdziwiłem, święta faktycznie miały dziwną władzę nad rzeczami, które normalnie mi się nie przydarzały. Spojrzałem na nią spod półprzymkniętych powiek.
- Niesamowite. - Powtórzyłem cicho, bardziej w mroźną noc niż do niej, bo to słowo zawisło między nami, jak ciepła para z ust w grudniowym chłodzie. Zawiesiłem głos, pozwalając mu zniknąć w zimnym powietrzu, razem z dźwiękami zamku i tym jednym słowem, które nadal pulsowało mi w skroniach. „Niesamowite”. Nie pytałem, czy chodziło o noc, o nią, czy o to, że wciąż staliśmy tu obok siebie, jakby przerwa nigdy nie miała miejsca. Stałem przed nią zbyt blisko, zdecydowanie w jej przestrzeni, ale w mojej głowie to wciąż mieściło się w kategorii „normalne”, bo tej nocy wszystko takie było. „Niesamowite” i „normalne” zarazem, jakby nakładające się na siebie, „wyjątkowe”.
Gdy się zachwiała, odruchowo przesunąłem dłoń bliżej, alkohol sprawiał, że granice wyglądały jak kredowe linie na kamieniu, niby wciąż wiedziałem, gdzie są, ale nie wydawały mi się już takie sztywne.
- Super szybki, super rozsądna. - Odburknąłem z krzywym uśmiechem. - Brzmi jak fatalnie dobrany duet z taniego komiksu. - Spojrzałem na nią bokiem, z tym półironicznym błyskiem w oczach, który zawsze był moją tarczą. Zaśmiałem się, krótko i ochryple, pijanym śmiechem - takim, który wyrywa się zanim rozum zdąży sprawdzić konsekwencje - pod spodem było coś miększego, ale nie zamierzałem tego nazywać.
Zaraz potem znowu parsknąłem, zaskakująco głośno jak na siebie, a śmiech odbił się od kamieni wieży i poleciał w noc, pijany i beztroski. Yule rozplątywało mi język szybciej niż pojawiał się rozsądek, a jej słowa wpadły mi do głowy i zrobiły tam mały chaos, zbyt obrazowy jak na tę godzinę. Uniosłem brew, przekrzywiając się lekko w jej stronę, chwytając balustradę mocniej, bo świat znowu próbował zrobić obrót bez mojej zgody.
- Jestem - powiedziałem z naciskiem, kiwając głową z przesadną dumą - ścigającym. Od zawsze. To ta wersja mnie, w której nie spadam… Zbyt często. - Pokiwałem głową, potwierdzając samemu sobie, że to się zgadza, że to nadal ja, nawet jeśli reszta rzeczy była dziś podejrzanie miękka na krawędziach. Spojrzałem na nią z boku, mrużąc oczy, jakbym próbował złożyć w całość jej słowa, ton i to wszystko, czego nie powiedziała, a co i tak wisiało w powietrzu. Gwiazdy nad nami przekrzywiły się jeszcze bardziej, albo to ja się przekrzywiłem, jedno z dwojga. Odepchnąłem się lekko od balustrady i zrobiłem pół kroku w jej stronę, zdecydowanie bliżej, niż wymagała rozmowa o quidditchu.
