21.12.2025, 14:01 ✶
Machnąłem ręką, niechlujnie, trochę za szeroko, po czym praktycznie od razu przewróciłem oczami z przesadą, jakbym właśnie usłyszał wstęp do wykładu, który znałem na pamięć, chociaż wcale nie chciałem go zaliczać. Alkohol sprawiał, że wszystko wydawało się prostsze, lżejsze, mniej śmiertelne, śnieg skrzypiał pod nami, zimno podchodziło pod kołnierz, a ona martwiła się tak intensywnie, że aż mnie to ogrzewało, niezręczne, nie na miejscu, a jednak prawdziwie. Słuchałem, zawsze jej słuchałem, nawet jeśli potem robiłem dokładnie odwrotnie. Ta obawa nie była głośna, była szczera, to było w niej najgorsze. Prue nie oskarżała mnie o nic, a ja wolałem, kiedy celowała we mnie, nie wokół mnie, nie w czynniki zewnętrzne, o których nie rozmawialiśmy, zdecydowanie łatwiej było mi to wtedy odeprzeć. Stałem więc cicho, z dłoniami wsuniętymi w kieszenie, czując, jak upojenie powoli ustępowało miejsca czemuś cięższemu, czego nie chciałem dopuścić do głosu - bardzo mocno pokręciłem głową, przez co trochę straciłem równowagę.
- Pruuuu—eyyyy… - Mruknąłem, przeciągając jej imię, jakbym mógł nim wygładzić jej panikę. Alkohol robił ze mnie dyplomatę bez planu. - Toniejesttakjakmyślisz. Każdy czasem… Nie śpi. Treningi, mecze, stres… - Wzruszyłem ramionami, zbyt lekko. - To nie znaczy, że… Że zaraz się rozpadnę… Czy… Czy coś. - Widziałem jednak, że to do niej nie trafiało, jej oczy były zbyt czujne, zbyt zaangażowane. Martwiła się. O mnie. To było gorsze niż bezsenność, bo tego nie umiałem unieść bez kombinowania. - Nie przejmuj się mną. - Dodałem ciszej, prawie prosząco. - Naprawdę. Żyję. Mam się dobrze. Jeszcze długo będę cię wkurzał. - Wyciągnąłem rękę i dotknąłem jej nadgarstka, lekko, jakby to miało nas zakotwiczyć w tej chwili. Czułem, że gdybym powiedział prawdę, rozsypałoby się coś delikatnego, coś, co dopiero co udało nam się poskładać z lodu, śmiechu i śniegu. - Dbam o siebie. - Skłamałem spokojnie. - Może nie idealnie, ale… Wystarczająco. - Nie powiedziałem, że noce bywają długie, nie powiedziałem, że cisza potrafi być głośniejsza niż trybuny. Patrzyłem tylko na nią i miałem nadzieję, że mi uwierzy, bo jej troska była ciepła, a ja nie chciałem, żeby ta noc zamieniła się w raport medyczny. Chciałem ją rozbroić, zanim zacznie rozkładać mnie na czynniki pierwsze. - Przestań się martwić. - Mruknąłem, lżej, niemal czule. - Jeszcze będziesz miała mnie dość. Obiecuję na… Na coś. Na coś obiecuję. - Nie powiedziałem, jak bardzo jej troska wbijała się we mnie jak klin, bo ważyła więcej niż moja szczerość, nie powiedziałem, że właśnie dlatego nie mogłem pozwolić jej zobaczyć prawdy. Stałem więc przed nią, pijany, żywy, uśmiechnięty, dokładnie taki, jakiego chciała zobaczyć tej nocy. - Gdyby było źle, wiedziałabyś. Mamy umowę, racja? - Powiedziałem, chociaż wiedziałem, że to nie do końca prawda. Uśmiechnąłem się do niej tym uśmiechem, który zawsze działał jak plaster, nawet jeśli rana była głębiej.
Zaśmiałem się pod nosem, cicho, bo jej pewność siebie miała w sobie coś, co zawsze trafiało mnie prosto w mostek - przeciwieństwa, czytelnicy, idealnie dobrane - brzmiało, jakby opisywała nas z bezpiecznej odległości, jak historię, którą da się zamknąć między okładkami i odłożyć na półkę, a ja wcale nie czułem się jak metafora.
- Czytelnicy są okrutni, lubią katastrofy. - Mruknąłem trochę pijanie, trochę z przekonaniem. - Im gorzej dobrane, tym lepiej się czyta. Konflikt, tarcie, iskry. Lubią patrzeć, jak wszystko się sypie, a potem magicznie składa w całość. - Uniósłem dłoń i zatoczyłem w powietrzu nieporadny gest, jakbym rysował mapę fabularną, która wymknęła się autorowi spod kontroli. - Rozsądna bohaterka, szybki idiota z kompleksem bohatera. - Dodałem, krzywiąc usta w uśmiechu. Spojrzałem na nią spod półprzymkniętych powiek, a alkohol sprawił, że filtr między myślą a słowem był już czysto dekoracyjny. - Tragiczne decyzje, napięcie, kilka rozdziałów pod tytułem „to nie może się udać”. Potem się udaje, a potem trzeba kogoś zabić. Bestseller murowany. - Westchnąłem krótko, bez ciężaru, bardziej jak ktoś, kto właśnie pogodził się z fabułą. Patrzyłem na nią i wiedziałem, że to nie jest rozsądne, że ten urok, to spojrzenie, ta bliskość nie prowadzą w bezpieczne rejony. Przesunąłem wzrok z jej oczu na usta, na moment, zbyt długi, żeby dało się to nazwać przypadkiem - jeśli ktoś by to opisał, pewnie rzeczywiście by się sprzedało - tak, widziałem fabułę książki, której nikt jeszcze nie napisał, a ja już znałem zakończenie.
- Tylko że oni potem zamykają książkę. - Dodałem ciszej, z tym pijanym namysłem, który sprawiał, że słowa brzmiały prawdziwiej niż powinny. - A my… No cóż. My z niej nie wychodzimy tak łatwo. - Uśmiechnąłem się do niej, bez ironii, bez maski. W tej chwili naprawdę wierzyłem, że przeciwieństwa nie tyle się przyciągają, co uczą oddychać w tym samym rytmie, nawet jeśli tylko na jedną, zimową noc.
Zaśmiałem się jeszcze raz, ale kiedy powiedziała, że się gubi, śmiech ugrzązł mi w gardle jak źle połknięte słowo. Przestało to być zabawne w tej samej sekundzie, zobaczyłem to zawahanie, to ciche przyznanie się do niewiedzy, i nagle cała ta moja quidditchowa pewność siebie wydała mi się podejrzanie mała. Jej „gubię się w tym” trafiło mnie bardziej, niż powinno, bo ja też się gubiłem. W niej, w nas, w tym, jak łatwo wracało coś, co dawno powinno być ułożone do snu i przykryte kurzem. Przesunąłem palcami po śniegu na barierce, rysując bez sensu jakąś linię, tylko po to, żeby nie robić nic głupszego.
- Hej. - Mruknąłem, już bez śmiechu, pochylając się w jej stronę. - Nie mów tego reszcie, ale to tylko gra, naprawdę, nie musisz tego rozumieć. Wystarczy, że wiesz, kiedy krzyczę z radości, a kiedy z wkurzenia. - Powiedziałem od razu, zbyt szybko, jakbym chciał przykryć jej zawstydzenie własnym głosem. - Quidditch to tylko hałas i powody do siniaków. Nie trzeba się na tym znać, żeby… - Urwałem, bo nie chciałem powiedzieć „żeby mnie rozumieć”. - Ja też gubię się w połowie rzeczy, które są dla ciebie oczywiste. Wystarczy, że wiesz, że latam szybko i czasem robię głupie rzeczy. Reszta to szczegóły dla ludzi z trybun. - Uniosłem ramiona, z tą nonszalancją, która tym razem nie była udawana, chociaż zaraz przesunąłem dłonią po karku, nerwowo, jak zawsze, gdy nie chodziło o refleks, tylko o ludzi. A kiedy dodała, że jeśli kiedykolwiek miałaby spróbować, to tylko ze mną… Coś we mnie kliknęło, cicho, ale nieodwracalnie. Nie triumf, odpowiedzialność, ta dziwna, ciężka myśl, że faktycznie bym o nią zadbał. Bardziej niż o siebie.
Stałem blisko, za blisko jak na rozsądek, i wiedziałem, że to właśnie jest problem - ten urok, to spojrzenie, ta noc, wiedziałem też, że gdyby przyszło co do czego, złapałbym ją mocniej niż cokolwiek innego w życiu. Nie dlatego, że była słaba, dlatego, że mi na niej zależało. Latanie - dla mnie wolność, dla niej czysta groza - pamiętałem to aż za dobrze, bo niewiele rzeczy mówiła takim głosem. Alkohol nie zabierał mi instynktu, tylko maski. Nie zamierzałem jej chronić przed całym światem, ale przed tym, co naprawdę brzydkie, przed tym, co nie powinno się zdarzyć, przed tym, co zostawia ślady, owszem, to było oczywiste. Tym bardziej, że wiedziałem też, jak łatwo zamienia się „spróbuj” w „powinnaś”, a potem w „musisz”.
- Poza tym, nic nie musisz. Ani latać, ani się znać, ani niczego sobie udowadniać, ani próbować czegokolwiek tylko dlatego, że ktoś uważa, że wypada. - Powiedziałem ciszej, poważniej, niż planowałem. Wypowiedziałem to wolno, wyraźnie, alkohol krążył mi we krwi, ale to akurat było trzeźwe jak zimny poranek. Spojrzałem na nią spod rzęs, ale już bez tego drażniącego błysku, raczej uważnie, ochronnie. - Jeśli latanie jest dla ciebie złe, to jest złe. Koniec. To nie jest wada charakteru ani brak ambicji. To jest, yyy…. Granica. A jeśli kiedykolwiek… Yyyyh— - Podjąłem, ważąc słowa jak ktoś, kto naprawdę nie chciał ich zmarnować. Zawahałem się na ułamek sekundy, pijany, ale szczery. Westchnąłem i przetarłem twarz dłonią, jakbym próbował ogarnąć samego siebie. Miałem młodsze siostry, wiedziałem, jak brzmią obietnice składane zbyt lekko i jak łatwo potrafią się zmienić w nacisk. Nie powiedziałem tego wprost, nie musiałem. Zacisnąłem szczękę na sekundę, bo to była ta część, w której myśli robiły się mniej eleganckie. Miałem siostry. Wiedziałem, jacy potrafią być chłopcy. Wiedziałem też, że jej brat nie był typem, który staje między kimś a problemem. Ja byłem.
- Jeśli kiedykolwiek… - Zawiesiłem głos, szukając słów, które nie zabrzmią jak groźba, tylko jak obietnica. - Jeśli cokolwiek będzie nie tak, źle, dziwnie, nie w porządku… Przychodzisz do mnie, okej, yy… Zawsze. - Spojrzałem jej prosto w oczy. - Nawet jeśli akurat się kłócimy. Nawet jeśli mnie nie lubisz. Nawet jeśli uznasz, że jestem ostatnią osobą, do której powinnaś iść. - Prychnąłem krótko. - Szczególnie wtedy. To, co jest między nami, zostaje między nami. Nie jestem idiotą. - Krzywy uśmiech pojawił się na sekundę, ledwie cień. - Troglodytą bywam, to fakt, ale nie w tym sensie. - Powiedziałem w końcu, trochę głupio mądrze, jak potrafiłem najlepiej, przesunąłem dłonią po karku, kolejny raz, nerwowo, po czym spojrzałem jej prosto w oczy. Nie mówiłem o tym głośno, ale było oczywiste - ktoś inny mógłby próbować być jej koszmarem, ja miałem na to wyłączność i nie zamierzałem jej oddawać, jeśli ktoś miał ją przestraszyć, zranić albo przekroczyć granicę, to najpierw musiałby przejść przeze mnie, a ja potrafiłem być bardzo nieprzyjemny. Zapadła krótka cisza, więc oczywiście mój mózg uznał, że trzeba ją wypełnić czymś głupim i bezpiecznym. Zanim zrobiło się zbyt poważnie, zanim spojrzenia zaczęły mówić za dużo, wróciłem myślami do czegoś bezpieczniejszego. Myśl o prezentach powróciła nagle, jakby ktoś zapalił światło w bocznym korytarzu.
