24.12.2025, 12:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.02.2026, 16:44 przez Gabriel Montbel.)
– To był jedyny powód, dla którego w ogóle na nie chodziłem. On był moim powodem – szeptał cicho, przechylając głowę, lekko, tak aby pod wargami czuć gorącą skórę, łaskotać go podmuchami powietrza, które oczywiście nie były mu potrzebne do przeżycia, ale do mówienia. Właściwie nie wiedział nawet, że mówi, zafiksowany tym romansowaniem ze śmiercią, gdy kolejny raz stanął wobec pytania... czy to właśnie dziś dopełni się żywot, mający nie mieć końca?
Otoczony różami.
Z czarną posoką, której smaku nie znał, a która mogła stać się dla niego ostatnim posiłkiem.
Jak skazaniec.
Mogła też przecież i nade wszystko być ostatnim doświadczeniem Williama, czy mężczyzna był tego świadom? Gabriel nawet nie zaprzątał sobie myśli tą drobnostką, zakładem ostatecznym w którym jeden z nich nie opuszcza tego miejsca. Druga dłoń powędrowała do smukłej szyi, gładząc skórę łagodnym, uspokajającym gestem. Śmierć mogła być ukojeniem, śmierć dla życia, które trwało zbyt długo, które już dawno zatraciło swój sens, swoje znaczenie szczególnie teraz, gdy czuły uśmiech zgasł, dotyk zniknął i pozostał tylko ból.
– Nie próbujcie jeszcze raz skuwać się łańcuchem słów... – może nie będzie czego, może nie będzie kogo, może już to mówił, wspomnienia gasły jak plany na przyszłość, oś czasu przestawała mieć znaczenia, gdy któreś z nich miało spotkać się ze śmiercią.
Pocałunek przyszedł tak naturalnie, osadzony w załomie szyi na pograniczu, cielesnym limbo umysłu skrytego pod kędzierzawą czupryną, a duszy drżącej w zbyt ciekawskim sercu. Pragnienia. Popędu. Gabriel zatonął w wrażeniu, choć przecież tak wyglądała rutyna jego posiłków, teraz jednak na tej ostatniej wieczerzy w tym pięknym ogrodzie, gdy wszystko było stracone. Puls wyczuwalny pod wargami był czarnym pulsem, nektarem spokoju. Nektarem zapomnienia.
Chłodny język znieczulał tylko trochę, ból przyszedł i tak, gdy kły przebiły się przez skórę, a posoka spłynęła mroczną strugą. Chwycił go mocniej, on, przerośnięta pijawka nie chcąca się oderwać nawet gdyby ktoś polał go święconą wodą. Nie teraz, nie na tej ostatniej randce ze śmiercią. Smak był inny, ciało jednak zareagowało słusznie na krwini, których hemoglobina postanowiła być przyjazna dla daltonistów. Ale czerń nie była jej jedyną właściwością
Zaproponowałbym ci, że w ramach wdzięczności, poproszę znajomego dramatopisarza, aby uwiecznił twój czyn w jakimś dramacie, ale obawiam się, że oczekiwania naszego społeczeństwa nakazałyby mu uczynienie ze mnie w takim razie delikatnej dziewki w opałach, która będzie w stanie podziękować swojemu wybawcy jedynie nieśmiałym pocałunkiem w policzek.
Słowa wpadły nieoczekiwanie, przyszły zdradziecko wprost do jego umysłu. Wspomnienie sprzed jedenastu lat, gdy można jeszcze było się wycofać. Chłodna kamienna ławka pośród róż, szkło wbite w hrabiowską skórę i on, człowiek, który delikatnie usuwał odłamek po odłamku, szepcząc ciche słowa o tym, jak czarujący jest gospodarz tego miejsca.
Pił bardziej. Mocniej. Pił bez opamiętania, chcąc nie pamiętać, ale znarkotyzowany umysł bezwzględnie pozwalał mu odsłaniać same początki tej tragikomedii, która mogła się zakończyć tu i teraz. Ciepłe słowa, słodkie słowa, zdradliwe słowa, trucizna wlewana przez uszy skuteczniej niż krew Blacków przelewająca się przez gardło.
Dotyk, za którym tak tęsknił. Ciepło, które zostało mu odebrane. Nienawiść i złość wypalone, pozostawiające za sobą tylko żal, żal i obsesyjną tęsknotę.
Krew mająca dać ukojenie stała się koszmarem, katorgą, piekielną katuszą majaków nękających go wizjami minionego i nieosiągalnego. Nie był świadomy momentu, gdy odpadł od ciała Williama w malignie, na wydeptaną ścieżkę królewskich ogrodów, nie był świadomy momentu, gdy obezwładniony smutkiem próbował wydrapać sobie oczy, wyrwać język, rozerwać żebra i zgnieść własne serce. Szamotał się przez moment, zawodząc w języku bynajmniej nie stylizowanym na archaiczny a po prostu odległym, niosącym ciężar minionych wieków. Szamotał się, ale nie trwało to długo, gdy w końcu padł nieprzytomny u stóp niedoszłej ofiary.
Otoczony różami.
Z czarną posoką, której smaku nie znał, a która mogła stać się dla niego ostatnim posiłkiem.
Jak skazaniec.
Mogła też przecież i nade wszystko być ostatnim doświadczeniem Williama, czy mężczyzna był tego świadom? Gabriel nawet nie zaprzątał sobie myśli tą drobnostką, zakładem ostatecznym w którym jeden z nich nie opuszcza tego miejsca. Druga dłoń powędrowała do smukłej szyi, gładząc skórę łagodnym, uspokajającym gestem. Śmierć mogła być ukojeniem, śmierć dla życia, które trwało zbyt długo, które już dawno zatraciło swój sens, swoje znaczenie szczególnie teraz, gdy czuły uśmiech zgasł, dotyk zniknął i pozostał tylko ból.
– Nie próbujcie jeszcze raz skuwać się łańcuchem słów... – może nie będzie czego, może nie będzie kogo, może już to mówił, wspomnienia gasły jak plany na przyszłość, oś czasu przestawała mieć znaczenia, gdy któreś z nich miało spotkać się ze śmiercią.
Pocałunek przyszedł tak naturalnie, osadzony w załomie szyi na pograniczu, cielesnym limbo umysłu skrytego pod kędzierzawą czupryną, a duszy drżącej w zbyt ciekawskim sercu. Pragnienia. Popędu. Gabriel zatonął w wrażeniu, choć przecież tak wyglądała rutyna jego posiłków, teraz jednak na tej ostatniej wieczerzy w tym pięknym ogrodzie, gdy wszystko było stracone. Puls wyczuwalny pod wargami był czarnym pulsem, nektarem spokoju. Nektarem zapomnienia.
Chłodny język znieczulał tylko trochę, ból przyszedł i tak, gdy kły przebiły się przez skórę, a posoka spłynęła mroczną strugą. Chwycił go mocniej, on, przerośnięta pijawka nie chcąca się oderwać nawet gdyby ktoś polał go święconą wodą. Nie teraz, nie na tej ostatniej randce ze śmiercią. Smak był inny, ciało jednak zareagowało słusznie na krwini, których hemoglobina postanowiła być przyjazna dla daltonistów. Ale czerń nie była jej jedyną właściwością
Zaproponowałbym ci, że w ramach wdzięczności, poproszę znajomego dramatopisarza, aby uwiecznił twój czyn w jakimś dramacie, ale obawiam się, że oczekiwania naszego społeczeństwa nakazałyby mu uczynienie ze mnie w takim razie delikatnej dziewki w opałach, która będzie w stanie podziękować swojemu wybawcy jedynie nieśmiałym pocałunkiem w policzek.
Słowa wpadły nieoczekiwanie, przyszły zdradziecko wprost do jego umysłu. Wspomnienie sprzed jedenastu lat, gdy można jeszcze było się wycofać. Chłodna kamienna ławka pośród róż, szkło wbite w hrabiowską skórę i on, człowiek, który delikatnie usuwał odłamek po odłamku, szepcząc ciche słowa o tym, jak czarujący jest gospodarz tego miejsca.
Ufam ci, dobrze? Rozumiem… To znaczy, nie. Nie rozumiem przez co przechodzisz, ale ufam Ci i nie boję się ciebie
Pił bardziej. Mocniej. Pił bez opamiętania, chcąc nie pamiętać, ale znarkotyzowany umysł bezwzględnie pozwalał mu odsłaniać same początki tej tragikomedii, która mogła się zakończyć tu i teraz. Ciepłe słowa, słodkie słowa, zdradliwe słowa, trucizna wlewana przez uszy skuteczniej niż krew Blacków przelewająca się przez gardło.
Te amo mi… te amo… revertere ad me…
Dotyk, za którym tak tęsknił. Ciepło, które zostało mu odebrane. Nienawiść i złość wypalone, pozostawiające za sobą tylko żal, żal i obsesyjną tęsknotę.
Daj mu odejść, daj jej odejść
Krew mająca dać ukojenie stała się koszmarem, katorgą, piekielną katuszą majaków nękających go wizjami minionego i nieosiągalnego. Nie był świadomy momentu, gdy odpadł od ciała Williama w malignie, na wydeptaną ścieżkę królewskich ogrodów, nie był świadomy momentu, gdy obezwładniony smutkiem próbował wydrapać sobie oczy, wyrwać język, rozerwać żebra i zgnieść własne serce. Szamotał się przez moment, zawodząc w języku bynajmniej nie stylizowanym na archaiczny a po prostu odległym, niosącym ciężar minionych wieków. Szamotał się, ale nie trwało to długo, gdy w końcu padł nieprzytomny u stóp niedoszłej ofiary.
Koniec sesji