24.12.2025, 06:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.12.2025, 06:45 przez Leviathan Rowle.)
- Zapalę ci nawet cały stos pogrzebowy, ale nie licz na to że będę oglądać twoje zwłoki wietrzejące w trumnie i czekające nie wiadomo na co - odpowiedział, krzywiąc się przy tym zniesmaczony. Dobrze, że do tego całego opisu nie dodała że wszystko trafiało na Nokturnowski adres, bo w takim wypadku rozmowa mogła toczyć się dalej i w o wiele mniej przyjemnym tonie, bo jeśli było coś, czego Leviathan szczerze nie trawił, to była to właśnie ta przeklęta uliczka. Uciekła tam raz, więc czemu tam wracała? Co ją ciągnęło do tego brudu i smrodu, gdzie desperacja mieszkała na każdym rogu i trafiali tam tylko ci, którym nie należało się właściwe życie? Miała swoją chatkę, miała swoją Knieję.
- Co za różnica komu? - zapytał, ale coś w głosie napięło się. Tata brzmiało tak miękko i nienaturalnie, jakby nigdy nie mogło odnosić się do postaci Lazarusa. Ten stary gad, siedzący na swoim tronie w Snowdonii, zasługiwał w głowie swojego syna na poważne miano Ojca i nigdy nic więcej ani mniej. Ale wizja generowania bękartów też nie była przyjemna. Nie, kiedy w świadomości młodego Rowle'a zawsze gnieździła się obawa, że jego pierworodny potomek faktycznie urodzi się z gadzimi oczami i zacznie porastać łuską. A może matka natura wraz z ciążącą nad nim klątwą, wykrzywiłaby go jeszcze bardziej, upodabniając do panów niebios; ale zamiast potęgi dając mu połamane skrzydełka, krzywe rogi czy niezręczny ogon. Leviathan też posiadał pewne przeświadczenie, że w jego życiu nie było miejsca dla bękartów - w końcu te znaczyłyby o braku kontroli. Dlatego zawsze uważał, że gdyby tylko o jakimś wiedział, priorytetem byłoby pozbycie się go. - Dzieci są delikatne - skwitował tylko beznamiętnie, jakby właśnie nie głosił czegoś tożsamego do; łatwo się je zabija. Nie było w tych słowach doświadczenia, ale sama pewność własnej racji była wystarczająca.
- Niech ci będzie - odpowiedział tylko, pocierając twarz dłonią i uginając się pod naporem. Nie zamierzał jednak wywiązywać się z domysłów, które mogły iść w ślad za jego słowami. Nie czuł się tutaj ani obco, ani też nie zamierzał zostawać do ranka. Bardzo jednak chciał przestać o tym słuchać.
- Piernik, à la piernik, co za różnica? - upił parę łyków, zezując na nią znad szklanki. Nie był piekarzem, ani nawet kucharzem, przy garnkach spędzając minimalne ilości czasu, czyli zero. To była domena kobiet i skrzatów domowych, ewentualnie światowej klasy szefów kuchni. Kiedy jednak wspomniała o polewie czekoladowej i jego roli w jej wykonaniu, nie sprzeciwiał się, sięgając po śmietankę i czekoladę, żeby faktycznie roztopić je zgodnie z instrukcją. Ustawił garnuszek nad palnikiem i leniwie mieszał co jakiś czas. - Już ustaliłaś, w razie czego jest gdzie pochować ewentualną ofiarę twoich eksperymentów - westchnął, sięgając po flakonik i przez chwilę się mu przyglądając. W końcu jednak odkorkował go i dolał do roztapianej czekolady.
- Nie chce - zawyrokował, obserwując jak ona bierze jedno z ciastek i próbuje tajemniczej zawartości flakoniku. Nie chciał, ale próbować pierwszy nieznajomych prezentów. jeśli jednak miało się okazać, że Heli nic od nich nie będzie to już wtedy nie zamierzał się opierać.
rzemiosło ○○○○○ na roztapianie tej czekolady
Zamieszał ostatni raz znajdującą się w rondelku czekoladę, oceniając że chyba już cała się roztopiła, tworząc gładką masę. Zgasił więc palnik i odwrócił się do Helloise.
- Gotowe.
- Co za różnica komu? - zapytał, ale coś w głosie napięło się. Tata brzmiało tak miękko i nienaturalnie, jakby nigdy nie mogło odnosić się do postaci Lazarusa. Ten stary gad, siedzący na swoim tronie w Snowdonii, zasługiwał w głowie swojego syna na poważne miano Ojca i nigdy nic więcej ani mniej. Ale wizja generowania bękartów też nie była przyjemna. Nie, kiedy w świadomości młodego Rowle'a zawsze gnieździła się obawa, że jego pierworodny potomek faktycznie urodzi się z gadzimi oczami i zacznie porastać łuską. A może matka natura wraz z ciążącą nad nim klątwą, wykrzywiłaby go jeszcze bardziej, upodabniając do panów niebios; ale zamiast potęgi dając mu połamane skrzydełka, krzywe rogi czy niezręczny ogon. Leviathan też posiadał pewne przeświadczenie, że w jego życiu nie było miejsca dla bękartów - w końcu te znaczyłyby o braku kontroli. Dlatego zawsze uważał, że gdyby tylko o jakimś wiedział, priorytetem byłoby pozbycie się go. - Dzieci są delikatne - skwitował tylko beznamiętnie, jakby właśnie nie głosił czegoś tożsamego do; łatwo się je zabija. Nie było w tych słowach doświadczenia, ale sama pewność własnej racji była wystarczająca.
- Niech ci będzie - odpowiedział tylko, pocierając twarz dłonią i uginając się pod naporem. Nie zamierzał jednak wywiązywać się z domysłów, które mogły iść w ślad za jego słowami. Nie czuł się tutaj ani obco, ani też nie zamierzał zostawać do ranka. Bardzo jednak chciał przestać o tym słuchać.
- Piernik, à la piernik, co za różnica? - upił parę łyków, zezując na nią znad szklanki. Nie był piekarzem, ani nawet kucharzem, przy garnkach spędzając minimalne ilości czasu, czyli zero. To była domena kobiet i skrzatów domowych, ewentualnie światowej klasy szefów kuchni. Kiedy jednak wspomniała o polewie czekoladowej i jego roli w jej wykonaniu, nie sprzeciwiał się, sięgając po śmietankę i czekoladę, żeby faktycznie roztopić je zgodnie z instrukcją. Ustawił garnuszek nad palnikiem i leniwie mieszał co jakiś czas. - Już ustaliłaś, w razie czego jest gdzie pochować ewentualną ofiarę twoich eksperymentów - westchnął, sięgając po flakonik i przez chwilę się mu przyglądając. W końcu jednak odkorkował go i dolał do roztapianej czekolady.
- Nie chce - zawyrokował, obserwując jak ona bierze jedno z ciastek i próbuje tajemniczej zawartości flakoniku. Nie chciał, ale próbować pierwszy nieznajomych prezentów. jeśli jednak miało się okazać, że Heli nic od nich nie będzie to już wtedy nie zamierzał się opierać.
rzemiosło ○○○○○ na roztapianie tej czekolady
Rzut T 1d100 - 85
Sukces!
Sukces!
Zamieszał ostatni raz znajdującą się w rondelku czekoladę, oceniając że chyba już cała się roztopiła, tworząc gładką masę. Zgasił więc palnik i odwrócił się do Helloise.
- Gotowe.
We said we're going to conquer new frontiers
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast