03.03.2023, 23:46 ✶
Był zbyt zajęty własnymi myślami, których kłębiło mu się w głowie tyle, że naprawdę nie zdziwiłby się gdyby zaczęły mu ulatywać uszami, by dostrzec te nikłe, starannie maskowane oznaki zmieszania w twarzy i zachowaniu Leviego; w każdych innych okolicznościach poddałby interpretację każdego gestu bardziej wnikliwej analizie, próbowałby między wierszami wyczytać, czy na pewno jest na tym korytarzu mile widziany czy może jednak zdecydowanie lepszą opcją byłoby się wycofać - może niekoniecznie desperackim sprintem, jak poprzednim razem, ale tak normalnie, w sposób cywilizowany - niestety, obecnie do logicznego myślenia było mu tak blisko jak Prewettowi do uczciwej pracy. I kiedy przyjaciela dusiła gęsta atmosfera, on czuł przede wszystkim palącą potrzebę dowiedzenia się, czy na pewno znajdował się nadal w tym samym Ministerstwie, co parę minut wcześniej. Wszystko inne było nieważne. Nie teraz.
- A może to ty jesteś wolny - odparował, mimowolnie odbijając ripostę tak jakby od tego, kto w tej wymianie zdań będzie miał ostatnie słowo, cokolwiek zależało; a przecież tak naprawdę liczyły się tylko te odpowiedzi, których Levi miał mu zaraz udzielić, na które czekał z napięciem powoli zastępującym ekscytację, bo w chwili gdy rozmówca, zamiast rozwiać wątpliwości i przedstawić satysfakcjonujących wyjaśnień, zaczął dociekać, czy aby na pewno wszystko w porządku, nadzieja przejawiająca się dzikim błyskiem w oczach zaczęła ustępować rozczarowaniu. Prewett przez moment wyglądał, jakby miał zamiar wziąć go pod pachę i zaprowadzić na kozetkę jakiegoś mungowskiego konowała, tak jak nie raz już się zdarzało, gdy w przeszłości tracił kontakt z bazą. - Ty mi powiedz - odpowiedział ponaglająco, gotów zniecierpliwionym gestem odepchnąć tę dłoń - która ostatecznie nigdy nie sięgnęła do jego policzka, bo wylądowała znów w kieszeni - bo nie miał czasu na takie ceregiele. Zbył milczeniem pytanie czy żartuje, uznając że szkoda strzępić języka na takie oczywistości - był poważny jak avada. Jak mało kiedy. Z każdym słowem Leviego bezwiednie przysuwał się coraz bliżej, słuchając w skupieniu i otwierając oczy jeszcze szerzej, jakby miał dzięki temu lepiej zrozumieć szokujące - i bardzo wyczekiwane - rewelacje, które… potwierdzały jego teorię.
- Nie może być - wymamrotał do siebie i zadreptał nerwowo w miejscu, procesując te informacje z takim zaangażowaniem, które nie pozwalało mu na jednoczesne wydawanie z siebie dźwięków. Naturalnie, uwierzył Leviathanowi na słowo, uwierzył natychmiast i nawet nie przyszłoby mu do głowy, by prosić o potwierdzenie - list z datą, gazetę, cokolwiek - bo, co tu dużo mówić, temu człowiekowi uwierzyłby bez wahania nawet gdyby mu powiedział, że blond na głowie Malfoya to naturalny odcień. Może to była zasługa ich wieloletniej przyjaźni i pielęgnowanego w sercu od lat sentymentu, może tego szelmowskiego uśmiechu, a może po prostu był głupi i naiwny. I niewyspany. I szurnięty.
- Na rany Merlina, Levi - kiedy w końcu do niego dotarło z pełną mocą to, co usłyszał, miał wrażenie że kolana ma jak potraktowane zaklęciem galaretowatych nóg i musiał się przytrzymać tego odzianego w szykowną marynarkę ramienia, żeby nie paść jak długi na podłogę; ściany korytarza zawirowały jak w kalejdoskopie, ale to nie przeszkodziło mu w tym, żeby w końcu się uśmiechnąć, szeroko i być może nieco szaleńczo. - Weźmiesz mnie za wariata, ale... Słuchaj tego. Zanim wybiegłem z laboratorium… pięć minut temu… był rok 1972 - wyznał szeptem, nachylając się konspiracyjnie nad ramieniem mężczyzny, bo nie chciał, by ta wieść dotarła do uszu kogokolwiek innego, kto mógłby się czaić w ciemności albo stać za drzwiami któregoś z biur ze szklanką przytkniętą do ucha. - Przeniosłem się w czasie - sprecyzował, w razie gdyby przyjaciel nie był w stanie tak szybko łączyć ze sobą kropek i by zapobiec ewentualnej nadmiernej konsternacji, po czym, wciąż uwieszony jego ramienia, z odległości ani trochę nie szanującej cudzej przestrzeni osobistej, przyjrzał się Leviathanowi badawczo, by wyłapać na ile ten uwierzył w jego słowa.
