24.12.2025, 15:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.12.2025, 16:45 przez Helloise Rowle.)
Nie wracała na Nokturn. Malfoyowie byli znajomymi z Kowenu, nie z Nokturnu. Znalazła ich w domu Pani, nie w rynsztoku. To, że Necronomicon stał, gdzie stał, było niedogodnością, ale dopóki mogła teleportować się do ich kaplicy bez stawiania stopy na bruku tej przeklętej alei, była w stanie to okazjonalnie przełknąć.
Wyjęte z pieca ciasto zostało ozdobione czekoladą, która szczęśliwie udała się nawet podtrutemu alkoholem Leviathanowi. Pozostawało poczekać chwilę, aż zastygnie.
— Jest różnica. Czystokrwisty bękart jest wciąż pełnoprawnym czarodziejem. To, że spoza tego wydumanego układu rodowych umów… — Helloise machnęła ręką. Umowy i układy zawsze uważała za niepotrzebnie ograniczające. Ważne było, aby nie siać lekkomyślnie mocy starej krwi w tych, w których nie było wolą Bogów ją składać.
Do komopzycji świątecznych, zimowych zapachów w chacie dołączyła korzenna woń świeżego ciasta. W ciepłym półmroku świeczek wypełniających ciasną kuchnię, zwolniona spod formalnego tonu wcześniejszej kolacji, czarownica rozpływała się w błogiej swobodzie swojego zacisza. Uzależniało ją, jak bajecznie łatwe było wszystko w tych czterech ścianach. Łatwiejsze niż na zewnątrz, gdzie czyhały obowiązki, powinności, zasady.
Choć więc u sufitu wisiały krzaczki jemioły dające przesądnym pozwolenie na pocałunki bez konsekwencji, ona nie potrzebowałaby ich wcale do wydania sobie rozgrzeszenia z tego, co chodziło jej po głowie. Jedyną zasadą w tej chacie były jej życzenia. Podniosła wzrok na splątane zielone gałązki jemioły, które wykastrowała z okolicznych dębów przed paru dniami. Były niemal całkowicie oskubane z owocu, lecz Helloise znalazła między listkami jedną zabłąkaną białą jagódkę, która umknęła jej wcześniej. Zerwała ją, obtoczyła w pozostałej na ściankach rondelka czekoladzie i włożyła osłodzoną kuleczkę do ust.
— To trucizna — mruknęła leniwie, nie spuszczając wzroku z Leviego. Obróciła owoc w ustach, rozkoszując się chwilą napięcia, zanim rozgryzła go, żeby skosztować toksycznego soku. Jedna jagódka nie miała wyrządzić przecież krzywdy. — A jednak z owocu jemioły robi się eliksir zapominania. Może dlatego mówią, że za całowanie pod jemiołą nie ma kar. Można udawać, że nic się nigdy nie wydarzyło. — Zadumała się, spacerując wzrokiem po twarzy mężczyzny, po policzkach, w dół po grzbiecie nosa wprost na wargi. Zastanawiała się, czy smakują czymś więcej niż alkoholem. — Właściwie nie trzeba udawać. Można stracić pamięć. Jeśli skonsumujesz ją w odpowiedniej formie. — Zdjęła palcem z kącika własnych ust resztki czekoladowej polewy.
Kobieta odwróciła się, żeby pokroić ich małą świąteczną potrawę. Nóż grzęznął we wciąż ciepłym pierniku, nieco rujnując strukturę ciasta, ale nie oglądała się na to.
— Dzieci są delikatne — przytaknęła, pogrążona w myślach dawnych. — Kiedyś dużo o tym myślałam. — Kiedyś dużo myślałam o tym, chodząc w górę rzeki w rezerwacie. Dużo myślałam o tym, stając u szczytu wodospadu i patrząc, jak woda trzaska o skały w dole. I płynie dalej. Czy porwałaby ciała twoich dzieci, czy ugrzęzłyby wśród skał. Postawiła na stole pod zielonymi gałązkami jemioły bogato ozdobione polewą ciasto. — Mam nadzieję, że nie przeszedł ci w międzyczasie apetyt.
Myśli były przecież dawne — z czasów, gdy oboje byli jeszcze dziećmi. Gdy on nie mógł jeszcze niczego płodzić, a ona zrozumieć wagi swoich myśli. A jednak już wtedy wiedziała, że przyjdzie kiedyś moment, gdy on będzie spacerował po górach Snowdonii za rękę nie ze swoją krewniaczką, a jakąś zupełnie obcą kobietą. Taką, która nie nosiła od dzieciństwa smoczych miniaturek w ramionach, a łuska nie była dla niej najnaturalniejszą fakturą pod słońcem.