- Wiesz co… - Rzuciłem nagle, z tym błyskiem w oczach, który oznaczał decyzję podjętą bez konsultacji z rozsądkiem, nagle z powrotem bardziej pijany niż mądry. - Kupię ci książkę, jakąś naprawdę dobrą, zajebistą. Taką, po której będziesz mi wypominać, że nie da się jej odłożyć. To akurat ogarniam. - Wzruszyłem ramionami lekko, jakby to była najprostsza rzecz na świecie.
Byłem schlany jak stodoła po żniwach, naprawdę, i w tym stanie „gdzieś indziej” brzmiało dla mnie wyjątkowo nieprzekonująco. Pokręciłem głową, jakbym próbował strząsnąć z niej cały ten świat, obowiązki, nazwiska, terminarze. Yule było enklawą, kapsułą czasu, miejscem, gdzie mogłem udawać, że nie jestem rozsypany na przyszłe decyzje. „Gdzieś indziej”. Parsknąłem krótkim śmiechem, bo słowo było pojemne, a ja nawet w tej chwili nie mieściłem się w nim w całości, razem z bałaganem w głowie. Uśmiechnąłem się głupio, szczerze, jak ktoś, kto zapomniał, że powinien uważać.
- No, widzisz. - Mruknąłem, machając ręką gdzieś w noc, jakby „gdzieś indziej” wisiało nad Zakazanym Lasem albo nad kuchniami. Rozłożyłem ręce szerzej, niż trzeba, obejmując nimi noc, taras, śnieg i ją, choć fizycznie wcale jej nie dotykałem. - „Gdzieś indziej” zawsze brzmi, jakbym miał plan. - Powiedziałem, bełkotliwie mądrze, kiwając głową, która zdecydowanie nie współpracowała. - Wiesz. - Mruknąłem, patrząc w niebo, które ledwo trzymało się pionu. Alkohol robił ze mnie filozofa o zerowej koordynacji. - To Yule jest wyjątkowe. Ale… - Znowu machnąłem ręką nieprecyzyjnie, wskazując między nami. - To jest bardziej. Jak diabli. - Zamilkłem, bo dalej już bym się zapętlił albo powiedział coś zbyt mądrego jak na stan, w jakim byłem. Świat był krzywy, lekko rozmazany na krawędziach, ale ona była ostra, wyraźna, jak punkt odniesienia.
- Oczywiście, że tobie wolno. - Mruknąłem z absolutnym przekonaniem człowieka, który w tej chwili był gotów podpisać to krwią i pieczęcią rodową. Yule robiło ze mnie zdrajcę samego siebie. A może właśnie przeciwnie? - Tobie zawsze. To się jakoś… Liczy inaczej. - Brzmiało jak żart, jak pijana przesada, ale wypłynęło z miejsca, które nie znało ironii. Czapka z rogami kiwała się, kiedy poruszała głową, balansując gdzieś pomiędzy „głupio a uroczo”, dokładnie w tym punkcie, w którym przestaje się to analizować, a zaczyna akceptować jako fakt.
Potem były gwiazdy, a raczej idea gwiazd, bo niebo falowało mi przed oczami, a ja byłem już daleko poza precyzją astronomii, mimo to słuchałem jej o życzeniach z uwagą godną najważniejszego egzaminu. Spadające, niespadające, prawdziwe czy tylko wymyślone przez alkohol i mróz - nieważne, ważne było to, że stała blisko i mówiła o czymś, w co chciałem wierzyć. Życzenia miały sens tylko dlatego, że ona chciała, żebym je miał, to wystarczało. Alkohol zrobił ze mnie idealnego wyznawcę cudów, więc uniosłem wzrok razem z nią, jakbym naprawdę wierzył, że niebo ma dla nas instrukcję obsługi. Stałem obok niej i udawałem, że szukam jednej konkretnej, chociaż tak naprawdę wszystko, co istotne, było dokładnie nieco poniżej wysokości mojego wzroku.
Nie zdążyłem pomyśleć życzenia - może to i lepiej, bo zamiast tego w jednej, krótkiej, ale dostatecznie długiej chwili dotarło do mnie, że była bliżej, niż od lat, więc nachyliłem się odruchowo, jakbym znał ten ruch od zawsze. Pierwszy pocałunek był nieporadny, lekko spóźniony, to było zderzenie zamiaru z rzeczywistością - śnieg, zimno, ciepło jej ust i to krótkie zawieszenie, w którym wszystko inne przestało mieć znaczenie. Nie było fanfar, nie było już nawet dzwonów, był oddech, był drugi pocałunek, już mniej ostrożny, jakbyśmy oboje uznali, że skoro już się potknęliśmy, to nie ma sensu łapać równowagi. Odsunąłem się na ułamek sekundy, tylko po to, żeby spojrzeć na nią spod rzęs, zupełnie bezbronnym spojrzeniem, którego normalnie bym jej nie pokazał. Pomyślałem wtedy, że jeśli gwiazdy faktycznie spełniają życzenia, to właśnie jedno spełniło się bez pytania. Serce waliło mi jak po sprincie, tylko tym razem nie było linii mety, którą chciałbym zobaczyć.
Nie liczyłem kolejnych pocałunków, nie byłbym w stanie, świat nie nadawał się do liczenia, rozmywał się i wracał falami, a jedyną stałą była jej bliskość i to, że za każdym razem, gdy jej usta wracały do moich, coś we mnie puszczało z cichym trzaskiem, jak zamek, który i tak od dawna trzymał się na słowo honoru. Czułem jej wargi, ciepły oddech, dłonie opierające się o mnie z tą ufnością, która była jednocześnie prezentem i zagrożeniem.
Zachwiałem się pierwszy, bo oczywiście że ja poleciałem pierwszy, jak idiota, jak ścigający bez miotły, zawsze byłem szybszy niż stabilny. Noga uciekła mi na śniegu, głupio, bez godności, bez żadnej epickiej narracji, kamień przesunął mi się spod buta, śmiech wyrwał się z piersi, zanim zdążyłem przeklnąć, a potem już leciałem, bardzo niegodnie, bardzo nieheroicznie. Śnieg przyjął mnie zaskakująco miękko, jakby Hogwart uznał, że tej nocy można nam trochę odpuścić.
