21.12.2025, 22:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.12.2025, 22:56 przez Alexander Mulciber.)
– Wciąż cię kocham – odpowiedział, zanim zmusił się, żeby spojrzeć znów na Lorien. Odwrócona do niego półprofilem, wpatrywała się jak urzeczona w leżący na jej kolanach album. Ale Alexander wpatrywał się tylko w jej twarz. W drżeniu lekko rozchylonych warg Lorien widział wyrzut. Wyczekiwał, aż wykrzywi je grymas obrzydzenia. Aż w przeszklonych wciąż łzami oczach dostrzeże pogardę. Bo przecież ją zawiódł. Wciąż zawodził, i nie mógł nawet użalać się nad sobą z tego powodu. Już było za późno na żale. A jednak nie chciał, żeby przez niego płakała. Jakkolwiek samolubna była jego miłość, nie chciał nigdy, żeby płakała za jego przyczyną.
Z głową wspartą o jej ramię, wsłuchiwał się więc w intencje siostry, czekając, aż się odezwie. Aż wspomni o Jordanii. O smutnych świątyniach pośród piasków. Być może każdy człowiek miał takie miejsce, za którym zawsze będzie tęsknić, nieważne, ile lat minęło. Chociaż, gdyby się nad tym zastanowić, nie była to nigdy tęsknota za miejscem. Bo Alexander nie tęsknił za Rumunią, lecz za człowiekiem, którym był przed Rumunią. Gdy wadliwy świstoklik wyrzucił ich przed paroma tygodniami daleko od nizin Walachii, wystarczyło, że zanurzył palce ziemi, żeby wiedzieć, gdzie jest. Nie umiał się modlić, nie był bowiem wierzącym, ale modlił się wtedy, gdy siedzieli nocą pośrodku pola, patrząc w gwiazdy. "Mogłabym tak żyć", powiedziała mu wtedy Lorien, zabierając z jego bark smutek, który ciążył mu tak straszliwie. Słowa, które prześladowały go tygodniami, a może latami, bo przecież tyle razy powtarzał sobie, że jego życie wciąż jeszcze może się zmienić, wciąż może jeszcze wyglądać inaczej. Zmarnowałem tak wiele czasu, pomyślał Alexander. Gdybym tylko mógł, oddałbym go tobie. Wtedy mu powiedziała. Powiedziała mu, kiedy nastąpi koniec. Nigdy nie miała wiele czasu, ale nagle to było tak, jak gdyby nie miała go wcale. Potrafiłby przecież uczynić ją szczęśliwą. Choćby tylko przez chwilę, jak wtedy, w kraju jego przodków, pośród kwitnących wrzosów. Tyle było chwil, które warte były dla niego więcej niż wieczność. Ale wieczność była zbyt długa.
Wieczność nigdy nie była dla nich.
– Wysłałem ci co miesiąc pocztówki, żebyś o mnie nie zapomniała. Każda z innego portu, jak od męża za wielkim morzem – przypomniał delikatnie, poddając się narzuconemu przez Lorien biegowi rozmowy. Nie chciał przecież przypominać o milczeniu, które zbyt często zalegało między nimi, gdy zaczął nadużywać. Nie, Rumunia już nie należała do tych wspomnień. Chciał wspominać Lorien w kolorowej sukience, zepsuty traktor, cygańskie przyśpiewki i gwiazdy nad ich głowami. – Ależ byłem zazdrosny. – Uśmiechnął się pod nosem, co prędzej mogła poczuć, niż zobaczyć, bo Alexander wciąż opierał się o jej ramię. Czuł jednak, że Lorien powoli się uspokaja.
"Przepraszam cię. Za eliksir. Nie chcę, żebyś do tego wracał..." Alexander pokręcił głową, jak gdyby powiedziała coś bardzo niemądrego. Na początku nic nie odpowiedział na jej przeprosiny. Odgarnął tylko z twarzy siostry włosy czułym gestem, odwzajemniając jej uśmiech, gdy zaczęła mówić o jakiejś Hindergildzie.