Wyjęte z pieca ciasto zostało ozdobione czekoladą, która szczęśliwie udała się nawet podtrutemu alkoholem Leviathanowi. Pozostawało poczekać chwilę, aż zastygnie.
— Jest różnica. Czystokrwisty bękart jest wciąż pełnoprawnym czarodziejem. To, że spoza tego wydumanego układu rodowych umów… — Helloise machnęła ręką. Umowy i układy zawsze uważała za niepotrzebnie ograniczające. Ważne było, aby nie siać lekkomyślnie mocy starej krwi w tych, w których nie było wolą Bogów ją składać.
Do komopzycji świątecznych, zimowych zapachów w chacie dołączyła korzenna woń świeżego ciasta. W ciepłym półmroku świeczek wypełniających ciasną kuchnię, zwolniona spod formalnego tonu wcześniejszej kolacji, czarownica rozpływała się w błogiej swobodzie swojego zacisza. Uzależniało ją, jak bajecznie łatwe było wszystko w tych czterech ścianach. Łatwiejsze niż na zewnątrz, gdzie czyhały obowiązki, powinności, zasady.
Choć więc u sufitu wisiały krzaczki jemioły dające przesądnym pozwolenie na pocałunki bez konsekwencji, ona nie potrzebowałaby ich wcale do wydania sobie rozgrzeszenia z tego, co chodziło jej po głowie. Jedyną zasadą w tej chacie były jej życzenia. Podniosła wzrok na splątane zielone gałązki jemioły, które wykastrowała z okolicznych dębów przed paru dniami. Były niemal całkowicie oskubane z owocu, lecz Helloise znalazła między listkami jedną zabłąkaną białą jagódkę, która umknęła jej wcześniej. Zerwała ją, obtoczyła w pozostałej na ściankach rondelka czekoladzie i włożyła osłodzoną kuleczkę do ust.
— To trucizna — mruknęła leniwie, nie spuszczając wzroku z Leviego. Obróciła owoc w ustach, rozkoszując się chwilą napięcia, zanim rozgryzła go, żeby skosztować toksycznego soku. Jedna jagódka nie miała wyrządzić przecież krzywdy. — A jednak z owocu jemioły robi się eliksir zapominania. Może dlatego mówią, że za całowanie pod jemiołą nie ma kar. Można udawać, że nic się nigdy nie wydarzyło. — Zadumała się, spacerując wzrokiem po twarzy mężczyzny, po policzkach, w dół po grzbiecie nosa wprost na wargi. Zastanawiała się, czy smakują czymś więcej niż alkoholem. — Właściwie nie trzeba udawać. Można stracić pamięć. Jeśli skonsumujesz ją w odpowiedniej formie. — Zdjęła palcem z kącika własnych ust resztki czekoladowej polewy.
Kobieta odwróciła się, żeby pokroić ich małą świąteczną potrawę. Nóż grzęznął we wciąż ciepłym pierniku, nieco rujnując strukturę ciasta, ale nie oglądała się na to.
— Dzieci są delikatne — przytaknęła, pogrążona w myślach dawnych. — Kiedyś dużo o tym myślałam. — Kiedyś dużo myślałam o tym, chodząc w górę rzeki w rezerwacie. Dużo myślałam o tym, stając u szczytu wodospadu i patrząc, jak woda trzaska o skały w dole. I płynie dalej. Czy porwałaby ciała twoich dzieci, czy ugrzęzłyby wśród skał. Postawiła na stole pod zielonymi gałązkami jemioły bogato ozdobione polewą ciasto. — Mam nadzieję, że nie przeszedł ci w międzyczasie apetyt.
Myśli były przecież dawne — z czasów, gdy oboje byli jeszcze dziećmi. Gdy on nie mógł jeszcze niczego płodzić, a ona zrozumieć wagi swoich myśli. A jednak już wtedy wiedziała, że przyjdzie kiedyś moment, gdy on będzie spacerował po górach Snowdonii za rękę nie ze swoją krewniaczką, a jakąś zupełnie obcą kobietą. Taką, która nie nosiła od dzieciństwa smoczych miniaturek w ramionach, a łuska nie była dla niej najnaturalniejszą fakturą pod słońcem.
dotknij trawy