Nie miał zamiaru się poddawać. Nie po to przyniósł tutaj kwiatka, żeby go teraz nie przekazać nowej właścicielce. Przecież pokonał już dzisiaj dwie przeciwności losu - swego rodzaju nieśmiałość i prawa grawitacji. Wszystko wskazywało na to, że do pokonania zostało mu tylko jedno - kamienna forma Stelli, która nie chciała mu wybaczyć.
- Stelluś - odwrócił się do niej i rozłożył ręce - Nie denerwuj się złotko - pokiwał przecząco głową - Nic nie zdemoluje - zapewnił, a po chwili dodał - Złość.. Piękności szkodzi - odwrócił się i przystąpił do dalszych poszukiwań.
Ponownie zaczął się rozglądać po salonie. Gdzie mógłby się schować jakby był kwiatkiem? To było pytanie, które zajmowało jego ostatnie pracujące szare komórki tej nocy. Sztaluga? Kanapa? Szafka? Nie, to nie kwiaty. Złapał się za głowę aby ustabilizować wzrok i wtedy zobaczył to - wioloneczela.
Stanleyowi nie trzeba było powtarzać dwa razy. Co więcej, w ogóle nie trzeba było mu nic mówić. Był teraz jak małe dziecko, to co wpadło mu w oko od razu dostawało całość jego uwagi. Chwiejnym krokiem ruszył do instrumentu aby mu się przyjrzeć. Wiedział, że Stelli raczej to się nie spodoba, jednak musiał mieć pewność, że gdzieś w tamtej okolicy nie ukrył się jego roślinka.
- A więc.. Na tym grasz - stwierdził z przekonaniem fakt. Może gdyby nie spotkał jej wcześniej w restauracji to byłoby to jakkolwiek odkrywcze. Przejechał palcem po strunach, które wydały z siebie dźwięk - Nie denerwuj się - uprzedził ją. Czuł, że za chwilę dostanie po łapach albo łbie za to co przed chwilą zrobił. Postanowił zareagować pierwszy. Dzięki temu, że dzisiaj wpadał na same genialne pomysły, wymyślił kolejny. Podszedł do panny Avery i założył jej swój płaszcz na plecy. Wyszedł z założenia, że skoro ona uwielbia swoją wiolonczelę, a on swoje odzienie wierzchnie to wszystko będzie kwita.
Niedługo trwała jego fascynacja tym instrumentem. Dużo bardziej zainteresowała go kuchnia do której ruszył czym prędzej. Nie do końca wiedział czy dalej poszukuje kwiatka, czy zaczął już po prostu zwiedzać jej mieszkanie. Wyglądało to raczej na to drugie. Dla Stanleya było to rzeczą normalną, że przechodzi z pomieszczenia do pomieszczenia i patrzy co się tam znajduję. Czuł się jak ryba w wodzie, w końcu pracował w ministerstwie i nie raz przepatrywali mieszkania oskarżonych.
W kuchni zatrzymał się przy zlewie i odkręcił wodę, a następnie pochylił się. Napił się jej trochę przy okazji oblewając sobie koszulę. Nie obchodziło go to, najważniejsze było to aby zaspokoić swoje pragnienie. Płynącą wodę wykorzystał również do tego, aby przemyć swoją zmęczoną twarz.
- Phrzecież.. Jakbym wtedy nie wskoczył w te hordę… - powrócił do tematu marszu charłaków. Zaczął temat ponownie ze strategicznego dla siebie punktu, a dokładniej to od momentu w którym zachował się jak prawdziwy bohater. Wolał pominąć niektóre niewygodne fakty - To nie wiadhomo… Co by było… - spojrzał na Stellę - A ty mówisz aby cię nie rat..ować - wzruszył ramionami - Nie tho nie. Skoro panna Avery sobie nie życzy tho nie... Więcej nie pomogę - zapewnił i ruszył w dalsze poszukiwania, nie zakręcając wcześniej kranu.
Powrócił do salonu, aby usiąść na sofie. Potrzebował się zastanowić i przemyśleć dalszą taktykę. Rozsiadł się na kanapie i zaczął się bacznie przyglądać wszystkim obiektom, które mógł tylko dojrzeć.
- Chyba Cię mam - powiedział uradowany i czym prędzej wstał. Nie miał ani sekundy do stracenia. Jego prezent był na wyciągnięcie ręki. Nic go już nie mogło powstrzymać.
Znalazł obiekt swojego zainteresowania. Zauważył jakieś kwiatki w jej mieszkaniu. Tu się schowałeś pomyślał, a następnie pewnym krokiem skierował się w ich stronę. Gdzieś tutaj przecież musi być postawiony.
Pewnym ruchem podniósł pierwszy z nich i przyjrzał mu się. W ogóle nie przypominał tej roślinki. Stanley zdał sobie sprawę, że tak naprawdę to nie ma pojęcia jak tamten kwiatek wyglądał. On mógł być aktualnie wszędzie. Przez chwilę przez głowę przeszła mu nawet myśl, że on niczego nie przyniósł. Szybko jednak z jej zrezygnował, ponieważ pamiętał, że do momentu wejścia na klatkę schodową, miał go przy sobie. Nie wiedział jednak co zrobił z nim dalej. Czy oddał go tamtej sąsiadce, aby się uspokoiła?
Z tego wszystkiego chciał cisnąć o ziemię trzymaną doniczką. Już nawet podniósł rękę i zbierał się do rzutu. Na szczęście, zreflektował się, a następnie odłożył kwiatek na miejsce. Oparł ręce o szafkę i spuścił głowę w dół. Kurwa, nie ma go. Zgubiłem uświadomił to sobie. Znowu to zrobił. Obiecał coś i nie dotrzymał słowa.
Z tego wszystkiego poczuł się trochę słabiej dlatego głowę również oparł o szafkę. Oczy mu się lekko przeszkliły. Przyszedł tutaj wszystko wyjaśnić wraz ze swoim genialnym planem, a przez ten pierdolony kwiat, wszystko poszło się jebać.
W całej tej bezsilności, obrócił się plecami do szafki i następnie napierając na nią zjechał na sam dół, opierając głowę na swoich kolanach.
- Nie wiem… - powiedział do Stelli - Nie ma go nigdzie. Przepraszam - rzekł z prawdziwym smutkiem w głosie.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972