23.12.2025, 10:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.12.2025, 10:57 przez Lorraine Malfoy.)
Oto oręż prawdziwej damy: dobre maniery i niezachwiane opanowanie, zachowywane niezależnie od sytuacji. Wyrażanie uczuć zawsze było dla Lorraine trudnym. Przez lata zdążyła nawyknąć do tłumienia w sobie wszystkiego, co uważała, że jest niewłaściwym... A niewłaściwym było niemal wszystko, a już na pewno łzy. Bo przecież łzy są oznaką słabości. Tak zawsze powtarzała Miranda Malfoy, kobieta bardzo zatwardziała w swoich poglądach, ale i w swojej dumie. Płakanie w obecności macochy było czymś absolutnie nie do przyjęcia. Dopiero po latach od jej śmierci Lorraine zaczęła odkrywać swoją wrażliwość na nowo. Jedynym Yule, na jakiego obchodach płakała, było Yule w 1971 roku. Wtedy były to jednak łzy ulgi. Zamiast siedzieć w Necronomiconie przy małej ghoulce, którą przygarnęli wspólnie z Baldwinem przed ledwo dwoma tygodniami, Lorraine czuła się w obowiązku uczestniczyć w rodzinnych obchodach rocznego święta. Jak zawsze była bardzo wdzięczna za pamięć, zaproszenie ją, jak zawsze, ucieszyło... Myślami cały czas była jednak przy małej istotce, która wtedy bardzo mocno zachorowała. Lorraine nie dała rady zjeść niczego na uroczystym obiedzie, bo czuła potworne wyrzuty sumienia, że opuściła Fridę w potrzebie. Bardzo czekała na rodzinne spotkanie, ale siedząc z resztą Malfoyów przy stole, myślała tylko o małej ghoulce. Gdy razem z Baldwinem wrócili z powrotem do Necronomiconu, odetchnęła z ulgą, ale dopiero, gdy się rozpłakała, zdała sobie sprawę, jak wiele kosztowało ją spokojne wysiedzenie przy świątecznym stole.