– Nie pamiętam nawet, która to – szepnął konspiracyjnie, wiedząc, że wywoła tym u niej zniecierpliwione prychnięcie, ale i cichy chichot. Nieważne, jak silnie wtłaczano Alexandrowi do głowy genealogię jego rodu, ten zawsze odmawiał uznania swych korzeni. Cóż mogła obchodzić go jakaś prapraprababka stryjeczna? Z Lorien może i nie łączyły go bliskie więzy krwi, chociaż przez babcię był spokrewniony z Crouchami... Ale przecież byli rodziną.
Zaśmiał się, gdy go wycałowała. Tym samym beztroskim śmiechem, który znała tak dobrze. Śmiech nie pasował do oblicza Alexa. Wydawał się zmieniać całą jego twarz, zmuszając do pracy tak rzadko używane mięśnie. Wyglądał wtedy młodziej. Wyglądał wtedy bardziej jak chłopak, którym był kiedyś. Jak gdyby szykował się do opowiedzenia żartu z sobie tylko znaną puentą. Po tym uśmiechu przyczajonym na kpiącej, ale przystojnej przecież twarzy pozostały już tylko wspomnienia. Alexander był mężczyzną zmarnowanym życiem i właśnie tak wyglądał.
A jednak wciąż potrafił się śmiać. Jego śmiech miał w sobie coś ze szczekania psa, a może to ujadanie szczęśliwej Łajki mieszało się z tym śmiechem. W końcu jednak obśliniony i obcałowany Alexander wypuścił Lorien z objęć, a potem podparł się lekko na rękach, półsiedząc na podłodze.
"Obiecałam, że pomogę twojej mamie upiąć włosy."
– Zostaw swoje takie, jakimi są – poprosił cicho, wyciągając ramię, jak gdyby chciał pomóc wstać Lorien. Uniósł jednak delikatnie jej podbródek, przyglądając się uważnie jej twarzy. Kciukiem potarł wciąż jeszcze mokry policzek, ścierając z niego łzy. Czy gdy dotknie portretu siostry, poczuje pod palcami ciepło jej skóry? Gdy nachyli się bliżej, czy poczuje utrwalony w płótnie oddech, pokryte werniksem życie? – Wyglądasz tak bardzo ładnie – dodał, po czym puścił jeden z jej loków, który nawinął delikatnie na palec.
Podniósł się, aby wręczyć Lorien prezent, który spoczywał wciąż na blacie biurka. Konspekt należał przecież do niej. Obwiązał go na powrót kobaltową wstążką, zanim przekazał go w ręce siostry, jeszcze na chwilę przygarnąwszy ją do siebie ramieniem.
"To miał być nasz portret. Nasze Mulciber Manor. Nasze..."
Wzdragał się długo przed podjęciem tej decyzji, ale gdy ją podjął, wiedział, że nie ma już ucieczki. Uległ Lorien. Podarował jej w prezencie portret, miejsce w rodzinnej galerii, którego pożądała tak długo. To nie była jednak zwyczajna galeria. To był grobowiec. Alexander nigdy nie chciał zawisnąć na ścianach rodowej galerii, tak jak i nie chciał być pochowanym w grobie wykopanym w cmentarnej ziemi. Wyobrażał sobie, że zgodnie z cygańskim obrządkiem, jego ciało strawi ogień, a prochy uniesie wiatr... Teraz już wiedział, że pochłonie go woda. Wizja jego śmierci przyszła do niego we śnie. "Pomyśl, że to sen", szeptały niemal czule portrety, gdy próbował z nimi rozmawiać. Alexander nigdy nie chciał mieć swojego portretu. Nigdy nie chciał zostać zamkniętym w obrębie portretowych ram, pośród pogrążonych w wiecznym śnie portretów swych przodków. Zbyt przytomnych, aby odejść, zbyt martwych, aby żyć. Gotów był oddać Lorien swoje miejsce na ścianie, jeżeli tego sobie życzyła, a jednak...
Nie bez powodu chciał być na tym portrecie wraz z nią.