A potem ona, spóźniona o ułamek sekundy, idealnie nieidealna, wylądowała dokładnie tam, gdzie powinna, na mnie, z tym swoim perlistym śmiechem, który uderzył we mnie mocniej niż sam upadek. Dołączyła do mnie z rozmachem, którego nie dało się zaplanować nawet przy najlepszych chęciach. Zaśmiałem się razem z nią, głupio, bezwstydnie, aż w płucach zabrakło mi powietrza.
- Oczywiście. - Wydyszałem, między śmiechem, próbując zebrać myśli i nie bardzo mi to wychodziło, bo nie byłem w stanie powiedzieć nic mądrzejszego. - Idealne lądowanie. Dziesięć na dziesięć. Absolutnie perfekcyjnie.
Śnieg był zimny, ale ciężar przyjemnie realny, a jej obecność zaskakująco kojąca. Jedna z moich nóg zaplątała się o jej, zupełnie przypadkiem, jak wszystko tej nocy, i nie zamierzałem jej cofać. Leżała na mnie, patrzyła na mnie z góry, a ja pomyślałem, że to jest bardzo zła konfiguracja dla kogoś, kto obiecał sobie kontrolę.
Serce zrobiło mi koziołka dokładnie w chwili, w której ziemia zniknęła spod nóg, nie był to jednak ten elegancki, wyuczony obrót, tylko dziki fikołek, nie do końca dozwolony, a jednak idealnie trafiony. Leżałem na plecach, oddychając za szybko, z głową pełną gwiazd, które teraz były wszędzie, nie tylko na niebie. Patrzyłem na nią z dołu, z rozbawieniem, z czymś miękkim pod nim, z tym ciepłem, którego nie dało się zrzucić na alkohol ani na Yule. Było w tym coś absurdalnego i coś niebezpiecznie prawdziwego, niewłaściwego i właściwego jednocześnie, dokładnie takiego, jakie zawsze były sprawy z Prue, jak zaklęcie rzucone w złym momencie, które i tak trafiało dokładnie tam, gdzie powinno. Upadliśmy w śnieg jak dzieci, które zapomniały, że nie wypada. Spojrzałem w bok, na niebo nad nami, na gwiazdy, które wirowały leniwie, jeśli jakaś spadała, to przegapiłem moment - a może nie, może to ona była tą gwiazdą, moją Sun, Sunny, która spadła prosto na mnie i już nie chciałem, żeby ktokolwiek ją podnosił z powrotem na swoje miejsce. Śmiałem się, bo inaczej serce wyskoczyłoby mi z klatki piersiowej i zostawiło mnie tam, na lodzie, samego z własną głupotą. Leżała na mnie, naturalnie, jakby świat od zawsze był tak ustawiony, jakby grawitacja miała ją zapisaną w regulaminie specjalnym, tylko dla mnie, jej ciężar był lekki, znajomy, absurdalnie dobry.
Jedna z moich nóg zaplątała się o jej biodro zupełnie bezwstydnie, jakby ciało podjęło decyzję szybciej niż głowa. Śnieg chłodził moje plecy, ale tam, gdzie była ona, było ciepło, za ciepło jak na przypadek.
A potem to Prudence się poruszyła - zniżyła się, powoli, świadomie, wykorzystując tę przewagę wysokości, jakby była najnaturalniejszą rzeczą na świecie - zobaczyłem to zbyt wyraźnie, jej twarz nad moją, cień rzęs, skupienie, decyzję. Nie cofnąłem się, nie powinienem był, kolejny raz tego wieczoru, ale nie cofnąłem się nawet o milimetr.
Kiedy jej usta dotknęły moich, odpowiedziałem odruchowo, dłonią przesuwając po jej plecach, przytrzymując ją, jakby znów groziło nam runięcie, chociaż wcale nie chciałem się podnieść. Świat mógł poczekać, rywalizacja, rozsądek, jutro - tak samo. W tej chwili leżeliśmy w śniegu, splątani jak źle zapisane życzenie, i to było dokładnie to, czego chciałem. Oddałem pocałunek odruchowo, zachłannie, jak ktoś, kto nagle zrozumiał zasadę gry, w którą grał całe życie na ślepo. Leżałem w śniegu, z nią na sobie, śmiejąc się jeszcze chwilę temu, a potem nagle już wcale nie było mi do śmiechu, bo dotarło do mnie to jedno, ostre jak gwóźdź wbity prosto w klatkę piersiową.
Chciałem więcej, nie więcej teraz, nie więcej tej nocy, chociaż ta noc była idealnie rozbita i krzywa. Chciałem więcej zawsze. Ją. Ten ciężar jej ciała, ten chaos, tę katastrofę, która układała się we mnie w coś zaskakująco prostego.
- Sun… - Mruknąłem, głosem rozbitym, nie do końca posłusznym. - Sunny… - Słowa plątały mi się w ustach, sens rozlewał się jak grzane wino, chciałem powiedzieć więcej, chciałem zapytać, chciałem upewnić się, zatrzymać ją, nazwać to poprawnie, ale zamiast tego wyszło tylko ciche, pijane wyznanie, jak fakt, nie prośba.
- Jesteś… - wymamrotałem gdzieś między jednym oddechem a drugim, słowa gubiły mi się w ustach i w jej włosach - …my… - To nie było o posiadaniu, to było o rozpoznaniu. Jakby coś we mnie od dawna znało odpowiedź, tylko nikt nie zadał pytania.
Chciałem zapytać. Chciałem powiedzieć to normalnie, jasno, jak człowiek, który wie, co robi. Czy chce być ze mną. Czy chce być moja w tym samym sensie, w jakim ja byłem już jej, ale myśli rozpadały mi się jak śnieg pod palcami, a usta wracały do jej ust szybciej, niż umiałem je zatrzymać. Nie spytałem, nie potrafiłem, byłem zbyt zajęty tym, że ona była tu, nade mną, i nasz świat zwinął się do tej jednej chwili na śniegu na tarasie na wieży astronomicznej.
Jeszcze zdążę - jutro, potem, kiedyś - mieliśmy czas, czułem to z dziwną, pijanie trzeźwą pewnością, z sercem bijącym jak oszalałe, patrząc na tę noc, na śnieg, na gwiazdy, które mogły spadać albo nie, to już nie miało znaczenia.
