Jakaż to z niej Afrodyta, choć nie ta marmurowa z pocztówek uczonych, lecz mitologiczna do kości, rozpustna w idei, a nie w geście, igrająca na marach każdego mężczyzny i każdego boga, którego przyszło jej nie tyle spotkać, co dopuścić do własnego horyzontu. Bogini była przecież strategiem, a nie tylko ozdobą muszli. I tak też ona, primabalerina o kręgosłupie wyprostowanym jak doktryna, mogła wszystko, lecz wybierała chłód. Magię chłodnego usposobienia, tej subtelnej odmowy, która boli bardziej niż otwarte zaproszenie.
Bo gdy nie zwracała uwagi na mężczyzn, oni łaknęli jej spojrzenia jak tlenu w dusznej sali balowej. Walczyli nie o ciało, lecz o sekundę zainteresowania, o mikroskopijne drgnięcie powieki, o cień uśmiechu, który mógł być przypadkiem, a stawał się sensem istnienia. Powab nie potrzebował krzyku ani dotyku; powab był ciszą, w której rodziły się najgłośniejsze obsesje. I wiedziała o tym doskonale, z tą niemal naukową precyzją, z jaką stawia się stopę na scenie, dokładnie tam, gdzie światło jest najmilsze dla skóry.
— Myślisz, że będzie kolejny raz poznawania? — Sieć została rzucona bez pośpiechu, z wspaniałomyślną nonszalancją kogoś, kto wie, że ofiara i tak już się zaplątała. Chwaliła więc podjętą kwestię samym istnieniem, obecnością, drobnym przechyłem głowy, jakby mówiła ciałem: tak, to była dobra decyzja, że patrzysz. Czerwień włosów stała się bronią doskonałą, ostrzejszą niż stal i bardziej bezwstydną niż prawda. Płonęła jak znak ostrzegawczy i zaproszenie zarazem, jak obietnica kłopotów, w które warto się wpakować. — Zwyczajnie mogę zniknąć i już nigdy więcej mnie nie dostrzeżesz...
Ujęła śmiało jego dłoń, a wolny kosmyk, który uparcie drażnił jej twarz, odsunęła na bok z tą samą pewnością, z jaką przesuwa się pionek na planszy dobrze znanej gry. Ciekawość przyszła zaraz potem, lekko ironiczna i nieco złośliwa; te męskie rączki nie wyglądały na zbyt sponiewierane pracą, raczej na pielęgnowane ambicją i próżnością, choć kto wie, może kryły w sobie więcej niż gładką historię. Opuszkiem palca przemknęła po skórze w tym jednym, niemal laboratoryjnym geście, gdy znaleźli się niemal w samym środku sali, pośród wirujących par, które krążyły jak planety oddane muzycznej grawitacji. Z uśmiechem, który balansował na granicy wyzwania i kpiny, ułożyła dłoń na jego ramieniu, wygodnie, świadomie, jakby sprawdzała stabilność konstrukcji.
— Мама miała równie płomienne — szepnęła z nutą smutku, czy bardziej nostalgii, przypominając sobie obraz matuli ze zdjęć. Bo wszakże ciężko było było wspominać czasy, gdy miało się ledwie trzy wiosny. Zreflektowała się, subtelniej przysuwając się do niego; bliżej i czule. By zatęsknił. Muzyka była opoką, gęstą i nośną, niosła ich ciała bez pytania o zgodę, a ona pozwoliła się poprowadzić z tą szczególną łaską kogoś, kto udaje poddanie, choć w istocie nie oddaje steru ani na moment. Jej kroki były lekkie, niemal przesadnie poprawne, jakby chciała pokazać światu, że taniec to nie ruch, lecz decyzja. — Chociaż podkręcenie tegoż koloru to może zasługa magii?
Kręcili się w tym świątecznym wirze, ona z myślą rozbawioną, że oto znowu gra rolę, która zawsze działała najlepiej: muzę, prowokatorkę, ozdobę i test jednocześnie. Ciało pamiętało rytm, nawet jeśli głowa zajęta była notowaniem drobiazgów — napięcia w jego ramieniu, niepewności w prowadzeniu, ambicji przykrytej grzecznością. I bawiło ją to, nieprzyzwoicie wręcz, że wśród tej całej elegancji i pozorów to ona dyktowała tempo, nawet gdy pozwalała muzyce robić za alibi.