25.12.2025, 01:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.12.2025, 01:47 przez Benjy Fenwick.)
Siedziałem w wannie, która miała ambicje stać się niedużym akwenem i prawdopodobnie właśnie nim by była, znając wyobraźnię ludzi bogatych, gdyby nie ograniczenia w powierzchni przeznaczonej na pokój na piętrze albo w udźwigu sufitu. Przyjemnie ciepła woda sięgała mi całkiem wysoko, zwłaszcza jak na moje standardy, mniej więcej do obojczyków, co nie zdarzało mi się zbyt często. Tym razem jednak mogłem pozwolić sobie na zajęcie miejsca w najniższym punkcie małego praktycznie-basenu i czucie się jak wcale nie aż tak nadwymiarowy człowiek, co było całkiem miłym kontrastem do zwyczajowych hotelowych standardów. No, cóż, w końcu to był Savoy. Piana dookoła nas była gęsta i pachniała czymś obscenicznie drogim, czymś, co miało kojarzyć się z odpoczynkiem ludzi, którzy nie muszą sprawdzać cen - pieniędzmi wydanymi bez mrugnięcia okiem, dodatkowe dysze, umieszczone po bokach pod powierzchnią, co jakiś czas dokładały kolejne pływające obłoczki.
Oparłem kark o zagłówek, czując jak bąbelki łaskoczą mi skórę, i przez chwilę po prostu patrzyłem przez wielkie okno na Londyn, nocny i mokry, z Tamizą wijącą się w centralnym punkcie, jak wstęga rtęci - rzeka płynęła spokojnie, odbijając światła, obojętna na nasze decyzje, na fakt, że świat potrafił się zmienić w kilka godzin. Widok stolicy nocą, z tak wysoka i przez tak wielkie szyby, wyglądał jak obietnica złożona światu, że jeszcze nie wszystko zostało zepsute. Szóste piętro dawało perspektywę człowieka, który na moment wygrał z rozsądkiem i postanowił go nie przepraszać. Przez moment pomyślałem, że jeszcze wczoraj byłem w Rumunii, brudny od kurzu i poobijany po upadku z balkonu, a teraz siedziałem w luksusie, który pasował do mnie jak smoking do bójki w zaułku. Teraźniejszy ja wylegiwał się nago w wannie za sumę, za którą dałoby się odkupić połowę moich grzechów zawodowych, i uznawał, że to był bardzo sensowny wybór. To wszystko wydawało się jednocześnie nierealne i boleśnie prawdziwe - środek nocy, październik siedemdziesiątego drugiego, ja w wannie, ona naprzeciwko, a między nami cisza, która nie była ani niezręczna, ani pusta. Raczej gęsta, nasycona, jak szampan stojący gdzieś obok, jeszcze nieotwarty.
Nie miałem pojęcia, gdzie dokładnie błądził jej wzrok. Może po mojej klatce piersiowej, jeszcze noszącej niezbyt przyjemne ślady, może po tych wszystkich siniakach, które nie zdążyły wyblaknąć i wyglądały jak mapa złych decyzji, a może utknęła myślami na pieczęci runicznej, którą miałem wytatuowaną na skórze, tej jednej z wielu, której znaczenia nigdy jej nie wyjaśniłem, bo zawsze było coś pilniejszego.
- Jak tak na mnie patszysz - zacząłem powoli, całkiem leniwie, bez pośpiechu wypowiadając kolejne słowa i przerywając ciszę - nigdy nie wiem, czy powinienem się plostowaś, plezentowaś, tłumaczyś, czy po plostu siedzieś cicho i daś ci analizowaś mateliał badawczy. - Uśmiechnąłem się pod nosem, patrząc przez szybę na odbicia świateł w Tamizie. Noc była ciemna i gęsta, a ja po raz pierwszy od dawna nie miałem wrażenia, że zaraz będę musiał gdzieś uciekać.
Sięgnąłem po truskawkę, leżącą na srebrnej tacy ustawionej niebezpiecznie blisko krawędzi wanny, idealną, błyszczącą, zanurzoną w czekoladzie tak gęstej, że aż bezczelnej, jedną z tych absurdalnie drogich, które hotel dorzucił do apartamentu razem z szampanem, bardziej jako manifest niż poczęstunek. Wiedziałem, że kosztowała więcej, niż powinna kosztować jakakolwiek truskawka na tym świecie, co tylko dodawało jej charakteru. Podniosłem ją demonstracyjnie, jakbym był aktorem w kiepskiej reklamie, obróciłem ją lekko w palcach, mierząc odległość, bardziej dla popisu niż z potrzeby, bo refleks zawsze miałem dobry, zerknąłem kątem oka w stronę Pruey i spróbowałem wrzucić sobie owoc do ust.
af ◉◉◉◉○ - łapanie truskawki
Rzut wyszedł… Ambitny. Tor lotu był obiecujący, ale rzeczywistość miała inne plany, zamiast perfekcji było więc coś pomiędzy improwizacją a kompromitacją. Truskawka odbiła się od krawędzi wanny, po czym wpadła do wody, z cichym, zdradliwie mokrym dźwiękiem, a ja parsknąłem cicho śmiechem, nawet nie próbując udawać, że tak miało być. Zniknęła na ułamek sekundy, po czym wypłynęła obok mojego ramienia, oblepiona pianą, z czekoladą, która zaczęła się topić w sposób absolutnie nieestetyczny. Rozłożyłem ręce w geście pełnej kapitulacji, woda zafalowała, a częściowo czekoladowe bąbelki przyczepiły mi się do przedramion i klatki piersiowej, jakby chciały mnie dodatkowo ośmieszyć. Spojrzałem na Pruey spod przymrużonych powiek, z tym półuśmiechem, który zawsze ratował mnie w sytuacjach, gdy refleks zawodził, ale bezczelność wciąż trzymała się mocno.