To była moja Sun, moja Sunny, jej włosy łaskotały mnie w nos, śnieg topniał gdzieś za kołnierzem, a ja na ślepo odgarnąłem brązowe, miękkie kosmyki, nieporadnie, jakbym bał się, że zniknie, jeśli przestanę ją dotykać. Jeśli istniały pięknie skonfigurowane tragedie, właśnie w jednej leżałem i nie miałem najmniejszej ochoty się podnosić. Spadająca gwiazda mogła właśnie przeciąć niebo, albo mogło jej wcale nie być, to nie miało znaczenia. W tym całym chaosie, wiedziałem jedno - nawet jeśli będę „gdzieś indziej”, ta noc już zawsze będzie dokładnie tutaj.
- Pruuuu—eyyyy… - Mruknąłem, przeciągając jej imię, jakbym mógł nim wygładzić jej panikę. Alkohol robił ze mnie dyplomatę bez planu. - Toniejesttakjakmyślisz. Każdy czasem… Nie śpi. Treningi, mecze, stres… - Wzruszyłem ramionami, zbyt lekko. - To nie znaczy, że… Że zaraz się rozpadnę… Czy… Czy coś. - Widziałem jednak, że to do niej nie trafiało, jej oczy były zbyt czujne, zbyt zaangażowane. Martwiła się. O mnie. To było gorsze niż bezsenność, bo tego nie umiałem unieść bez kombinowania. - Nie przejmuj się mną. - Dodałem ciszej, prawie prosząco. - Naprawdę. Żyję. Mam się dobrze. Jeszcze długo będę cię wkurzał. - Wyciągnąłem rękę i dotknąłem jej nadgarstka, lekko, jakby to miało nas zakotwiczyć w tej chwili. Czułem, że gdybym powiedział prawdę, rozsypałoby się coś delikatnego, coś, co dopiero co udało nam się poskładać z lodu, śmiechu i śniegu. - Dbam o siebie. - Skłamałem spokojnie. - Może nie idealnie, ale… Wystarczająco. - Nie powiedziałem, że noce bywają długie, nie powiedziałem, że cisza potrafi być głośniejsza niż trybuny. Patrzyłem tylko na nią i miałem nadzieję, że mi uwierzy, bo jej troska była ciepła, a ja nie chciałem, żeby ta noc zamieniła się w raport medyczny. Chciałem ją rozbroić, zanim zacznie rozkładać mnie na czynniki pierwsze. - Przestań się martwić. - Mruknąłem, lżej, niemal czule. - Jeszcze będziesz miała mnie dość. Obiecuję na… Na coś. Na coś obiecuję. - Nie powiedziałem, jak bardzo jej troska wbijała się we mnie jak klin, bo ważyła więcej niż moja szczerość, nie powiedziałem, że właśnie dlatego nie mogłem pozwolić jej zobaczyć prawdy. Stałem więc przed nią, pijany, żywy, uśmiechnięty, dokładnie taki, jakiego chciała zobaczyć tej nocy. - Gdyby było źle, wiedziałabyś. Mamy umowę, racja? - Powiedziałem, chociaż wiedziałem, że to nie do końca prawda. Uśmiechnąłem się do niej tym uśmiechem, który zawsze działał jak plaster, nawet jeśli rana była głębiej.
Zaśmiałem się pod nosem, cicho, bo jej pewność siebie miała w sobie coś, co zawsze trafiało mnie prosto w mostek - przeciwieństwa, czytelnicy, idealnie dobrane - brzmiało, jakby opisywała nas z bezpiecznej odległości, jak historię, którą da się zamknąć między okładkami i odłożyć na półkę, a ja wcale nie czułem się jak metafora.
- Czytelnicy są okrutni, lubią katastrofy. - Mruknąłem trochę pijanie, trochę z przekonaniem. - Im gorzej dobrane, tym lepiej się czyta. Konflikt, tarcie, iskry. Lubią patrzeć, jak wszystko się sypie, a potem magicznie składa w całość. - Uniósłem dłoń i zatoczyłem w powietrzu nieporadny gest, jakbym rysował mapę fabularną, która wymknęła się autorowi spod kontroli. - Rozsądna bohaterka, szybki idiota z kompleksem bohatera. - Dodałem, krzywiąc usta w uśmiechu. Spojrzałem na nią spod półprzymkniętych powiek, a alkohol sprawił, że filtr między myślą a słowem był już czysto dekoracyjny. - Tragiczne decyzje, napięcie, kilka rozdziałów pod tytułem „to nie może się udać”. Potem się udaje, a potem trzeba kogoś zabić. Bestseller murowany. - Westchnąłem krótko, bez ciężaru, bardziej jak ktoś, kto właśnie pogodził się z fabułą. Patrzyłem na nią i wiedziałem, że to nie jest rozsądne, że ten urok, to spojrzenie, ta bliskość nie prowadzą w bezpieczne rejony. Przesunąłem wzrok z jej oczu na usta, na moment, zbyt długi, żeby dało się to nazwać przypadkiem - jeśli ktoś by to opisał, pewnie rzeczywiście by się sprzedało - tak, widziałem fabułę książki, której nikt jeszcze nie napisał, a ja już znałem zakończenie.
- Tylko że oni potem zamykają książkę. - Dodałem ciszej, z tym pijanym namysłem, który sprawiał, że słowa brzmiały prawdziwiej niż powinny. - A my… No cóż. My z niej nie wychodzimy tak łatwo. - Uśmiechnąłem się do niej, bez ironii, bez maski. W tej chwili naprawdę wierzyłem, że przeciwieństwa nie tyle się przyciągają, co uczą oddychać w tym samym rytmie, nawet jeśli tylko na jedną, zimową noc.
Zaśmiałem się jeszcze raz, ale kiedy powiedziała, że się gubi, śmiech ugrzązł mi w gardle jak źle połknięte słowo. Przestało to być zabawne w tej samej sekundzie, zobaczyłem to zawahanie, to ciche przyznanie się do niewiedzy, i nagle cała ta moja quidditchowa pewność siebie wydała mi się podejrzanie mała. Jej „gubię się w tym” trafiło mnie bardziej, niż powinno, bo ja też się gubiłem. W niej, w nas, w tym, jak łatwo wracało coś, co dawno powinno być ułożone do snu i przykryte kurzem. Przesunąłem palcami po śniegu na barierce, rysując bez sensu jakąś linię, tylko po to, żeby nie robić nic głupszego.