Wciąż myślał o wiszących niegdyś w salonie ślubnycj portretach swych rodziców. Mąż i żona wisieli niegdyś obok siebie, ramię w ramię, a może rama w ramę. Dzieci nie powinny osądzać rodziców. Alexander nie chciał osądzać swojej matki. Nie chciał osądzać swojego ojca... A jednak go osądzał. Osądzał go tylko o jedno.
Ojciec nie pomyślał o tym, że obrazy można w każdej chwili przewiesić.
Alexander przewiesił je po jego śmierci. Powiesił je w osobnych pokojach. Portret Duncana Mulcibera zabrał do swojego gabinetu, byle daleko od portretu matki, którą ojciec przez lata poił amortencją. Portret Seliny Ayers pozostawił nad kominkiem w salonie, z towarzyszącym mu wymownym przejaśnieniem na ścianie w miejscu, gdzie wcześniej wisiał portret ojca. Służbie kategorycznie przykazał, żeby pod żadnym pozorem nie ruszała portretów. Nikt nie śmiał sprzeciwić się mężczyźnie ogarniętemu żałobą. Nie gdy w tle rozbrzmiewały wrzaski Seliny. Przerażającym było jej zwierzęce zawodzenie, którym po powrocie z pogrzebu wybuchła na widok portretu swego zmarłego męża. Alexander nie wiedział, czy matka nie poznaje ojca, czy... Właśnie go poznaje. Nie wiedział, co było gorsze.
Alexander nie chciał osądzać swojego ojca, ale osądzał go od lat za każdym razem, gdy patrzył w oczy swojej matki. A jednak nie chodziło tutaj o niego. Nie, Alex po prostu nie chciał, żeby mama musiała cierpieć. Nie chciał, żeby popadła znowu w tę straszliwą histerię, gdy rwała włosy z głowy, na przemian to płacząc, to śmiejąc się. Minęły już czasy, gdy biegała po domu, ogarnięta niezrozumiałym strachem, a może szałem, wywrzaskując na głos cygańskie egzorcyzmy, jak gdyby kto ją opętał. Czy uczynił to gwałt na jej duszy czy na ciele? W ciągu pierwszych miesięcy po śmierci ojca często nocował w domu, bo tylko on miał wystarczająco cierpliwości, żeby uspokoić rozhisteryzowaną matkę. A może udawało mu się to tylko dlatego, że Selina Ayers czasem myliła go ze swoim zmarłym mężem.
Najgorszym było chyba to, że za nim tęskniła.
Że on też, mimo wszystko, za ojcem tęsknił.
Gdy przechodził obok salonu, jego spojrzenie od razu kierowało się w stronę pustego miejsca na ścianie. Odkąd sprowadził się do Mulciber Manor, stale zastanawiał się, czy nie przenieść portretu ojca z powrotem na miejsce. Być może nie powinien osądzać małżeństwa swych rodziców... Być może popełnił błąd, myślał, patrząc na matkę, która często wpatrywała się pustym wzrokiem w puste miejsce w ścianie. Gdy zwracał spojrzenie na jej portret, rozumiał, że jest po prostu samotna.
Osądzał ojca tylko dlatego, że ten nie pomyślał o wspólnym portrecie. Alexander pomyślał o wszystkim. Nawet o tym, co stanie się, jeśli dosięgnie go klątwa matki. Jeśli to on na widok portretu Lorien zacznie kiedyś krzyczeć.
Nieważne, kto przyjdzie po nich, czy przyszli mieszkańcy Mulciber Manor kierować się będą troską, czy pogardą. Nie przewieszą ich do innych pokojów. Nie rozdzielą ich. Będą musieli zniszczyć obraz, pociąć płótno, niszcząc nieodwołalnie jego magiczne właściwości.
Nie zostawią jej na ścianie samej.
