04.03.2023, 12:55 ✶
Mackenzie obserwowała Theodore’a z nieodgadnioną miną, kiedy ten snuł swoją opowieść. Może gdyby nie była przy tym wszystkim obecna, nawet uwierzyłaby, że wyglądało to dokładnie tak, jak Lovegood opowiadał. Że walił w drzwi, że był straszliwie przejęty i że znalezienie ciała wstrząsnęło nim do głębi ducha. Ponieważ jednak była obecna… gdzieś w jej głowie powstała myśl, że już gdy przyznał się do ususzenia kaktusa, zaczęła go podejrzewać o bycie socjopatą.
Może miała rację?
Nie przerywała jednak, niczego nie próbowała sprostować. Odezwała się dopiero, kiedy chłopak zakończył już historię.
- Jest aktorem – powiedziała do Erika, jakby to miało wszystko wyjaśnić. Tak na wszelki wypadek, bo jeszcze gdy zbadają sprawę dokładniej, stwierdzą, że to Lovegood zamordował starszą panią, a jednak Mackenzie wątpiła, by ten zdołał zrobić coś takiego. Z pewną ulgą odnotowała też, że Longbottom zignorował jej nazwisko, co oznaczało, że prawdopodobnie zupełnie nie interesuje się quidditchem i nie ma bliskich związków z Greengrassami. Z jeszcze większą ulgą przyjęła, że Erik nie wyciągnął kajdanek na informację o tym, że wyważyła drzwi. – Drzwi mogę naprawić – wymamrotała jeszcze, unosząc różdżkę, którą wcześniej próbowała otworzyć wejście. Była niezła w transmutacji, reparo powinno więc podziałać. Nie rzucała go jednak oczywiście, bo być może dla Brygadzistów było ważne, aby drzwi pozostały wyważone… skoro potrzebowali aż medyka, żeby stwierdził, że martwa kobieta w wannie jest martwa… (Nie, to Mackenzie w głowie zupełnie się nie mieściło.)
- Plamę zauważyłam koło szóstej dziesięć. Ale musiało cieknąć już od jakiegoś czasu. Parę godzin. Zwłaszcza, że do mnie przesiąkło. Łazienka Theodora jest w gorszym stanie – wyjaśniła Mackenzie. Woda równie dobrze mogła tak sobie płynąć od trzeciej, od północy, jak od dwudziestej drugiej. Tego nie potrafiła ocenić, ale była pewna, że do takich zniknięć nie doszło w parę minut. – Wczoraj późnym wieczorem słyszałam jakieś walenie w podłogi, ale wyszłam z domu. Nie wiem, ile trwało. Wróciłam tuż przed północą i było cicho. Na komodzie są zdjęcia – dodała jeszcze, kiedy dopytywał o to, czy znają tego chłopaka. Mackenzie nawet jeśli kiedyś omal nie zabiła się o niego na schodach, pewnie by nie zdołała go rozpoznać, ale fotografie mogły pomóc.
Mackenzie skrzywiła się lekko na słowa o „cynku”. Nie była zbyt ekspresyjna, więc właściwie pierwszy raz zaprezentowała Erikowi nieco inną minę niż ta, z którą go przywitała. Miała naprawdę wielką nadzieję, że pani Weasley umarła z przyczyn naturalnych. Po pierwsze, bo wizja morderstwa w kamienicy nie napawała ją radością, po drugie, ponieważ wizja reporterów pod kamienicą nie podobała się je jeszcze bardziej.
- W takim razie mogę już sobie iść? – spytała, odnosząc się do tego, że lepiej by się tu nie kręcili. Będzie mogła wysuszyć wtedy ścianę i wprawdzie z porannego biegania po zwykłej trasie nici, ale może chociaż zrobi krótką przebieżkę i jeszcze zdąży do Rosierów. – Tak, Greengrass. Mieszkam piętro niżej, pod piątką – przytaknęła.
Może miała rację?
Nie przerywała jednak, niczego nie próbowała sprostować. Odezwała się dopiero, kiedy chłopak zakończył już historię.
- Jest aktorem – powiedziała do Erika, jakby to miało wszystko wyjaśnić. Tak na wszelki wypadek, bo jeszcze gdy zbadają sprawę dokładniej, stwierdzą, że to Lovegood zamordował starszą panią, a jednak Mackenzie wątpiła, by ten zdołał zrobić coś takiego. Z pewną ulgą odnotowała też, że Longbottom zignorował jej nazwisko, co oznaczało, że prawdopodobnie zupełnie nie interesuje się quidditchem i nie ma bliskich związków z Greengrassami. Z jeszcze większą ulgą przyjęła, że Erik nie wyciągnął kajdanek na informację o tym, że wyważyła drzwi. – Drzwi mogę naprawić – wymamrotała jeszcze, unosząc różdżkę, którą wcześniej próbowała otworzyć wejście. Była niezła w transmutacji, reparo powinno więc podziałać. Nie rzucała go jednak oczywiście, bo być może dla Brygadzistów było ważne, aby drzwi pozostały wyważone… skoro potrzebowali aż medyka, żeby stwierdził, że martwa kobieta w wannie jest martwa… (Nie, to Mackenzie w głowie zupełnie się nie mieściło.)
- Plamę zauważyłam koło szóstej dziesięć. Ale musiało cieknąć już od jakiegoś czasu. Parę godzin. Zwłaszcza, że do mnie przesiąkło. Łazienka Theodora jest w gorszym stanie – wyjaśniła Mackenzie. Woda równie dobrze mogła tak sobie płynąć od trzeciej, od północy, jak od dwudziestej drugiej. Tego nie potrafiła ocenić, ale była pewna, że do takich zniknięć nie doszło w parę minut. – Wczoraj późnym wieczorem słyszałam jakieś walenie w podłogi, ale wyszłam z domu. Nie wiem, ile trwało. Wróciłam tuż przed północą i było cicho. Na komodzie są zdjęcia – dodała jeszcze, kiedy dopytywał o to, czy znają tego chłopaka. Mackenzie nawet jeśli kiedyś omal nie zabiła się o niego na schodach, pewnie by nie zdołała go rozpoznać, ale fotografie mogły pomóc.
Mackenzie skrzywiła się lekko na słowa o „cynku”. Nie była zbyt ekspresyjna, więc właściwie pierwszy raz zaprezentowała Erikowi nieco inną minę niż ta, z którą go przywitała. Miała naprawdę wielką nadzieję, że pani Weasley umarła z przyczyn naturalnych. Po pierwsze, bo wizja morderstwa w kamienicy nie napawała ją radością, po drugie, ponieważ wizja reporterów pod kamienicą nie podobała się je jeszcze bardziej.
- W takim razie mogę już sobie iść? – spytała, odnosząc się do tego, że lepiej by się tu nie kręcili. Będzie mogła wysuszyć wtedy ścianę i wprawdzie z porannego biegania po zwykłej trasie nici, ale może chociaż zrobi krótką przebieżkę i jeszcze zdąży do Rosierów. – Tak, Greengrass. Mieszkam piętro niżej, pod piątką – przytaknęła.