- Hej. - Mruknąłem, już bez śmiechu, pochylając się w jej stronę. - Nie mów tego reszcie, ale to tylko gra, naprawdę, nie musisz tego rozumieć. Wystarczy, że wiesz, kiedy krzyczę z radości, a kiedy z wkurzenia. - Powiedziałem od razu, zbyt szybko, jakbym chciał przykryć jej zawstydzenie własnym głosem. - Quidditch to tylko hałas i powody do siniaków. Nie trzeba się na tym znać, żeby… - Urwałem, bo nie chciałem powiedzieć „żeby mnie rozumieć”. - Ja też gubię się w połowie rzeczy, które są dla ciebie oczywiste. Wystarczy, że wiesz, że latam szybko i czasem robię głupie rzeczy. Reszta to szczegóły dla ludzi z trybun. - Uniosłem ramiona, z tą nonszalancją, która tym razem nie była udawana, chociaż zaraz przesunąłem dłonią po karku, nerwowo, jak zawsze, gdy nie chodziło o refleks, tylko o ludzi. A kiedy dodała, że jeśli kiedykolwiek miałaby spróbować, to tylko ze mną… Coś we mnie kliknęło, cicho, ale nieodwracalnie. Nie triumf, odpowiedzialność, ta dziwna, ciężka myśl, że faktycznie bym o nią zadbał. Bardziej niż o siebie.
Stałem blisko, za blisko jak na rozsądek, i wiedziałem, że to właśnie jest problem - ten urok, to spojrzenie, ta noc, wiedziałem też, że gdyby przyszło co do czego, złapałbym ją mocniej niż cokolwiek innego w życiu. Nie dlatego, że była słaba, dlatego, że mi na niej zależało. Latanie - dla mnie wolność, dla niej czysta groza - pamiętałem to aż za dobrze, bo niewiele rzeczy mówiła takim głosem. Alkohol nie zabierał mi instynktu, tylko maski. Nie zamierzałem jej chronić przed całym światem, ale przed tym, co naprawdę brzydkie, przed tym, co nie powinno się zdarzyć, przed tym, co zostawia ślady, owszem, to było oczywiste. Tym bardziej, że wiedziałem też, jak łatwo zamienia się „spróbuj” w „powinnaś”, a potem w „musisz”.
- Poza tym, nic nie musisz. Ani latać, ani się znać, ani niczego sobie udowadniać, ani próbować czegokolwiek tylko dlatego, że ktoś uważa, że wypada. - Powiedziałem ciszej, poważniej, niż planowałem. Wypowiedziałem to wolno, wyraźnie, alkohol krążył mi we krwi, ale to akurat było trzeźwe jak zimny poranek. Spojrzałem na nią spod rzęs, ale już bez tego drażniącego błysku, raczej uważnie, ochronnie. - Jeśli latanie jest dla ciebie złe, to jest złe. Koniec. To nie jest wada charakteru ani brak ambicji. To jest, yyy…. Granica. A jeśli kiedykolwiek… Yyyyh— - Podjąłem, ważąc słowa jak ktoś, kto naprawdę nie chciał ich zmarnować. Zawahałem się na ułamek sekundy, pijany, ale szczery. Westchnąłem i przetarłem twarz dłonią, jakbym próbował ogarnąć samego siebie. Miałem młodsze siostry, wiedziałem, jak brzmią obietnice składane zbyt lekko i jak łatwo potrafią się zmienić w nacisk. Nie powiedziałem tego wprost, nie musiałem. Zacisnąłem szczękę na sekundę, bo to była ta część, w której myśli robiły się mniej eleganckie. Miałem siostry. Wiedziałem, jacy potrafią być chłopcy. Wiedziałem też, że jej brat nie był typem, który staje między kimś a problemem. Ja byłem.
- Jeśli kiedykolwiek… - Zawiesiłem głos, szukając słów, które nie zabrzmią jak groźba, tylko jak obietnica. - Jeśli cokolwiek będzie nie tak, źle, dziwnie, nie w porządku… Przychodzisz do mnie, okej, yy… Zawsze. - Spojrzałem jej prosto w oczy. - Nawet jeśli akurat się kłócimy. Nawet jeśli mnie nie lubisz. Nawet jeśli uznasz, że jestem ostatnią osobą, do której powinnaś iść. - Prychnąłem krótko. - Szczególnie wtedy. To, co jest między nami, zostaje między nami. Nie jestem idiotą. - Krzywy uśmiech pojawił się na sekundę, ledwie cień. - Troglodytą bywam, to fakt, ale nie w tym sensie. - Powiedziałem w końcu, trochę głupio mądrze, jak potrafiłem najlepiej, przesunąłem dłonią po karku, kolejny raz, nerwowo, po czym spojrzałem jej prosto w oczy. Nie mówiłem o tym głośno, ale było oczywiste - ktoś inny mógłby próbować być jej koszmarem, ja miałem na to wyłączność i nie zamierzałem jej oddawać, jeśli ktoś miał ją przestraszyć, zranić albo przekroczyć granicę, to najpierw musiałby przejść przeze mnie, a ja potrafiłem być bardzo nieprzyjemny. Zapadła krótka cisza, więc oczywiście mój mózg uznał, że trzeba ją wypełnić czymś głupim i bezpiecznym. Zanim zrobiło się zbyt poważnie, zanim spojrzenia zaczęły mówić za dużo, wróciłem myślami do czegoś bezpieczniejszego. Myśl o prezentach powróciła nagle, jakby ktoś zapalił światło w bocznym korytarzu.
- Wiesz co… - Rzuciłem nagle, z tym błyskiem w oczach, który oznaczał decyzję podjętą bez konsultacji z rozsądkiem, nagle z powrotem bardziej pijany niż mądry. - Kupię ci książkę, jakąś naprawdę dobrą, zajebistą. Taką, po której będziesz mi wypominać, że nie da się jej odłożyć. To akurat ogarniam. - Wzruszyłem ramionami lekko, jakby to była najprostsza rzecz na świecie.