A nawet jeżeli zacznie krzyczeć, będzie krzyczał jak ptak. Będzie krzyczał, dopóki Lorien nie przyleci do niego na swych wilgowronich skrzydłach. Dopóki nie spłynie miękko na jego ramię, i nie odmieni się z powrotem. Już się nie odmienię, śpiewała mu z łzami w oczach, ale przecież wiedział, że jeżeli nie zaśpiewa mu kobieta, zaśpiewa mu ptak.
"To miał być nasz portret. Nasze Mulciber Manor. Nasze..."
Ucałował czoło Lorien.
– Zobaczymy się na kolacji.
Z głową wspartą o jej ramię, wsłuchiwał się więc w intencje siostry, czekając, aż się odezwie. Aż wspomni o Jordanii. O smutnych świątyniach pośród piasków. Być może każdy człowiek miał takie miejsce, za którym zawsze będzie tęsknić, nieważne, ile lat minęło. Chociaż, gdyby się nad tym zastanowić, nie była to nigdy tęsknota za miejscem. Bo Alexander nie tęsknił za Rumunią, lecz za człowiekiem, którym był przed Rumunią. Gdy wadliwy świstoklik wyrzucił ich przed paroma tygodniami daleko od nizin Walachii, wystarczyło, że zanurzył palce ziemi, żeby wiedzieć, gdzie jest. Nie umiał się modlić, nie był bowiem wierzącym, ale modlił się wtedy, gdy siedzieli nocą pośrodku pola, patrząc w gwiazdy. "Mogłabym tak żyć", powiedziała mu wtedy Lorien, zabierając z jego bark smutek, który ciążył mu tak straszliwie. Słowa, które prześladowały go tygodniami, a może latami, bo przecież tyle razy powtarzał sobie, że jego życie wciąż jeszcze może się zmienić, wciąż może jeszcze wyglądać inaczej. Zmarnowałem tak wiele czasu, pomyślał Alexander. Gdybym tylko mógł, oddałbym go tobie. Wtedy mu powiedziała. Powiedziała mu, kiedy nastąpi koniec. Nigdy nie miała wiele czasu, ale nagle to było tak, jak gdyby nie miała go wcale. Potrafiłby przecież uczynić ją szczęśliwą. Choćby tylko przez chwilę, jak wtedy, w kraju jego przodków, pośród kwitnących wrzosów. Tyle było chwil, które warte były dla niego więcej niż wieczność. Ale wieczność była zbyt długa.
Wieczność nigdy nie była dla nich.
– Wysłałem ci co miesiąc pocztówki, żebyś o mnie nie zapomniała. Każda z innego portu, jak od męża za wielkim morzem – przypomniał delikatnie, poddając się narzuconemu przez Lorien biegowi rozmowy. Nie chciał przecież przypominać o milczeniu, które zbyt często zalegało między nimi, gdy zaczął nadużywać. Nie, Rumunia już nie należała do tych wspomnień. Chciał wspominać Lorien w kolorowej sukience, zepsuty traktor, cygańskie przyśpiewki i gwiazdy nad ich głowami. – Ależ byłem zazdrosny. – Uśmiechnął się pod nosem, co prędzej mogła poczuć, niż zobaczyć, bo Alexander wciąż opierał się o jej ramię. Czuł jednak, że Lorien powoli się uspokaja.
"Przepraszam cię. Za eliksir. Nie chcę, żebyś do tego wracał..." Alexander pokręcił głową, jak gdyby powiedziała coś bardzo niemądrego. Na początku nic nie odpowiedział na jej przeprosiny. Odgarnął tylko z twarzy siostry włosy czułym gestem, odwzajemniając jej uśmiech, gdy zaczęła mówić o jakiejś Hindergildzie.
– Nie pamiętam nawet, która to – szepnął konspiracyjnie, wiedząc, że wywoła tym u niej zniecierpliwione prychnięcie, ale i cichy chichot. Nieważne, jak silnie wtłaczano Alexandrowi do głowy genealogię jego rodu, ten zawsze odmawiał uznania swych korzeni. Cóż mogła obchodzić go jakaś prapraprababka stryjeczna? Z Lorien może i nie łączyły go bliskie więzy krwi, chociaż przez babcię był spokrewniony z Crouchami... Ale przecież byli rodziną.
