Które przeszły przez głowę
I gdzieś czmychnęły nie po naszej myśli,
Niczym ze smyczy, przypiętej
Zbyt luźno.
Jakże nad Wiedniem tęsknota pożerała umysł i serce, gryząc jaźń i skórę bez tej cierpkiej słodyczy uniesienia, jaka zwykle następowała po występie. Było w tym coś nielogicznego i okrutnie zabawnego zarazem: ciało wiedziało, że zrobiło wszystko jak należy, a dusza zachowywała się jak rozkapryszona primabalerina, której nie dano jeszcze jednego ukłonu. Gdy zastygła w półskłonie, dłonie drżały, jakby wciąż odgrywały ostatki lotu łabędzicy, tej upartej, co nie dała się schwytać ani światu, ani sobie samej. Mięśnie pamiętały powietrze, opór sceny i ciszę tuż przed burzą oklasków, a ona tęskniła właśnie za tym momentem, gdy publiczność oddychała jednym płucem. Brakowało jej aplauzu i tych rozkosznie wstydliwych łez pannic z widowni, które później, w przerwach, chowały swoje rozedrgane jaźnie w męskich ramionach, bezwstydnie i z ulgą, jakby balet był dla nich jedyną dozwoloną spowiedzią. Tęskniła za spojrzeniami, które mówiły więcej niż bukiety, za ciszą, w której można było udawać, że jest się kimś innym niż zmęczonym ciałem w pointach. A jednak Petersburg również miłowała po swojemu, tym surowym, skrzypiącym pod podeszwami uczuciem, gdy ledwie dziś powłóczyła nogami w zaspach śniegu, klnąc pod nosem na pogodę i własną ambicję.
I zaraz, jak na złość, znowuż trzeba było obłóczyć ciało w subtelność satynowej okowy sukmany, udając, że mięśnie nie protestują, a kręgosłup nie pamięta każdego skoku. Trzeba było wyjść, stanąć prosto, być obrazem, nie człowiekiem. W czerwieni włosów odziedziczonych po matczynych genach, bez tej upstrzonej relikwii piegów na małym nosku, które los najwyraźniej uznał za zbędne. Była czysta linia, gładka powierzchnia, gotowa do podziwiania.
— Добрый вечер, уважаемый господин... — Uśmiechać się przyszło z kryształem szampana w dłoni, unosząc kielich z tą samą precyzją, z jaką unosiła kiedyś rękę w arabesce. Komizm sytuacji polegał na tym, że wszyscy widzieli w niej triumf, a ona w środku liczyła sekundy do chwili, gdy znów będzie mogła zdjąć maskę, rozsznurować ciało z konwenansów i pozwolić tęsknocie gryźć się w spokoju, jak staremu psu, który nie umie już przestać. — Pana słowa iście mi schlebiają, ucieleśnienie Afrodyty — Mruknęła uprzejmie, już któryś raz tej nocy, w ten sam wyćwiczony sposób, który miał w sobie więcej automatyzmu niż szczerości. Bycie zagadywaną było tu sportem towarzyskim, niemal obowiązkiem wpisanym w metkę sukni, a ona wykonywała go z gracją godną baletowej etiudy. Większości nie zapamiętywała: imion, układów szczęk, ambicji połyskujących w źrenicach jak źle wypolerowane srebro. Nie było po co. Twarze zlewały się w jedną, uniwersalną maskę zachwytu, a słowa w szum, który należało jedynie rytmicznie przyjmować i wypuszczać. — Piękne słowa z jeszcze bardziej tajemniczych warg, dziękuję.
Ten jednak… hm. Ten był przyjemny dla spojrzenia, co odnotowała z zawodową niemal skrupulatnością, jakby oceniał go ktoś inny, ktoś siedzący wygodnie z boku jej własnej głowy. Och, jakże przystojny — w sposób nienachalny, nieprzesadny, bez tej desperacji, która zwykle pachniała drogą wodą kolońską i nieudanym dzieciństwem. Lakoniczność, dotąd wierna jak stary pies, powoli odchodziła w dal, robiąc miejsce dla czegoś bardziej giętkiego, miękkiego, niemal figlarnego. Na płaszczyznę rozmowy wpełzła nuta flirtu, subtelna jak muśnięcie palców o tiul. Dostrzegała w jego oczach arabeski zadumy, te drobne zawijasy myśli, ktre zdradzały, że nie patrzy tylko na suknię, lecz próbuje dojrzeć konstrukcję pod spodem. Było tam podziwianie, owszem, lecz podszyte lekkim rozstrojem, jakby nagle nie był pewien, czy stoi na parkiecie, czy już na krawędzi sceny. Ach, mężczyźni. Zawsze gotowi uwierzyć, że jedno spojrzenie jest zaproszeniem, a jedno mruknięcie — obietnicą.
— Ojciec dał na imię mi Yelena... Kimże Pan jest, skoroś nigdy nie dostąpiłam zaszczytu poznania — przedstawiła się, unosząc dłoń w jego kierunku, leciutko uprzednio kiwając ciałem w gestii uniżonej dobroczynności.