Oparłem kark o zagłówek, czując jak bąbelki łaskoczą mi skórę, i przez chwilę po prostu patrzyłem przez wielkie okno na Londyn, nocny i mokry, z Tamizą wijącą się w centralnym punkcie, jak wstęga rtęci - rzeka płynęła spokojnie, odbijając światła, obojętna na nasze decyzje, na fakt, że świat potrafił się zmienić w kilka godzin. Widok stolicy nocą, z tak wysoka i przez tak wielkie szyby, wyglądał jak obietnica złożona światu, że jeszcze nie wszystko zostało zepsute. Szóste piętro dawało perspektywę człowieka, który na moment wygrał z rozsądkiem i postanowił go nie przepraszać. Przez moment pomyślałem, że jeszcze wczoraj byłem w Rumunii, brudny od kurzu i poobijany po upadku z balkonu, a teraz siedziałem w luksusie, który pasował do mnie jak smoking do bójki w zaułku. Teraźniejszy ja wylegiwał się nago w wannie za sumę, za którą dałoby się odkupić połowę moich grzechów zawodowych, i uznawał, że to był bardzo sensowny wybór. To wszystko wydawało się jednocześnie nierealne i boleśnie prawdziwe - środek nocy, październik siedemdziesiątego drugiego, ja w wannie, ona naprzeciwko, a między nami cisza, która nie była ani niezręczna, ani pusta. Raczej gęsta, nasycona, jak szampan stojący gdzieś obok, jeszcze nieotwarty.
Nie miałem pojęcia, gdzie dokładnie błądził jej wzrok. Może po mojej klatce piersiowej, jeszcze noszącej niezbyt przyjemne ślady, może po tych wszystkich siniakach, które nie zdążyły wyblaknąć i wyglądały jak mapa złych decyzji, a może utknęła myślami na pieczęci runicznej, którą miałem wytatuowaną na skórze, tej jednej z wielu, której znaczenia nigdy jej nie wyjaśniłem, bo zawsze było coś pilniejszego.
- Jak tak na mnie patszysz - zacząłem powoli, całkiem leniwie, bez pośpiechu wypowiadając kolejne słowa i przerywając ciszę - nigdy nie wiem, czy powinienem się plostowaś, plezentowaś, tłumaczyś, czy po plostu siedzieś cicho i daś ci analizowaś mateliał badawczy. - Uśmiechnąłem się pod nosem, patrząc przez szybę na odbicia świateł w Tamizie. Noc była ciemna i gęsta, a ja po raz pierwszy od dawna nie miałem wrażenia, że zaraz będę musiał gdzieś uciekać.
Sięgnąłem po truskawkę, leżącą na srebrnej tacy ustawionej niebezpiecznie blisko krawędzi wanny, idealną, błyszczącą, zanurzoną w czekoladzie tak gęstej, że aż bezczelnej, jedną z tych absurdalnie drogich, które hotel dorzucił do apartamentu razem z szampanem, bardziej jako manifest niż poczęstunek. Wiedziałem, że kosztowała więcej, niż powinna kosztować jakakolwiek truskawka na tym świecie, co tylko dodawało jej charakteru. Podniosłem ją demonstracyjnie, jakbym był aktorem w kiepskiej reklamie, obróciłem ją lekko w palcach, mierząc odległość, bardziej dla popisu niż z potrzeby, bo refleks zawsze miałem dobry, zerknąłem kątem oka w stronę Pruey i spróbowałem wrzucić sobie owoc do ust.
af ◉◉◉◉○ - łapanie truskawki
Rzut PO 1d100 - 30
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut wyszedł… Ambitny. Tor lotu był obiecujący, ale rzeczywistość miała inne plany, zamiast perfekcji było więc coś pomiędzy improwizacją a kompromitacją. Truskawka odbiła się od krawędzi wanny, po czym wpadła do wody, z cichym, zdradliwie mokrym dźwiękiem, a ja parsknąłem cicho śmiechem, nawet nie próbując udawać, że tak miało być. Zniknęła na ułamek sekundy, po czym wypłynęła obok mojego ramienia, oblepiona pianą, z czekoladą, która zaczęła się topić w sposób absolutnie nieestetyczny. Rozłożyłem ręce w geście pełnej kapitulacji, woda zafalowała, a częściowo czekoladowe bąbelki przyczepiły mi się do przedramion i klatki piersiowej, jakby chciały mnie dodatkowo ośmieszyć. Spojrzałem na Pruey spod przymrużonych powiek, z tym półuśmiechem, który zawsze ratował mnie w sytuacjach, gdy refleks zawodził, ale bezczelność wciąż trzymała się mocno.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)