21.12.2025, 23:39 ✶
Pokręciłem głową z pewnym krzywym rozbawieniem, które przychodziło mi naturalnie w takich momentach i brało się bardziej z rozpoznania siebie w cudzych słowach niż z samej ich treści - zawsze reagowałem tym dziwnym wyrazem twarzy, kiedy ktoś mówił o mnie coś, co było aż nazbyt trafne. Nie miałem w zwyczaju zaprzeczać faktom, zwłaszcza tym niewygodnym, Geraldine miała rację z tym, że tak jak i ona, nigdy nie potrafiłem siedzieć bezczynnie, kiedy coś się działo, nawet jeśli rozsądek szeptał, że tym razem naprawdę można. To była jednocześnie zaleta i wada wpisana w kości, nie do wykorzenienia.
- Yhy, jakby bezluch był czymś nienatulalnym, a spokój stanem podejszanym. - Uniosłem kącik ust w krzywym uśmiechu, żeby rozładować atmosferę, ale zaraz spoważniałem. Słuchałem jej uważnie, kiedy opowiadała o zbrojowni, pokoju, który w końcu będzie tylko jej, zamykanym, zabezpieczonym, z narzędziami pod ręką. W jej głosie była satysfakcja, coś wyczekiwanego od lat, i nie dało się tego zignorować. Nie chodziło o broń, tylko o poczucie, że nie trzeba improwizować w chwili, kiedy świat znów zacznie się sypać. Skinąłem głową, bo doskonale rozumiałem to pragnienie, mieć wszystko pod ręką, wiedzieć, gdzie sięgnąć, nie improwizować co noc. Znałem ten błysk w oczach, bo sam kiedyś go miałem, zanim życie nauczyło mnie, że przestrzeń bywa luksusem krótkotrwałym. Było w tym coś niewygodnego, to podobieństwo, które ostatnio coraz wyraźniej przebijało się na powierzchnię, jakbyśmy oboje poruszali się według tej samej, nerwowej mapy, tylko każdy w innym czasie ją odkrył.
Oparłem się znów o krzesło, moje spojrzenie na moment odpłynęło gdzieś dalej, zamiast zatłoczonego lokalu widziałem wrzosowiska Exmoor, wiatr ciągnący po otwartej przestrzeni, brak ścian, które można było zniszczyć, brak drzwi, które można było wyważyć, przynajmniej w tej metaforycznej wersji, będącej kontrastem do tego, co stało się z mieszkaniem przy alei Horyzontalnej. Marzenia techniczne, konkretne, oparte na użyteczności, zawsze wydawały mi się najuczciwsze, nie było w nich ucieczki, tylko porządkowanie świata pod siebie.
Słysząc pytanie, gdzie mieszkamy, zawahałem się tylko na ułamek sekundy - tyle wystarczyło, żeby temat zmienił ciężar, położyłem łokcie na stole, nachyliłem się minimalnie, chcąc zamknąć ten fragment rozmowy w mniejszej przestrzeni.
- Lósznie. - Zacząłem. - Telas głównie Exmool. Koczujemy tam, póki plóbujemy ogalnąś to, co zostało s mieszkania w Londynie. - Przesunąłem palcem po krawędzi blatu, czując pod opuszkiem drobne nierówności. Nie dodałem od razu reszty, przez chwilę patrzyłem na blat stołu, na drobne rysy, wytarte miejsca po setkach takich rozmów, które nigdy nie powinny się tu odbywać, drewno też miało swoją historię zniszczeń. Dziurawy Kocioł nie do końca był miejscem na to, co przyszło potem, ale skoro zapytała, nie zamierzałem kłamać. - Ktoś je zdemolował, kiedy mnie nie było. - Dodałem jeszcze ciszej, uważniej, automatycznie obniżając głos, chociaż nikt przy sąsiednich stolikach nie zwracał na nas uwagi. - Nie dla pieniędzy. To było… Osobiste. Za duszo wysiłku, za duszo plecyzji jak na zwykłe włamanie. - Odruchowo potarłem nadgarstek, gdzie nadal czułem ślad po kleju do tapet, po tym, jak próbowałem dziś coś podłatać, popodklejać, bardziej po to, żeby mieć zajęcie, niż z realną wiarą w efekt. Przestrzenie dało się odświeżyć, ale bezpieczeństwo to była inna sprawa. - Nie wiem, czy powinniśmy tam wlacaś. - Przyznałem otwarcie. - Pszynajmniej nie telas. Dopóki nie dowiemy się więcej. Na lasie tlaktujemy to jak wyjątkowo wledny lemont. Tapety, zamki, spszątanie. Bez snucia scenaliuszy. Nic, czego nie dałoby się naplawiś czasem i pieniędzmi. - Uniosłem wzrok na Geraldine, bo to jej chciałem powiedzieć wprost, bez krążenia wokół tematu, ale jednocześnie bez dokładania ciężaru, którego nie musiała dźwigać. Wiedziałem, że każda informacja, każde niedopowiedzenie, miało swoje konsekwencje - nie było w tym dramatyzmu, raczej sucha konstatacja faktów. Zbyt dobrze znałem to napięcie pod skórą, ten odruch, który każe wstać, sprawdzić, dotknąć, upewnić się, że nic nie wymyka się spod kontroli. Przez moment patrzyłem w parę unoszącą się nad kubkiem, pozwalając myślom wybrzmieć, zanim poszedłem dalej.