- Latać na mnie… - Powtórzyłem wolno, krzywiąc usta w uśmiechu, który nie powinien się pojawić, ale już był. - Widzisz, technicznie rzecz biorąc, to nie jest to, co miałem na myśli, kiedy składałem obietnicę. - Uniósłem dłoń, jakbym chciał ją uspokoić, albo zatrzymać świat w miejscu, i zaraz potem opuściłem ją obok jej palców. Blisko, za blisko, idealnie. - Ale obiecałem. - Dodałem, tym pijanym tonem, w którym prawda i żart miały ten sam smak. - Ja dotrzymuję takich obietnic. Zawsze. - Uniósłem brew, jakbym właśnie zaproponował coś zupełnie niewinnego, a nie pozwalał nam wejść na bardzo śliski grunt. - Jak tylko zechcesz. - Mruknąłem. - Potrenujemy razem. Nauczę cię latać. Powoli. Bezpiecznie. A jeśli będziesz się bała… - Wzruszyłem ramionami. - To cóż, wtedy możesz się trzymać mnie, nie miotły. - Spojrzałem na nią spod rzęs, z tym błyskiem, którego nie potrafiłem już kontrolować. Leciałem na nią, to było aż żałośnie oczywiste, więc nie udawałem, że chodzi tylko o miotły i regulamin. Zatrzymałem się w pół kroku od powiedzenia czegoś głupszego, niż już powiedziałem, pozwalając zimnemu powietrzu ugasić resztki odwagi. Stałem jednak dalej obok niej, pijany, rozbawiony i niebezpiecznie świadomy, że w tej chwili wolałem, żeby myliła miotłę z wszystkim innym.
- „Gdzieś indziej” to bardzo pojemne miejsce. - Mruknąłem, zanim zdążyłem się powstrzymać, a potem uśmiech sam mi się przykleił do twarzy. Pokręciłem głową powoli, jakby to, że byłem tu, a nie gdzieś indziej, naprawdę było decyzją świadomą, a nie cudem logistycznym połączonym z alkoholem i uporem. - I zwykle niezbyt przyjazne. Tu jest lepiej. Zdecydowanie. Tegoroczne Yule jest najlepsze ze wszystkich. - Powiedziałem od razu, bez tej zwyczajowej zwłoki, bez kombinowania, alkohol robił ze mnie fatalnego stratega, ale świetnego świadka chwili.
Założyłem jej czapkę bez ceremonii, bo pijana odwaga była praktyczna. Patrzyłem, jak kręci głową, jak te rogi żyją własnym życiem, i parsknąłem śmiechem, krótkim, ciepłym, zupełnie nie arystokratycznym. Wyglądała… Właściwie. Inaczej, dobrze, nie tym szkolnym „dobrze”, tylko tym, które trafiało w brzuch i zostawało tam na dłużej. Jak element tej nocy, który powinien tu być od początku.
- Nie kłamię. - Powiedziałem od razu, zbyt szybko. - Gdybym kłamał, to bym się bardziej starał. - Dodałem z uporem, ale też ze szczerością, która zawsze wychodziła mi najłatwiej po alkoholu. Przechyliłem głowę, mrużąc oczy, jakbym naprawdę ją oceniał z fachową powagą, chociaż w środku wszystko miałem już dawno rozbrojone.
- Nawet jeśli trochę… - Zawiesiłem głos, po czym uśmiechnąłem się szerzej. - To tylko dodaje uroku. Tobie wolno. - Zapewniłem, więc kiedy zgodziła się bez dalszej walki, poczułem tę drobną, idiotyczną satysfakcję, jakby wygrał ktoś zupełnie inny, młodszy, głupszy ja. Wiatr był ostry, więc bez zastanowienia przyciągnąłem ją do siebie - stabilność była dobrym pretekstem, bliskość jeszcze lepszym.
Uniosłem wzrok odruchowo, bardziej dlatego, że ona go uniosła, niż dlatego, że naprawdę wierzyłem w spadające gwiazdy. Noc była rozmazana, niebo pływało jak atrament wlany do wody, a mimo to przez chwilę naprawdę próbowałem coś zobaczyć, jakbym mógł przeoczyć jedną sekundę i stracić coś ważnego. A potem pochyliłem się w jej stronę, bardziej instynktownie niż świadomie, a świat skurczył się do jej twarzy, do oczu, które patrzyły na mnie tak, jak kiedyś, zanim wszystko się skomplikowało.