- A może to ty jesteś wolny - odparował, mimowolnie odbijając ripostę tak jakby od tego, kto w tej wymianie zdań będzie miał ostatnie słowo, cokolwiek zależało; a przecież tak naprawdę liczyły się tylko te odpowiedzi, których Levi miał mu zaraz udzielić, na które czekał z napięciem powoli zastępującym ekscytację, bo w chwili gdy rozmówca, zamiast rozwiać wątpliwości i przedstawić satysfakcjonujących wyjaśnień, zaczął dociekać, czy aby na pewno wszystko w porządku, nadzieja przejawiająca się dzikim błyskiem w oczach zaczęła ustępować rozczarowaniu. Prewett przez moment wyglądał, jakby miał zamiar wziąć go pod pachę i zaprowadzić na kozetkę jakiegoś mungowskiego konowała, tak jak nie raz już się zdarzało, gdy w przeszłości tracił kontakt z bazą. - Ty mi powiedz - odpowiedział ponaglająco, gotów zniecierpliwionym gestem odepchnąć tę dłoń - która ostatecznie nigdy nie sięgnęła do jego policzka, bo wylądowała znów w kieszeni - bo nie miał czasu na takie ceregiele. Zbył milczeniem pytanie czy żartuje, uznając że szkoda strzępić języka na takie oczywistości - był poważny jak avada. Jak mało kiedy. Z każdym słowem Leviego bezwiednie przysuwał się coraz bliżej, słuchając w skupieniu i otwierając oczy jeszcze szerzej, jakby miał dzięki temu lepiej zrozumieć szokujące - i bardzo wyczekiwane - rewelacje, które… potwierdzały jego teorię.
- Nie może być - wymamrotał do siebie i zadreptał nerwowo w miejscu, procesując te informacje z takim zaangażowaniem, które nie pozwalało mu na jednoczesne wydawanie z siebie dźwięków. Naturalnie, uwierzył Leviathanowi na słowo, uwierzył natychmiast i nawet nie przyszłoby mu do głowy, by prosić o potwierdzenie - list z datą, gazetę, cokolwiek - bo, co tu dużo mówić, temu człowiekowi uwierzyłby bez wahania nawet gdyby mu powiedział, że blond na głowie Malfoya to naturalny odcień. Może to była zasługa ich wieloletniej przyjaźni i pielęgnowanego w sercu od lat sentymentu, może tego szelmowskiego uśmiechu, a może po prostu był głupi i naiwny. I niewyspany. I szurnięty.
- Na rany Merlina, Levi - kiedy w końcu do niego dotarło z pełną mocą to, co usłyszał, miał wrażenie że kolana ma jak potraktowane zaklęciem galaretowatych nóg i musiał się przytrzymać tego odzianego w szykowną marynarkę ramienia, żeby nie paść jak długi na podłogę; ściany korytarza zawirowały jak w kalejdoskopie, ale to nie przeszkodziło mu w tym, żeby w końcu się uśmiechnąć, szeroko i być może nieco szaleńczo. - Weźmiesz mnie za wariata, ale... Słuchaj tego. Zanim wybiegłem z laboratorium… pięć minut temu… był rok 1972 - wyznał szeptem, nachylając się konspiracyjnie nad ramieniem mężczyzny, bo nie chciał, by ta wieść dotarła do uszu kogokolwiek innego, kto mógłby się czaić w ciemności albo stać za drzwiami któregoś z biur ze szklanką przytkniętą do ucha. - Przeniosłem się w czasie - sprecyzował, w razie gdyby przyjaciel nie był w stanie tak szybko łączyć ze sobą kropek i by zapobiec ewentualnej nadmiernej konsternacji, po czym, wciąż uwieszony jego ramienia, z odległości ani trochę nie szanującej cudzej przestrzeni osobistej, przyjrzał się Leviathanowi badawczo, by wyłapać na ile ten uwierzył w jego słowa.