- Lumuni byli uczciwi w tym jednym. - Zgodziłem się z nią. - Tam piło się coś, co miało konkletny efekt i nie udawało niczego innego. To tutaj to plóba oszustwa, pszyplawiona cynamonem. - Niechętnie popatrzyłem na bezalkoholowy napój, zapach był intensywny, lepki, niemal duszący, skoro jednak miała wątpliwości, należało je rozwiać.
Przesunęła kubek w moją stronę, a ja spojrzałem na niego, jakby był podejrzanym artefaktem, przez chwilę wahałem się teatralnie, po czym wziąłem go do ręki i upiłem ostrożny łyk. Natychmiast tego pożałowałem. Skrzywiłem się dokładnie tak samo jak ona, bez cienia wstydu, odstawiłem grzaniec na stół i przez moment tylko patrzyłem w blat, jakbym próbował dojść do siebie.
- Nie. - Stwierdziłem stanowczo, chwytając swoje grzane białe wino, żeby zabić ohydny posmak w ustach. - To nie ciąsza, to jest po plostu obiektywnie paskudne. - Znowu się zmarszczyłem i przesunąłem kubek nieco dalej od nas obojga, jakby istniało ryzyko, że jeszcze kogoś skrzywdzi. Niech sobie wsadzą ten grzaniec gdzieś głęboko w kartę menu.
- Yhy, jakby bezluch był czymś nienatulalnym, a spokój stanem podejszanym. - Uniosłem kącik ust w krzywym uśmiechu, żeby rozładować atmosferę, ale zaraz spoważniałem. Słuchałem jej uważnie, kiedy opowiadała o zbrojowni, pokoju, który w końcu będzie tylko jej, zamykanym, zabezpieczonym, z narzędziami pod ręką. W jej głosie była satysfakcja, coś wyczekiwanego od lat, i nie dało się tego zignorować. Nie chodziło o broń, tylko o poczucie, że nie trzeba improwizować w chwili, kiedy świat znów zacznie się sypać. Skinąłem głową, bo doskonale rozumiałem to pragnienie, mieć wszystko pod ręką, wiedzieć, gdzie sięgnąć, nie improwizować co noc. Znałem ten błysk w oczach, bo sam kiedyś go miałem, zanim życie nauczyło mnie, że przestrzeń bywa luksusem krótkotrwałym. Było w tym coś niewygodnego, to podobieństwo, które ostatnio coraz wyraźniej przebijało się na powierzchnię, jakbyśmy oboje poruszali się według tej samej, nerwowej mapy, tylko każdy w innym czasie ją odkrył.
Oparłem się znów o krzesło, moje spojrzenie na moment odpłynęło gdzieś dalej, zamiast zatłoczonego lokalu widziałem wrzosowiska Exmoor, wiatr ciągnący po otwartej przestrzeni, brak ścian, które można było zniszczyć, brak drzwi, które można było wyważyć, przynajmniej w tej metaforycznej wersji, będącej kontrastem do tego, co stało się z mieszkaniem przy alei Horyzontalnej. Marzenia techniczne, konkretne, oparte na użyteczności, zawsze wydawały mi się najuczciwsze, nie było w nich ucieczki, tylko porządkowanie świata pod siebie.