Nie pomyślałem życzenia w głowie, nigdy nie byłem dobry w myśleniu na zawołanie, zamiast tego nachyliłem się jeszcze odrobinę, czując zapach zimy, alkoholu i czegoś znajomego, czego nie umiałem nazwać bez ryzyka. Moje czoło prawie dotknęło jej czoła, oddech splótł się z jej oddechem, a w tej jednej, rozciągniętej sekundzie wiedziałem dokładnie, czego chcę.
Jeśli gwiazdy naprawdę słuchały, właśnie dostały swoje życzenie.
Te błyszczące, rozgwieżdżone oczy były blisko, zbyt blisko, a potem już nie było żadnego „potem”, tylko jej usta i to krótkie, zaskoczone westchnienie, które poczułem bardziej, niż usłyszałem. Najpierw było trochę krzywo, trochę za blisko, trochę za szybko, zderzenie nosa z nosem, jej ciche „och”, moje nierówne westchnienie, potem nasze usta znalazły się dokładnie tam, gdzie powinny, i nagle zniknęła cała ta niezręczność. Nie było w tym żadnej strategii, planu, żadnego „zaraz się wycofam”, był tylko ten moment, kiedy jej usta znalazły się pod moimi i wszystko nagle kliknęło, jakby od dawna czekało na ten dokładny kąt, odległość, dokładnie ten błąd w ocenie równowagi. Przestałem się spieszyć, a ona przestała się wahać, i nagle było głębiej, pewniej, tak, jakbyśmy robili to od zawsze, tylko świat potrzebował kilku lat, żeby się ogarnąć. Przyciągnąłem ją bliżej, odruchowo, dłonie same znalazły jej plecy, a ja przestałem udawać, że to przypadek. Chciałem tego. Bardzo. To było intensywne, ciepłe, namiętne w sposób, którego kompletnie się nie spodziewałem, a który w tej chwili wydawał się oczywisty. Chciałem tego, ona chciała tego, i to wystarczało. Oddychałem nierówno, trochę za szybko, śnieg topniał gdzieś na mojej twarzy, ale nawet tego nie rejestrowałem. Liczyło się tylko to, że całowałem ją naprawdę, nie jak żart, nie jak impuls, tylko jak coś, co czekało na swój moment i w końcu się doczekało, tym razem już bez wahania, jakbyśmy robili to od lat, a nie od kilku sekund. Czułem jak miękną mi kolana, co było absolutnie niedorzeczne, biorąc pod uwagę, że byłem Gryfonem, ścigającym i generalnie uważałem się za niezniszczalnego. Przyciągnąłem ją bliżej, instynktownie, bezmyślnie. Parsknąłem krótkim, śmiechem, kompletnie bez sensu, bo byłem pijany i szczęśliwy, i absolutnie nie w miejscu, w którym powinienem być. Oderwałem się na sekundę, bardziej z potrzeby oddechu niż czegokolwiek innego, przygryzłem własną wargę i spojrzałem na nią, kompletnie rozbrojony. To był najlepszy pocałunek, jaki kiedykolwiek miałem - nie dlatego, że był perfekcyjny, właśnie dlatego, że nie był. Śnieg padał, dzwony dawno ucichły, a ja miałem absurdalne wrażenie, że nic poza tym momentem nie istnieje.
- Okej… - Bąknąłem głupio, jakby to cokolwiek wyjaśniało, a potem… Znowu do niej wróciłem, bo czemu niby miałbym nie wrócić. Jemioła, brak jemioły, wszystko jedno - było święto, to było coś świątecznego, w dodatku z jedyną osobą, o której mógłbym pomyśleć, by tak po prostu to teraz zrobić. Zanim zdążyłem dokończyć tę katastrofę logiczną, znów zamknąłem jej usta swoimi, bo to było jedyne słuszne rozwiązanie. Znowu się pochyliłem, a ona wspięła się na palcach i wtedy już przestałem nawet udawać, że kontroluję sytuację. Czułem jej ciepło, śnieg pod stopami, gwiazdy gdzieś nad nami i jedną, bardzo wyraźną myśl, która nie miała żadnych słów - tak właśnie powinno być.
