– Hahaha, przecież mówię, że sobie tego nie wyobrażam – jasne, w rodzinach czystej krwi było bardzo dużo dziwnych połączeń, małżeństw pomiędzy dalszym kuzynostwem i tak dalej, ale mimo wszystko raczej starano się uważać, by spinanie rodzin nie leżało zbyt blisko na drzewie genealogicznym, bo wiadomo jak się to mogło skończyć… Gauntowie byli jednym z przykładów i teraz już właściwie wyginęli. Być może dla ich dobra.
Uśmiechnęła się pod nosem, wyobrażając sobie młodego Christophera i jego kuzyna jak kłócą się o bałwana, po czym jeden ląduje w śniegu, popchnięty przez drugiego.
– Już to widzę, jak pani matka lepi bałwana – skomentowała i westchnęła, bo cała ta znajomość z imć Drakem Rosierem to było pasmo katastrof. Krótkie, ale nawet po śmierci wywarł na nią wpływ, gdy okazało się, że wezwani do akcji aurorzy (w tym ona na szkoleniu pod okiem starszego aurora) natrafili na zniszczony dom, spod którego gruzów wyciągnięto ciała – to ona przeniosła je do Biura Koronera i jej własny kuzyn uświadomił jej, że jedno z nich należy do Rosiera. Tak właśnie się dowiedziała. Od tamtej pory jeden raz odwiedziła jego grób – w rocznicę śmierci. Ale poza tym… nie myślała o nim zbyt często. I z pewnością nie ciepło. – Nawet jeśli to nie był przymus twoich rodziców, to skąd miałeś wiedzieć, że ta dziewczyna jest aż tak niestabilna? – no chyba, że miał ku temu jakieś przesłanki, ale i tak wszedł w tę rzekę pomimo wszystko, myśląc sobie, że on ją zmieni, albo że nie może być aż tak źle. No tak czy siak – nie miał szczęścia. Zauroczenie i zakochanie potrafiło mocno namieszać w głowie człowieka, coś o tym wiedziała…
Przez moment nabijała na wykałaczkę owoce, które nurzała w fontannie z czekoladą. Błoga mina na twarzy Victorii mówiła chyba wszystko o tym, jak uwielbia czekoladę (i gratulowała sobie, że nie wybrała maski zakrywającej również usta), a po tym cierpkim winie było to jeszcze o niebo lepsze. Rosierowi chyba udzielił się nastrój, bo postanowił zarzucić ją komplementem, po którym rozbawiona pokręciła głową, nie biorąc tego tak do końca na serio.
– Niech się biją – stwierdziła w końcu i odłożyła talerzyk oraz pusty kieliszek po płonącym drinku, który okazał się dziwnym winem. – Chodź do ogrodu, tam nie będzie takiego hałasu. Możemy wrócić na końcówkę, albo jak już skończą – i pociągnęła go w stronę wyjścia, skoro nie planował licytować.