22.12.2025, 01:40 ✶
noc/wczesny ranek 13.10.1972, Zagajnik zaklętych drzew
Było już bardzo późno albo wręcz przeciwnie - bardzo wcześnie, zapowiedź nowego dnia wisiała już w powietrzu, jak tani żart, którego nikt nie chciał dopowiedzieć do końca. Jedyny piątek trzynastego w 1972 roku, okolice Little Hangleton, Las Wisielców… Księżyc wisiał wysoko i bezwstydnie jasno, wiatr szarpał pokrzywione, bezlistne gałęzie tak, jakby chciał wyrwać drzewa z korzeniami. Zimno wchodziło pod płaszcz bez zaproszenia, a noc pachniała wilgocią, leśną biomasą w stanie wczesnego rozkładu, żywicą i czymś metalicznym, nie do końca naturalnym, co zawsze kojarzyło mi się z kłopotami. Gdyby coś miało pójść źle, to statystycznie byłby to ten moment, szczególnie że był to pierwszy tak przejmująco chłodny dzień tej jesieni, gdzieś w okolicach „demonicznej” trzeciej, może nawet trzydzieści trzy w nocy. Nie dało się ukryć, że wyglądało to tak, jakby ktoś specjalnie rozłożył wszystkie rekwizyty na jednym stole i czekał, aż zapalimy światło - ta myśl bawiła mnie bardziej, niż powinna. Czułem to pod skórą, ale nie pozwalałem, żeby mi popsuło nastrój. Wiatr huczał nad nami, ale przy ziemi było inaczej, ciszej, gęściej, nie tylko ze względu na stare drzewa, które w tej części lasu rosły bardzo blisko siebie, splatając się ze sobą, pokrzywione w ten nienaturalnie naturalny sposób. Księżycowe światło przecinało przestrzeń na ostre kawałki, łamało się na pniach w taki sposób, jak potrafiło to robić tylko tutaj, nigdzie indziej, drżące cienie wyglądały jak wiszące sylwetki, nagie gałęzie ocierały się o siebie, jęcząc i trzeszcząc niczym stare kości, co w tym miejscu było raczej mało zabawne, ale nie zamierzałem oddawać im tej satysfakcji, nawet nie próbowałem tego komentować.
Szliśmy z Geraldine ramię w ramię, chociaż nie dotykaliśmy się wcale. Ona skupiona, precyzyjna, z tym swoim spokojem, który wyglądał jak cienka tafla lodu, a ja… Ja byłem sobą, zbyt sobą, jak na takie miejsce i taką datę. Tym, który nie do końca traktował przesądy serio, który potrafił rzucić krzywym żartem nawet w miejscu, gdzie kiedyś naprawdę kogoś powieszono. Zresztą już dawno, niemal na samym początku, mruknąłem coś pod nosem, półżartem, półzaklęciem przeciwko pechowi, bardziej dla własnej rozrywki niż z realnej potrzeby. Pomyślałem, że jeśli coś wyskoczy z krzaków, to statystycznie rzecz biorąc, właśnie dziś. Pomyślałem też, że jeśli już ginąć, to przynajmniej w estetycznym świetle księżyca. Las Wisielców miał renomę do utrzymania.
W środku jednak wszystko było we mnie całkiem zachowawcze, czujne, gotowe do ruchu - słuchałem wiatru, liczyłem oddechy, wyczuwałem nierówności terenu bardziej ciałem niż wzrokiem. Moje stopy same znajdowały miękką ziemię, omijały suche gałęzie, jakby ciało wiedziało, kiedy zwolnić, kiedy zatrzymać się w pół ruchu, nawet nie musiałem się nad tym zastanawiać, to przychodziło mi naturalnie. Natura nie reagowała jeszcze na naszą obecność nie tak, jakby nas nie zauważała, ale jakby uznała, że nie byliśmy warci podnoszenia alarmu przez liczne ptaki, głównie kruki i sroki, siedzące gdzieś wysoko, których oczy bezustannie nas obserwowały.
Czułem ciężar broni, znajomy i uspokajający, oraz ten drugi ciężar, niewidzialny, odpowiedzialność za to, że nie byliśmy tu na spacerze z dreszczykiem. Moja różdżka była tam, gdzie powinna, nóż też, jak i parę innych drobiazgów, o których nie rozmawiało się głośno, bo miały zwyczaj działać tylko wtedy, gdy się ich nie reklamuje. Świadomość konieczności wykonania bardzo określonego wisiała w powietrzu między nami, jak mgła, która pełzła między pniami. Las Wisielców nie wybaczał nieuwagi, a zlecenia w takich miejscach miały tendencję do komplikowania się w najmniej odpowiednich momentach. Księżyc przesunął się za chmurą, światło przygasło, a ja poczułem znajome mrowienie pod skórą.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)