To był najlepszy pocałunek mojego życia, nie musiałem się zastanawiać, było tylko ciepło między nami i zimno wokół, kontrast, który kręcił w głowie mocniej niż alkohol. Całowałem ją zachłannie, ale nie brutalnie, raczej tak, jakby ten moment miał się zaraz skończyć i trzeba było z niego wycisnąć wszystko, ślizgałem się, traciłem równowagę, ale nie puszczałem jej ani na chwilę. Zaśmiałem się cicho przy jej ustach, bardziej oddechem niż dźwiękiem, potem było tylko to moje genialne wyczucie równowagi, które zawiodło dokładnie wtedy, kiedy nie powinno. Zachwiałem się, mruknąłem swoje ostrzegawcze „nie, nie, nie”, a chwilę później leżałem już na plecach w śniegu, z nią na sobie, patrząc na nią z dołu, z zupełnie nowej perspektywy.
Wylądowałem na plecach, z głuchym „uff”, ona na mnie, prosto na mój bok, dokładnie tam, gdzie był siniak, zabolało, zignorowałem to kompletnie. Śmiałem się jak głupi, głośno, bez wstydu, patrząc na nią z tej absurdalnej perspektywy, z czapką z rogami przekrzywioną i gwiazdami nad jej głową.
- No patrz. - Wydyszałem cicho, między rżeniem, ledwie słyszalnie. - Idealnie wylądowałaś. - Przygryzłem dolną wargę, próbując przestać się śmiać, i posłałem jej spojrzenie, które mówiło znacznie więcej, niż bym był w stanie wybełkotać, nie próbując nawet tego ukryć. Zimno uderzało mnie w plecy, śnieg wsypywał się za kołnierz, a ja tylko leżałem, trzymając ją instynktownie, żeby się nie stoczyła.
- To… To było zaplanowane. - Bąknąłem, zupełnie niewiarygodnie, a potem znowu parsknąłem śmiechem, nie mogąc przestać. Śmiałem się dalej, bez opamiętania, aż wreszcie musiałem wciągnąć łyk zimnego powietrza, w tym samym momencie zrobiłem jedyną rzecz, która przyszła mi do głowy - zanurzyłem wolną dłoń w śniegu, zebrałem jego garść i z triumfalnym „ha!” rzuciłem prosto w jej czapkę z rogami. Puch rozprysł się wszędzie, jakbyśmy byli znowu dzieciakami na błoniach, tylko starszymi i znacznie głupszymi. Śnieg wylądował wokół nas, a ja spróbowałem dołożyć jeszcze trochę na jej włosy, kompletnie nie trafiając tam, gdzie planowałem, koordynacja była pojęciem czysto teoretycznym, nabierałem śnieg na oślep, część trafiła w nic, część w moje własne rękawy.
- Nie tylko ja. - Wymamrotałem, kompletnie bez ładu i składu, pijany, szczęśliwy jak nigdy. - Ma być fair. - Złapałem Prue mocniej, by bez ostrzeżenia zarzucić na nią jedną nogę - udem przygniotłem jej biodro, zupełnie niezdarnie, żeby mi nie uciekła, śmiejąc się przy tym jak kretyn, przytrzymując ją w kompletnie nieporadny sposób, który w mojej głowie był szczytem taktycznej przewagi, a w rzeczywistości był po prostu plątaniną długich i krótkich kończyn - zupełnie bez finezji, bardziej z entuzjazmem niż z koordynacją.
Leżeliśmy tak, w śmiechu, w zimnie, w tym jednym momencie, który był wszystkim, nie myślałem o wrogach ani o przyjaźniach, wiedziałem tylko, że wrogowie się tak nie zachowują, ale przecież ja nie chciałem wrogości - chciałem tej nocy, chciałem jej śmiechu nade mną i tego, żeby to trwało, choćby tylko do momentu, kiedy śnieg przestanie padać.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)