Byłem schlany jak stodoła po żniwach, naprawdę, i w tym stanie „gdzieś indziej” brzmiało dla mnie wyjątkowo nieprzekonująco. Pokręciłem głową, jakbym próbował strząsnąć z niej cały ten świat, obowiązki, nazwiska, terminarze. Yule było enklawą, kapsułą czasu, miejscem, gdzie mogłem udawać, że nie jestem rozsypany na przyszłe decyzje. „Gdzieś indziej”. Parsknąłem krótkim śmiechem, bo słowo było pojemne, a ja nawet w tej chwili nie mieściłem się w nim w całości, razem z bałaganem w głowie. Uśmiechnąłem się głupio, szczerze, jak ktoś, kto zapomniał, że powinien uważać.
- No, widzisz. - Mruknąłem, machając ręką gdzieś w noc, jakby „gdzieś indziej” wisiało nad Zakazanym Lasem albo nad kuchniami. Rozłożyłem ręce szerzej, niż trzeba, obejmując nimi noc, taras, śnieg i ją, choć fizycznie wcale jej nie dotykałem. - „Gdzieś indziej” zawsze brzmi, jakbym miał plan. - Powiedziałem, bełkotliwie mądrze, kiwając głową, która zdecydowanie nie współpracowała. - Wiesz. - Mruknąłem, patrząc w niebo, które ledwo trzymało się pionu. Alkohol robił ze mnie filozofa o zerowej koordynacji. - To Yule jest wyjątkowe. Ale… - Znowu machnąłem ręką nieprecyzyjnie, wskazując między nami. - To jest bardziej. Jak diabli. - Zamilkłem, bo dalej już bym się zapętlił albo powiedział coś zbyt mądrego jak na stan, w jakim byłem. Świat był krzywy, lekko rozmazany na krawędziach, ale ona była ostra, wyraźna, jak punkt odniesienia.
- Oczywiście, że tobie wolno. - Mruknąłem z absolutnym przekonaniem człowieka, który w tej chwili był gotów podpisać to krwią i pieczęcią rodową. Yule robiło ze mnie zdrajcę samego siebie. A może właśnie przeciwnie? - Tobie zawsze. To się jakoś… Liczy inaczej. - Brzmiało jak żart, jak pijana przesada, ale wypłynęło z miejsca, które nie znało ironii. Czapka z rogami kiwała się, kiedy poruszała głową, balansując gdzieś pomiędzy „głupio a uroczo”, dokładnie w tym punkcie, w którym przestaje się to analizować, a zaczyna akceptować jako fakt.
Potem były gwiazdy, a raczej idea gwiazd, bo niebo falowało mi przed oczami, a ja byłem już daleko poza precyzją astronomii, mimo to słuchałem jej o życzeniach z uwagą godną najważniejszego egzaminu. Spadające, niespadające, prawdziwe czy tylko wymyślone przez alkohol i mróz - nieważne, ważne było to, że stała blisko i mówiła o czymś, w co chciałem wierzyć. Życzenia miały sens tylko dlatego, że ona chciała, żebym je miał, to wystarczało. Alkohol zrobił ze mnie idealnego wyznawcę cudów, więc uniosłem wzrok razem z nią, jakbym naprawdę wierzył, że niebo ma dla nas instrukcję obsługi. Stałem obok niej i udawałem, że szukam jednej konkretnej, chociaż tak naprawdę wszystko, co istotne, było dokładnie nieco poniżej wysokości mojego wzroku.
Nie zdążyłem pomyśleć życzenia - może to i lepiej, bo zamiast tego w jednej, krótkiej, ale dostatecznie długiej chwili dotarło do mnie, że była bliżej, niż od lat, więc nachyliłem się odruchowo, jakbym znał ten ruch od zawsze. Pierwszy pocałunek był nieporadny, lekko spóźniony, to było zderzenie zamiaru z rzeczywistością - śnieg, zimno, ciepło jej ust i to krótkie zawieszenie, w którym wszystko inne przestało mieć znaczenie. Nie było fanfar, nie było już nawet dzwonów, był oddech, był drugi pocałunek, już mniej ostrożny, jakbyśmy oboje uznali, że skoro już się potknęliśmy, to nie ma sensu łapać równowagi. Odsunąłem się na ułamek sekundy, tylko po to, żeby spojrzeć na nią spod rzęs, zupełnie bezbronnym spojrzeniem, którego normalnie bym jej nie pokazał. Pomyślałem wtedy, że jeśli gwiazdy faktycznie spełniają życzenia, to właśnie jedno spełniło się bez pytania. Serce waliło mi jak po sprincie, tylko tym razem nie było linii mety, którą chciałbym zobaczyć.
Nie liczyłem kolejnych pocałunków, nie byłbym w stanie, świat nie nadawał się do liczenia, rozmywał się i wracał falami, a jedyną stałą była jej bliskość i to, że za każdym razem, gdy jej usta wracały do moich, coś we mnie puszczało z cichym trzaskiem, jak zamek, który i tak od dawna trzymał się na słowo honoru. Czułem jej wargi, ciepły oddech, dłonie opierające się o mnie z tą ufnością, która była jednocześnie prezentem i zagrożeniem.
Zachwiałem się pierwszy, bo oczywiście że ja poleciałem pierwszy, jak idiota, jak ścigający bez miotły, zawsze byłem szybszy niż stabilny. Noga uciekła mi na śniegu, głupio, bez godności, bez żadnej epickiej narracji, kamień przesunął mi się spod buta, śmiech wyrwał się z piersi, zanim zdążyłem przeklnąć, a potem już leciałem, bardzo niegodnie, bardzo nieheroicznie. Śnieg przyjął mnie zaskakująco miękko, jakby Hogwart uznał, że tej nocy można nam trochę odpuścić.
A potem ona, spóźniona o ułamek sekundy, idealnie nieidealna, wylądowała dokładnie tam, gdzie powinna, na mnie, z tym swoim perlistym śmiechem, który uderzył we mnie mocniej niż sam upadek. Dołączyła do mnie z rozmachem, którego nie dało się zaplanować nawet przy najlepszych chęciach. Zaśmiałem się razem z nią, głupio, bezwstydnie, aż w płucach zabrakło mi powietrza.
- Oczywiście. - Wydyszałem, między śmiechem, próbując zebrać myśli i nie bardzo mi to wychodziło, bo nie byłem w stanie powiedzieć nic mądrzejszego. - Idealne lądowanie. Dziesięć na dziesięć. Absolutnie perfekcyjnie.
