Kiwnęła twierdząco głową.
– Miałeś kiedyś okazję je jeść? – zapytała, uśmiechając się nadal do Chrisa. – U nas podawane jest czasami na niektórych wydarzeniach rodzinnych… Babcia mówiła, że mamy jakiś stary przepis jeszcze z Francji, podobno oryginalny, ale ja się na tym nie znam – Lestrange za to mieli małego świra na punkcie Francji, nie brał się on co prawda z niczego, ale sama Victoria jakoś nie podzielała zafascynowania tym krajem, a ciasto po prostu jej smakowało i jadła je ze smakiem, nieistotne czy było z przepisu oryginalnego, czy może ulepszonego, czy jakiego. – Mmmm, możliwe – ciemnowłosa musiała sięgnąć pamięcią do czasów szkolnych, czy raczej w tym wypadku czasów, gdy już szkolę skończyła i stawiała pierwsze kroki w karierze amnezjatora i restauratora w Czarodziejskim Pogotowiu Ratunkowym. Nie miała wtedy czasu czytać romansów, ani w ogóle za dużo książek, a gdy już miała, to zdecydowanie wolała takie, które poszerzały jej wiedzę, a nie historyjki o byle czym. – Nie czytałam, ale mogło coś takiego być faktycznie – przyznała w końcu, a potem roześmiała się krótko, choć serdecznie, gdy Christopher spuentował historię nieudanej pogoni młodej puchonki za przystojnym bogatym ślizgonem.
– Może – odparła z zagadkowym uśmieszkiem, choć po prawdzie nie wyobrażała sobie Rosiera jako właściciela ośrodka wypoczynkowego dla czarodziejów. – A gdybyś wziął sobie coś do pracy i po prostu popracował tam, zamiast w Londynie? Albo coś innego… Co lubisz robić w wolnym czasie? – zagadnęła. – Pewnie pomyślę – choć po prawdzie bardzo wątpiła, że będzie miała na to czas, bo były inne palące sprawy, którymi powinna się zająć, a nie miała kiedy ze względu na Spaloną Noc.
– Jest. I wydaje jej się, że może sterować życiem swoich dzieci bo takie jest jej prawo. Ma zresztą rację, wydaje jej się – powiedziała spokojnie, widząc zresztą, że Chris ważył słowa, jakby bał się, że powie o słowo za dużo i obrazi kogoś, kogo nie powinien. – Nie brzmi to źle… A na pewno lepiej niż to, że ja też się z tego powodu cieszę – choć nie cieszyła się z jego śmierci. Ale nie miała złudzeń: wiedziała, że to małżeństwo byłoby absolutną katastrofą, skoro nie była w stanie wytrzymać z narzeczonym więcej niż kilkanaście minut, w których zazwyczaj prędzej czy później rozmowa skręcała na to, co powiedziała jego matka. Bo mamusia miała przecież rację we wszystkim, była najmądrzejsza istotą na świecie (a przynajmniej w świecie Drake’a) i najważniejsze było powiedzieć co o tym i o tym uważa Violett. Dla Victorii było to absolutnie nie do przejścia, nie do zniesienia. I nigdy nie była bardziej nieszczęśliwa jak właśnie wtedy, gdy była zaręczona z pierwszym narzeczonym. – Trzymam cię więc za słowo – choć… wcale nie mówiła na poważnie. Ale dawało to okazję do zaczepki przy następnej okazji.