– Nie tak do końca – przyznała. – Mamy pewnie podejrzenia, ale to nie tłumaczy dlaczego pojawiły się tutaj z dnia na dzień w pełni wyrośnięte – wiedziała o statku, o przeszłości i tak dalej. Wiedziała o tym, że już raz zostały stąd wycięte. I pojawiły się ponownie, rozrosły się po absolutnie całym ogrodzie, piękne i tajemnicze, przyciągając do siebie ludzi, jak drapieżnik przyciąga swoim pięknem niczego nieświadomą ofiarę, a potem… łaps. Tu nic takiego się nie działo, ale ogród odwiedzali różni ludzie, ciesząc oko kwiatami. Victoria mogła mieć tylko nadzieję, że uszanował przykaz, by nie zakłócać spokoju ogrodu i nie nakradli tych kwiatów – o czym zapewne przekonają się dopiero, gdy dokładnie przejrzą te wszystkie łodygi. – Byłyby podarunkiem. Najpiękniejsze róże na świecie, nie rosnące nigdzie indziej – odparła bez zastanowienia, bo odpowiedź była oczywista. – Czerń nie występuje naturalnie w kwiatach, one nie są w stanie wytworzyć takiego barwnika. Bywają kwiaty, które przypominają czarne, na przykład bardzo ciemny fiolet, ciemny burgund, który w odpowiednim świetle tylko wygląda jak czerń, ale gdy spojrzy się na płatki pod światło to widać ten kolor. Za to tutaj… To naprawdę jest czerń, są jedyne w swoim rodzaju – opowiadała, starając się to wyjaśnić tak, by osoba nie zajmująca się kwiatami, ani nawet nie interesująca się nimi na co dzień, zrozumiała cokolwiek z fenomenu jakim były. – Róże są wymagające – dodała po chwili. – Kapryśne. Delikatne. Podatne na choroby, szkodniki… Trzeba włożyć ogrom wysiłku choćby w jeden krzak. Spalona Noc zupełnie im nie zaszkodziła, ani to że ogrodnicy mają zakaz się nimi zajmować – mówiła dalej. A czego nie mówiła, Christopher mógł się domyślić sam ze słów jakie padły. Dlaczego te róże tak martwiły rodzinę Lestrange.
– Nie ruszaliśmy ich póki co – u siebie w domu miała jedną różę w donicy, ale przy tym żadnej nie przycinała, po prostu taką znalazła i zabrała, by móc ją na spokojnie obserwować u siebie. Wszystko za zgodną zarządczyni ogrodów.
Nie oczekiwała żadnej rekcji ze strony Rosiera na to, co mu powiedziała o sobie i zimnie. Ot – po prostu powiedziała mu jak jest, bo nie chciała na tym polu nieporozumień. A choć cała Anglia wiedziała, że jest jedną z Zimnych, to jednak nie cała wiedziała o tym, co się z tym wiąże. O tym, że było im zimno i nic nie dało się z tym zrobić. Z początku trzęsła się, wyziębiona, okrywała się kilkoma warstwami swetrów, koców i kołder, ale teraz… Teraz wiedziała, że to wszystko było na nic.
– Tak… Uzdrowiciel kazał mi brać eliksiry rozgrzewające, żebym się nie wyziębiła. Nie wiem czy to w ogóle coś daje prawdę mówiąc, bo ja nie czuję żadnej różnicy – przyznała i ostatecznie wzruszyła ramionami, a gdy Chris zaoferował jej swoją marynarkę, to przyjęła ją z uśmiechem, bo choć nie uważała tego za konieczne w obecnej sytuacji, to pewnie blondyn poczuje się przez to lepiej. – Chyba tak – przyznała i mimowolnie uniosła głowę, by spojrzeć w niebo. Był wieczór, słońce już zaszło, a niebo było obsypane gwiazdami, które migotały do nich, jakby w odpowiedzi na słowa, które tu padały. Towarzyszki, które zawsze słuchały. Szczególnie jedna z gwiazd przykuła uwagę Victorii – swoim blaskiem, który wyróżniał się również wielkością. Spróbowała wysilić swoją pamięć do zajęć z astronomii, które zdała rzecz jasna, ale nieużywana wiedza z czasem zanikała. – Pamiętasz jak się nazywa o ta? Tam? Taka jasna – uniosła przy tym rękę, by wskazać palcem, choć dla osoby z boku mogła wskazywać na cokolwiek.