Śnieg był zimny, ale ciężar przyjemnie realny, a jej obecność zaskakująco kojąca. Jedna z moich nóg zaplątała się o jej, zupełnie przypadkiem, jak wszystko tej nocy, i nie zamierzałem jej cofać. Leżała na mnie, patrzyła na mnie z góry, a ja pomyślałem, że to jest bardzo zła konfiguracja dla kogoś, kto obiecał sobie kontrolę.
Serce zrobiło mi koziołka dokładnie w chwili, w której ziemia zniknęła spod nóg, nie był to jednak ten elegancki, wyuczony obrót, tylko dziki fikołek, nie do końca dozwolony, a jednak idealnie trafiony. Leżałem na plecach, oddychając za szybko, z głową pełną gwiazd, które teraz były wszędzie, nie tylko na niebie. Patrzyłem na nią z dołu, z rozbawieniem, z czymś miękkim pod nim, z tym ciepłem, którego nie dało się zrzucić na alkohol ani na Yule. Było w tym coś absurdalnego i coś niebezpiecznie prawdziwego, niewłaściwego i właściwego jednocześnie, dokładnie takiego, jakie zawsze były sprawy z Prue, jak zaklęcie rzucone w złym momencie, które i tak trafiało dokładnie tam, gdzie powinno. Upadliśmy w śnieg jak dzieci, które zapomniały, że nie wypada. Spojrzałem w bok, na niebo nad nami, na gwiazdy, które wirowały leniwie, jeśli jakaś spadała, to przegapiłem moment - a może nie, może to ona była tą gwiazdą, moją Sun, Sunny, która spadła prosto na mnie i już nie chciałem, żeby ktokolwiek ją podnosił z powrotem na swoje miejsce. Śmiałem się, bo inaczej serce wyskoczyłoby mi z klatki piersiowej i zostawiło mnie tam, na lodzie, samego z własną głupotą. Leżała na mnie, naturalnie, jakby świat od zawsze był tak ustawiony, jakby grawitacja miała ją zapisaną w regulaminie specjalnym, tylko dla mnie, jej ciężar był lekki, znajomy, absurdalnie dobry.
Jedna z moich nóg zaplątała się o jej biodro zupełnie bezwstydnie, jakby ciało podjęło decyzję szybciej niż głowa. Śnieg chłodził moje plecy, ale tam, gdzie była ona, było ciepło, za ciepło jak na przypadek.
A potem to Prudence się poruszyła - zniżyła się, powoli, świadomie, wykorzystując tę przewagę wysokości, jakby była najnaturalniejszą rzeczą na świecie - zobaczyłem to zbyt wyraźnie, jej twarz nad moją, cień rzęs, skupienie, decyzję. Nie cofnąłem się, nie powinienem był, kolejny raz tego wieczoru, ale nie cofnąłem się nawet o milimetr.
Kiedy jej usta dotknęły moich, odpowiedziałem odruchowo, dłonią przesuwając po jej plecach, przytrzymując ją, jakby znów groziło nam runięcie, chociaż wcale nie chciałem się podnieść. Świat mógł poczekać, rywalizacja, rozsądek, jutro - tak samo. W tej chwili leżeliśmy w śniegu, splątani jak źle zapisane życzenie, i to było dokładnie to, czego chciałem. Oddałem pocałunek odruchowo, zachłannie, jak ktoś, kto nagle zrozumiał zasadę gry, w którą grał całe życie na ślepo. Leżałem w śniegu, z nią na sobie, śmiejąc się jeszcze chwilę temu, a potem nagle już wcale nie było mi do śmiechu, bo dotarło do mnie to jedno, ostre jak gwóźdź wbity prosto w klatkę piersiową.
Chciałem więcej, nie więcej teraz, nie więcej tej nocy, chociaż ta noc była idealnie rozbita i krzywa. Chciałem więcej zawsze. Ją. Ten ciężar jej ciała, ten chaos, tę katastrofę, która układała się we mnie w coś zaskakująco prostego.
- Sun… - Mruknąłem, głosem rozbitym, nie do końca posłusznym. - Sunny… - Słowa plątały mi się w ustach, sens rozlewał się jak grzane wino, chciałem powiedzieć więcej, chciałem zapytać, chciałem upewnić się, zatrzymać ją, nazwać to poprawnie, ale zamiast tego wyszło tylko ciche, pijane wyznanie, jak fakt, nie prośba.
- Jesteś… - wymamrotałem gdzieś między jednym oddechem a drugim, słowa gubiły mi się w ustach i w jej włosach - …my… - To nie było o posiadaniu, to było o rozpoznaniu. Jakby coś we mnie od dawna znało odpowiedź, tylko nikt nie zadał pytania.
Chciałem zapytać. Chciałem powiedzieć to normalnie, jasno, jak człowiek, który wie, co robi. Czy chce być ze mną. Czy chce być moja w tym samym sensie, w jakim ja byłem już jej, ale myśli rozpadały mi się jak śnieg pod palcami, a usta wracały do jej ust szybciej, niż umiałem je zatrzymać. Nie spytałem, nie potrafiłem, byłem zbyt zajęty tym, że ona była tu, nade mną, i nasz świat zwinął się do tej jednej chwili na śniegu na tarasie na wieży astronomicznej.
Jeszcze zdążę - jutro, potem, kiedyś - mieliśmy czas, czułem to z dziwną, pijanie trzeźwą pewnością, z sercem bijącym jak oszalałe, patrząc na tę noc, na śnieg, na gwiazdy, które mogły spadać albo nie, to już nie miało znaczenia.
To była moja Sun, moja Sunny, jej włosy łaskotały mnie w nos, śnieg topniał gdzieś za kołnierzem, a ja na ślepo odgarnąłem brązowe, miękkie kosmyki, nieporadnie, jakbym bał się, że zniknie, jeśli przestanę ją dotykać. Jeśli istniały pięknie skonfigurowane tragedie, właśnie w jednej leżałem i nie miałem najmniejszej ochoty się podnosić. Spadająca gwiazda mogła właśnie przeciąć niebo, albo mogło jej wcale nie być, to nie miało znaczenia. W tym całym chaosie, wiedziałem jedno - nawet jeśli będę „gdzieś indziej”, ta noc już zawsze będzie dokładnie tutaj.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)