Zaśmiał się, gdy go wycałowała. Tym samym beztroskim śmiechem, który znała tak dobrze. Śmiech nie pasował do oblicza Alexa. Wydawał się zmieniać całą jego twarz, zmuszając do pracy tak rzadko używane mięśnie. Wyglądał wtedy młodziej. Wyglądał wtedy bardziej jak chłopak, którym był kiedyś. Jak gdyby szykował się do opowiedzenia żartu z sobie tylko znaną puentą. Po tym uśmiechu przyczajonym na kpiącej, ale przystojnej przecież twarzy pozostały już tylko wspomnienia. Alexander był mężczyzną zmarnowanym życiem i właśnie tak wyglądał.
A jednak wciąż potrafił się śmiać. Jego śmiech miał w sobie coś ze szczekania psa, a może to ujadanie szczęśliwej Łajki mieszało się z tym śmiechem. W końcu jednak obśliniony i obcałowany Alexander wypuścił Lorien z objęć, a potem podparł się lekko na rękach, półsiedząc na podłodze.
"Obiecałam, że pomogę twojej mamie upiąć włosy."
– Zostaw swoje takie, jakimi są – poprosił cicho, wyciągając ramię, jak gdyby chciał pomóc wstać Lorien. Uniósł jednak delikatnie jej podbródek, przyglądając się uważnie jej twarzy. Kciukiem potarł wciąż jeszcze mokry policzek, ścierając z niego łzy. Czy gdy dotknie portretu siostry, poczuje pod palcami ciepło jej skóry? Gdy nachyli się bliżej, czy poczuje utrwalony w płótnie oddech, pokryte werniksem życie? – Wyglądasz tak bardzo ładnie – dodał, po czym puścił jeden z jej loków, który nawinął delikatnie na palec.
Podniósł się, aby wręczyć Lorien prezent, który spoczywał wciąż na blacie biurka. Konspekt należał przecież do niej. Obwiązał go na powrót kobaltową wstążką, zanim przekazał go w ręce siostry, jeszcze na chwilę przygarnąwszy ją do siebie ramieniem.
"To miał być nasz portret. Nasze Mulciber Manor. Nasze..."
Wzdragał się długo przed podjęciem tej decyzji, ale gdy ją podjął, wiedział, że nie ma już ucieczki. Uległ Lorien. Podarował jej w prezencie portret, miejsce w rodzinnej galerii, którego pożądała tak długo. To nie była jednak zwyczajna galeria. To był grobowiec. Alexander nigdy nie chciał zawisnąć na ścianach rodowej galerii, tak jak i nie chciał być pochowanym w grobie wykopanym w cmentarnej ziemi. Wyobrażał sobie, że zgodnie z cygańskim obrządkiem, jego ciało strawi ogień, a prochy uniesie wiatr... Teraz już wiedział, że pochłonie go woda. Wizja jego śmierci przyszła do niego we śnie. "Pomyśl, że to sen", szeptały niemal czule portrety, gdy próbował z nimi rozmawiać. Alexander nigdy nie chciał mieć swojego portretu. Nigdy nie chciał zostać zamkniętym w obrębie portretowych ram, pośród pogrążonych w wiecznym śnie portretów swych przodków. Zbyt przytomnych, aby odejść, zbyt martwych, aby żyć. Gotów był oddać Lorien swoje miejsce na ścianie, jeżeli tego sobie życzyła, a jednak...
Nie bez powodu chciał być na tym portrecie wraz z nią.
Wciąż myślał o wiszących niegdyś w salonie ślubnycj portretach swych rodziców. Mąż i żona wisieli niegdyś obok siebie, ramię w ramię, a może rama w ramę. Dzieci nie powinny osądzać rodziców. Alexander nie chciał osądzać swojej matki. Nie chciał osądzać swojego ojca... A jednak go osądzał. Osądzał go tylko o jedno.