Słysząc pytanie, gdzie mieszkamy, zawahałem się tylko na ułamek sekundy - tyle wystarczyło, żeby temat zmienił ciężar, położyłem łokcie na stole, nachyliłem się minimalnie, chcąc zamknąć ten fragment rozmowy w mniejszej przestrzeni.
- Lósznie. - Zacząłem. - Telas głównie Exmool. Koczujemy tam, póki plóbujemy ogalnąś to, co zostało s mieszkania w Londynie. - Przesunąłem palcem po krawędzi blatu, czując pod opuszkiem drobne nierówności. Nie dodałem od razu reszty, przez chwilę patrzyłem na blat stołu, na drobne rysy, wytarte miejsca po setkach takich rozmów, które nigdy nie powinny się tu odbywać, drewno też miało swoją historię zniszczeń. Dziurawy Kocioł nie do końca był miejscem na to, co przyszło potem, ale skoro zapytała, nie zamierzałem kłamać. - Ktoś je zdemolował, kiedy mnie nie było. - Dodałem jeszcze ciszej, uważniej, automatycznie obniżając głos, chociaż nikt przy sąsiednich stolikach nie zwracał na nas uwagi. - Nie dla pieniędzy. To było… Osobiste. Za duszo wysiłku, za duszo plecyzji jak na zwykłe włamanie. - Odruchowo potarłem nadgarstek, gdzie nadal czułem ślad po kleju do tapet, po tym, jak próbowałem dziś coś podłatać, popodklejać, bardziej po to, żeby mieć zajęcie, niż z realną wiarą w efekt. Przestrzenie dało się odświeżyć, ale bezpieczeństwo to była inna sprawa. - Nie wiem, czy powinniśmy tam wlacaś. - Przyznałem otwarcie. - Pszynajmniej nie telas. Dopóki nie dowiemy się więcej. Na lasie tlaktujemy to jak wyjątkowo wledny lemont. Tapety, zamki, spszątanie. Bez snucia scenaliuszy. Nic, czego nie dałoby się naplawiś czasem i pieniędzmi. - Uniosłem wzrok na Geraldine, bo to jej chciałem powiedzieć wprost, bez krążenia wokół tematu, ale jednocześnie bez dokładania ciężaru, którego nie musiała dźwigać. Wiedziałem, że każda informacja, każde niedopowiedzenie, miało swoje konsekwencje - nie było w tym dramatyzmu, raczej sucha konstatacja faktów. Zbyt dobrze znałem to napięcie pod skórą, ten odruch, który każe wstać, sprawdzić, dotknąć, upewnić się, że nic nie wymyka się spod kontroli. Przez moment patrzyłem w parę unoszącą się nad kubkiem, pozwalając myślom wybrzmieć, zanim poszedłem dalej.
- Lumuni byli uczciwi w tym jednym. - Zgodziłem się z nią. - Tam piło się coś, co miało konkletny efekt i nie udawało niczego innego. To tutaj to plóba oszustwa, pszyplawiona cynamonem. - Niechętnie popatrzyłem na bezalkoholowy napój, zapach był intensywny, lepki, niemal duszący, skoro jednak miała wątpliwości, należało je rozwiać.
Przesunęła kubek w moją stronę, a ja spojrzałem na niego, jakby był podejrzanym artefaktem, przez chwilę wahałem się teatralnie, po czym wziąłem go do ręki i upiłem ostrożny łyk. Natychmiast tego pożałowałem. Skrzywiłem się dokładnie tak samo jak ona, bez cienia wstydu, odstawiłem grzaniec na stół i przez moment tylko patrzyłem w blat, jakbym próbował dojść do siebie.
- Nie. - Stwierdziłem stanowczo, chwytając swoje grzane białe wino, żeby zabić ohydny posmak w ustach. - To nie ciąsza, to jest po plostu obiektywnie paskudne. - Znowu się zmarszczyłem i przesunąłem kubek nieco dalej od nas obojga, jakby istniało ryzyko, że jeszcze kogoś skrzywdzi. Niech sobie wsadzą ten grzaniec gdzieś głęboko w kartę menu.
Koniec sesji
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)