Ojciec nie pomyślał o tym, że obrazy można w każdej chwili przewiesić.
Alexander przewiesił je po jego śmierci. Powiesił je w osobnych pokojach. Portret Duncana Mulcibera zabrał do swojego gabinetu, byle daleko od portretu matki, którą ojciec przez lata poił amortencją. Portret Seliny Ayers pozostawił nad kominkiem w salonie, z towarzyszącym mu wymownym przejaśnieniem na ścianie w miejscu, gdzie wcześniej wisiał portret ojca. Służbie kategorycznie przykazał, żeby pod żadnym pozorem nie ruszała portretów. Nikt nie śmiał sprzeciwić się mężczyźnie ogarniętemu żałobą. Nie gdy w tle rozbrzmiewały wrzaski Seliny. Przerażającym było jej zwierzęce zawodzenie, którym po powrocie z pogrzebu wybuchła na widok portretu swego zmarłego męża. Alexander nie wiedział, czy matka nie poznaje ojca, czy... Właśnie go poznaje. Nie wiedział, co było gorsze.
Alexander nie chciał osądzać swojego ojca, ale osądzał go od lat za każdym razem, gdy patrzył w oczy swojej matki. A jednak nie chodziło tutaj o niego. Nie, Alex po prostu nie chciał, żeby mama musiała cierpieć. Nie chciał, żeby popadła znowu w tę straszliwą histerię, gdy rwała włosy z głowy, na przemian to płacząc, to śmiejąc się. Minęły już czasy, gdy biegała po domu, ogarnięta niezrozumiałym strachem, a może szałem, wywrzaskując na głos cygańskie egzorcyzmy, jak gdyby kto ją opętał. Czy uczynił to gwałt na jej duszy czy na ciele? W ciągu pierwszych miesięcy po śmierci ojca często nocował w domu, bo tylko on miał wystarczająco cierpliwości, żeby uspokoić rozhisteryzowaną matkę. A może udawało mu się to tylko dlatego, że Selina Ayers czasem myliła go ze swoim zmarłym mężem.
Najgorszym było chyba to, że za nim tęskniła.
Że on też, mimo wszystko, za ojcem tęsknił.
Gdy przechodził obok salonu, jego spojrzenie od razu kierowało się w stronę pustego miejsca na ścianie. Odkąd sprowadził się do Mulciber Manor, stale zastanawiał się, czy nie przenieść portretu ojca z powrotem na miejsce. Być może nie powinien osądzać małżeństwa swych rodziców... Być może popełnił błąd, myślał, patrząc na matkę, która często wpatrywała się pustym wzrokiem w puste miejsce w ścianie. Gdy zwracał spojrzenie na jej portret, rozumiał, że jest po prostu samotna.
Osądzał ojca tylko dlatego, że ten nie pomyślał o wspólnym portrecie. Alexander pomyślał o wszystkim. Nawet o tym, co stanie się, jeśli dosięgnie go klątwa matki. Jeśli to on na widok portretu Lorien zacznie kiedyś krzyczeć.
Nieważne, kto przyjdzie po nich, czy przyszli mieszkańcy Mulciber Manor kierować się będą troską, czy pogardą. Nie przewieszą ich do innych pokojów. Nie rozdzielą ich. Będą musieli zniszczyć obraz, pociąć płótno, niszcząc nieodwołalnie jego magiczne właściwości.
Nie zostawią jej na ścianie samej.
A nawet jeżeli zacznie krzyczeć, będzie krzyczał jak ptak. Będzie krzyczał, dopóki Lorien nie przyleci do niego na swych wilgowronich skrzydłach. Dopóki nie spłynie miękko na jego ramię, i nie odmieni się z powrotem. Już się nie odmienię, śpiewała mu z łzami w oczach, ale przecież wiedział, że jeżeli nie zaśpiewa mu kobieta, zaśpiewa mu ptak.
"To miał być nasz portret. Nasze Mulciber Manor. Nasze..."
Ucałował czoło Lorien.
– Zobaczymy się na kolacji.
Koniec sesji
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat