25.12.2025, 04:46 ✶
Nie byliśmy już dziećmi - wiedziałem to aż za dobrze, czułem to w kościach, w tym miejscu pod żebrami, gdzie kiedyś mieszkała beztroska, a teraz rezydował upór - nie byliśmy też swoimi najlepszymi przyjaciółmi, nawet nie wiedziałem, kto nim był dla Prudence. Byłem tylko pewny tego, że ja już nie mogłem zajmować tego miejsca w jej życiu, nieważne, co miało być jutro czy pojutrze, nawet jeśli miałem nim być zawsze, bo tak sobie kiedyś obiecaliśmy, jakby obietnice złożone na błoniach Hogwartu miały dożywotnią ważność. Rozpadło się to dawno temu, cicho i skutecznie, została rywalizacja, chłód, te wybuchy żarliwości, które myliliśmy z irytacją, bo łatwiej było tak je nazwać, a jednak tej nocy było inaczej.
Było po północy, po Yule, śnieg sypał gęsto i cierpliwie, jakby ktoś na górze miał nieskończone zapasy białych, chłodnych płatków. Staliśmy na tarasie wieży astronomicznej, kamień wokół nas był zimny, powietrze ostre, a mnie było ciepło, naprawdę ciepło, tak absurdalnie, że aż śmiesznie. Byłem schlany, bez dwóch zdań, dawno nie byłem tak bardzo pijany, jednak tym razem to nie był ten rodzaj pijaństwa, który robił z człowieka całkowitego idiotę. Raczej ten, który zdzierał maski z rzeczy niewypowiedzianych. Zachowywałem się inaczej niż zwykle przy Prue, ona też, oboje byliśmy dorośli, a mimo to coś w nas wróciło do tamtych dzieci, które potrafiły stać obok siebie bez planu i bez kalkulacji. Z jedną, zasadniczą różnicą - teraz to nie było już aż tak niewinne, teraz było między nami też coś cięższego, co wyszło dziś na wierzch, bez udawania, bez chowania tego za docinkami.
Gdybyśmy byli tylko rywalami, byłoby łatwiej, rywalizacja byłaby czysta, miałaby jasne reguły, tyle tylko, że ja byłem aż nazbyt świadomy, iż dołożyłem do tego tłumienie czegoś więcej, latami, jakby dało się to upchnąć pod dywan z rodzinnych oczekiwań. Dołożyłem wyrzut sumienia, że przestaliśmy być dla siebie ważni, zupełnie bez sensu, bo i tak, już jakiś czas temu, dotarło do mnie, że nie chcę żyć według życzeń mojej rodziny. Dotarło to do mnie z opóźnieniem, jak większość ważnych rzeczy, jak to, że byłem pijany, ale myśl miałem zadziwiająco trzeźwą - chciałem jej, nie na jedną noc, nie jako błąd po święcie, nie jako dowód na to, że wciąż potrafię wygrywać. Chciałem jej wbrew temu, co ode mnie oczekiwano, wbrew temu, co sam sobie wmawiałem. Stałem tam, szczęśliwy jak idiota, i wiedziałem, że cokolwiek wydarzy się potem, tej jednej rzeczy już nie cofnę. Patrzyłem na nią, na śnieg osiadający na jej włosach, na ten znajomy upór w spojrzeniu, i myślałem, że świat potrafi być okrutny tylko po to, żeby czasem dać coś nieoczekiwanie dobrego. Nieważne, kim byliśmy dla siebie wczoraj, tej nocy było mi szczęśliwie, to uczucie, raz dopuszczone do głosu, nie miało zamiaru zamilknąć.
Uśmiechnąłem się krzywo, kiedy męczyła to słowo, z tym skupieniem godnym egzaminu z transmutacji, i w końcu odniosła zwycięstwo.
- Weryfikować. - Powtórzyłem wolno, wyraźnie, z przesadną dbałością o każde „r”, jakbym jej pomagał, a nie droczył się w ten nasz dawny sposób. - Tak, to zdecydowanie nie jest słowo na Yule. Ani po północy. Ani po… - Machnąłem ręką nieprecyzyjnie, wskazując na wszystko, co krążyło mi we krwi, a potem skinąłem głową z powagą, której absolutnie nie powinno się brać na serio, ale która w tej chwili była najuczciwszą wersją mnie.
Przesunąłem się bliżej, instynktownie, jakby dystans był teraz tylko technicznym błędem. Była ciepła, prawdziwa, a ja w tym stanie miałem alergię na udawanie, śnieg osiadał mi na ramionach, świat był lekko przechylony, a mimo to byłem dziwnie pewny tego jednego - nie było żadnego oficjalnego rozwiązania naszej umowy, a rzeczy nierozwiązane miały paskudny zwyczaj wracać dokładnie wtedy, kiedy znów zaczynają coś znaczyć.
Granice tej nocy były umowne jak wszystko inne, świat był miękki i biały, a ja czułem się zaskakująco pewnie w tej swojej nietrzeźwości. Śnieg osiadał na jej włosach, na ramionach, na moich dłoniach, kiedy były za blisko, by udawać przypadek. Patrzyłem na nią i wiedziałem, że to ciepło nie jest chwilowe, nie pochodziło z Yule ani z promili, to było to uczucie, które znałem kiedyś, zanim nauczyłem się je chować. Teraz wracało, nie pytając o pozwolenie.
- Umowa jest umową. - Dodałem, z tym pijanym logicznym ciągiem, który nagle wydawał mi się absolutnie niepodważalny. - Nie podpisaliśmy żadnego aneksu. Nie było renegocjacji. Żadnych dopisków drobnym drukiem. - Wzruszyłem ramionami, jakby to rozstrzygało sprawę definitywnie. - Czyli… Chyba nadal obowiązuje. - Spojrzałem na nią spod rzęs, spokojniej niż wcześniej, bez napięcia, bez tej starej potrzeby sprawdzania, kto ma przewagę. - A jeśli coś obowiązuje - dodałem ciszej - to nie musi być ciągle sprawdzane. Wystarczy, że jest. Umowy się nie przedawniają tylko dlatego, że jest bałagan. - Pokiwałem głową, trochę za wolno, bo każde zdanie musiało przejść dłuższą drogę, zanim dotrze tam, gdzie trzeba.
Parsknąłem śmiechem, zanim zdążyłem się powstrzymać, takim niskim, rozlanym, który zdradzał dokładnie to, w jakim byłem stanie. Czytelnicy, nadzieja, kręte drogi, brzmiało mądrze i niebezpiecznie znajomo, jak rozmowy, które kiedyś prowadziliśmy na schodach. Słuchałem jej, jakby opowiadała historię, którą już kiedyś znałem, tylko zapomniałem zakończenia, albo udawałem, że zapomniałem, bo tak było bezpieczniej.
- Tak. - Przyznałem cicho. - Lubią cierpienie z obietnicą sensu. Komplikacje, które mają znaczenie, bo wtedy można uwierzyć, że to wszystko… Po coś. - Uśmiechnąłem się krzywo, bez ironii - alkohol robił ze mnie fatalnego stratega, za to całkiem niezłego szczerego człowieka. Spojrzałem w bok, na śnieg zbierający się na krawędzi balustrady, w noc, która była cierpliwa i niczego od nas nie wymagała. - Może to dlatego - dodałem - że łatwiej wierzyć w cudze szczęśliwe zakończenia niż w swoje.
Poczułem to znajome ukłucie, ale tym razem nie uciekłem od niego w ironię, byłem zbyt schlany, żeby udawać. Alkohol rozwiązywał mi język, lecz tym razem nie ciągnął mnie w stronę kpiny. Śnieg padał dalej, my nie byliśmy już dziećmi, tej nocy to wcale nie przeszkadzało wierzyć, że nadzieja nie jest tylko chwytem literackim. Spojrzałem na nią, na tę dorosłą wersję dziewczyny, którą kiedyś znałem na pamięć, i pomyślałem, że to właśnie było najbardziej niebezpieczne - to, że to wciąż ona.
- Książki mają luksus struktury. - Spojrzałem na nią uważnie, próbując zapamiętać tę wersję świata, nie dziecięcą, nie naiwną, tylko tę dorosłą, która wciąż pozwalała nam na chwilę miękkości. - Rozdziały, rytm, autora, który wie, dokąd to zmierza. Życie… - Machnąłem ręką w noc, w śnieg, na Hogwart oddychający po Yule. - Życie improwizuje. - Powiedziałem, bo może nie mieliśmy gwarantowanego zakończenia, może nawet nie powinniśmy go teraz szukać. - Ten wieczór… - Zawiesiłem głos, czując, ciepło wciąż trzymające mnie od środka. - To nie jest nic. To coś.
Może to nie chodziło o samo szczęśliwe zakończenie, tylko o to, że ktoś w końcu decydował się po nie sięgnąć. Po drodze można było się pogubić, pokłócić, wszystko poplątać… Ale ten moment wyboru zawsze robił różnicę.
- Zawsze byliśmy dobrzy w komplikowaniu. - Dodałem krzywo. - Jakby… To jedyna dziedzina, w której naprawdę się nie… Rozjechaliśmy. - Mówiąc to poczułem coś na kształt irracjonalnej ulgi. Tak, ulgę, bo nie padło słowo „koniec”.
Skinąłem głową, powoli, bo to, co mówiła, było uczciwe, nie dało się tego zbić żartem, nawet jeśli bardzo bym chciał. Lęk wysokości to nie była fanaberia, tylko mur, a ja wiedziałem, kiedy nie próbować przez niego przeskakiwać.
- Serio. Nie musisz znać wszystkiego naraz ani wcale. - Wzruszyłem ramionami z tym pijanym skupieniem, które sprawiało, że nawet najprostsze myśli układały się w dłuższe zdania. Widziała w tym problem, a ja widziałem w tym tylko kolejny dowód, że próbuje sięgnąć po coś, co było moje. I to było… Cholernie miłe.
- Ale jak już chcesz wiedzieć, w quidditchu są cztery role. Obrońcy pilnują, żeby nikt nie wpakował kafla do obręczy. Szukający gania jedną, małą kulkę i wszyscy wariują, bo od niej zależy koniec meczu. Pałkarze… Pałują. - Uśmiechnąłem się pod nosem. - A ścigających jest trzech. - Uniosłem trzy palce, jak na lekcji, tylko że lekcja była po północy i po alkoholu. - Ja jestem jednym z nich. Jako ścigający… - Kontynuowałem wolno, spoglądając na nią spod rzęs, jakbym miał jej zdradzić jakąś wielką tajemnicę, a to była w gruncie rzeczy bardzo prosta sprawa. - Latam z kaflem, staram się go dostać, podać, czasem wpakować przez obręcz. Dziesięć punktów, dużo manewrów w powietrzu, jeszcze więcej kombinowania. To taka… Gra w szachy, tylko szybciej i wyżej. Możemy to obejść. - Dodałem. - Kiedyś. Na spokojnie. Może na stole, z czymś do picia i czymś, co udaje piłki. Bez chmur, bez mioteł. Mogę ci to rozrysować, wytłumaczyć jak dziecku albo jak komuś bardzo inteligentnemu, kto po prostu nie lubi wysokości. - Spojrzałem na nią z tym ciepłem, które tej nocy uparcie wracało. - A jeśli nigdy nie będziesz się w tym orientować idealnie… - Machnąłem ręką. - To też w porządku. Wystarczy, że wiesz, że to robię. Reszta to szczegóły. - Przesunąłem dłonią po karku, trochę niepewnie, już bardziej miękko niż butnie. - Przerwa świąteczna jest długa. Zostało nam trochę czasu do… Zabicia, a w Hogsmeade mają piwo kremowe, które nawet ja potrafię docenić, a to już coś mówi. - Uśmiechnąłem się, ciepło, bez nacisku, bo jeśli były rzeczy, których nie dało się zaprezentować w powietrzu, to zawsze można je było postawić na stole między dwoma kubkami i pozwolić im wreszcie przestać straszyć.
A potem przeszliśmy do bardziej skomplikowanych wniosków. Parsknąłem cicho, bez wesołości, bardziej jak ktoś, komu trafiło się zdanie zbyt celne jak na tę porę nocy, i znowu przesunąłem dłonią po karku, tym razem nerwowym gestem, którego zwykle pilnowałem przy innych. Alkohol poluzował straż, więc skinąłem głową, bo wiedziałem - wiedziałem aż za dobrze, jak to jest robić rzeczy dlatego, że wypada, jak to jest zaciskać zęby tak mocno, że potem długo nie czuje się szczęki. Aż za dobrze wiedziałem, jak to jest, kiedy „wypada” staje się argumentem nie do podważenia. To było jedno z tych zdań, których się nie tłumaczy, tylko rozpoznaje po ciężarze. „Wypada”, słowo-klucz, którym okłada się ludzi, aż przestają pytać, czego chcą.
- Tak. - Przyznałem od razu, bez wahania, to było jedno z tych zdań, które nie potrzebowały doprecyzowania, bo człowiek rozumiał je ciałem, nie głową. - Czasem robi się rzeczy nie dlatego, że się chce. Tylko dlatego, że ktoś bardzo pilnuje, żebyś zrobił dokładnie to, czego oczekuje. Bo tak trzeba. Bo ktoś patrzy. Bo konsekwencje są… Nieprzyjemne. - Wzruszyłem ramionami, jakby to była błahostka, chociaż w środku poczułem znajome, tępe napięcie - to, które przychodziło zawsze wtedy, gdy za długo udawałem, że wszystko jest w porządku. Człowiek się uczył - uczył się, kiedy lepiej nie dyskutować, lepiej stanąć prosto i zrobić swoje, nawet jeśli to „swoje” nie ma z nim nic wspólnego. - Czasem „wypada” tak długo, że człowiek zapomina, kiedy przestał chcieć. - Nie spojrzałem na nią od razu, bałem się, że zobaczy w mojej twarzy za dużo, alkohol rozluźniał język, ale nie do końca kontrolę nad tak głęboko zakorzenionymi instynktami, nawet w moim przypadku - a może zwłaszcza?
- Tylko że… - Westchnąłem, przeciągając to słowo, bo to wszystko nawet po pijaku było dosyć śliskie. - Na dłuższą metę to nie działa. Takie życie na „wypada” i „trzeba” kończy się tym, że człowiek przestaje wiedzieć, czego chce naprawdę, albo zaczyna myśleć, że ból to normalna część układanki. - Uśmiechnąłem się krótko, krzywo, tym uśmiechem, który nie dochodził do oczu, na ułamek sekundy wbiłem wzrok w śnieg pod stopami.
Odwróciłem głowę w jej stronę, w końcu, bez ostentacji.
- Nie mówię, że trzeba od razu rzucać wszystko w diabły. - Dopowiedziałem zadziwiająco zachowawczo. - Tylko że zaciskanie zębów nie powinno być planem na całe życie. Bo szczęki kiedyś puszczają. A wtedy… Jest gorzej niż wcześniej. - Zamilkłem, bo więcej nie było trzeba, śnieg padał dalej, a ja miałem wrażenie, że powiedziałem i tak o kilka słów za dużo, jak na kogoś, kto całe życie uczył się mówić między wierszami.
Zmrużyłem oczy dokładnie tak jak ona, z tym samym pijanym skupieniem, jakbyśmy właśnie negocjowali traktat pokojowy o ogromnym znaczeniu. Jej chwianie się było niemal rytmiczne, a ja przesunąłem stopę odruchowo, żeby w razie czego złapać ją w pół, zanim świat uzna, że to dobry moment na kolejny numer. Słuchałem, jak mówiła, i pomyślałem, że tej nocy naprawdę rozrzucaliśmy słowa jak monety na szczęście - jedne cenne, inne trochę na wyrost, ale wszystkie szczere.
Parsknąłem śmiechem na wzmiankę o gryzieniu, krótkim i zaskakująco miękkim.
- Ugryźć. - Powtórzyłem, kręcąc głową. - Merlin mi świadkiem, że mam różne wady, ale kanibalizm do nich nie należy. - Uniósłem dłoń, dwa palce, jakbym składał przysięgę, trochę karykaturalnie, ale z intencją absolutnie na serio. - Nie ugryzę cię jakoś strasznie, nawet jak się kłócimy, nawet jak jestem wredny, nawet jak mam ochotę trzaskać drzwiami i mówić rzeczy, których potem żałuję. - Uśmiechnąłem się z przekąsem, tym swoim półuśmiechem, który zwykle zwiastował kłopoty, a teraz był raczej znakiem pokoju, który pojawiał się u mnie stosunkowo rzadko. - Jeśli już, to potrafię warczeć. - Dodałem. - Ale to wszystko. Zęby trzymam dla świata, nie dla ciebie. - Zawiesiłem głos na ułamek sekundy, spojrzałem na nią spod rzęs, już bez żartu. Na moment spoważniałem, ton sam mi się obniżył. - Jak będzie źle - ciągnąłem - naprawdę źle, to nie musisz się zastanawiać, czy akurat jesteśmy po dobrej stronie kłótni. Przyjdź i już. Reszta to szczegóły. - Patrzyłem na nią uważnie, jak kiedyś, dawno temu, zanim nauczyliśmy się komplikować wszystko, co proste. - Dobra. - Powiedziałem cicho. - Mały palec. Obiecuję, że cię nie wyśmieję. I nie ugryzę. Nawet jak będziemy się kłócić. Nawet jak będziesz miała rację, a ja będę udawał, że nie. Nawet kiedy będę wredny. Nawet kiedy będę zasługiwał na to, żeby mnie kopnąć w kostkę. Zero gryzienia. Naprawdę. - Wyciągnąłem mały palec bez większej ceremonii, pijanie, ale z pełnym przekonaniem, jakby to była najpoważniejsza forma magii, jaką znałem. - Mamy sojusz… - Kiwnąłem mniej żartobliwie. - Reszta to już mój problem. Nie raz ktoś już próbował przekraczać przy mnie nieprzekraczalne granice, z tym akurat mam doświadczenie. - Uśmiechnąłem się do niej krzywo, ale ciepło, nie rozwinąłem myśli, nie musiałem, wystarczyło, że wzruszyłem ramionami w ten sposób, w jaki robiło się to po czymś, co już się wydarzyło i nie wymagało komentarza. Ktoś kiedyś mówił za dużo, ktoś kiedyś zapomniał, czyjej sprawy dotyka, nie raz.
Stanąłem tak u jej boku z wyciągniętym palcem, schlany, szczery, dziwnie stabilny jak na tę noc, z poczuciem, że ta jedna, głupia dziecięca obietnica znaczy więcej niż wszystkie dorosłe deklaracje świata.
Prawda była taka, że w mojej głowie nigdy nie było ciszy, tylko zmieniały się priorytety i ciężary, teraz jednym z nich była ona, stojąca przede mną, chwiejna, szczera, uważna. Nie odpowiedziałem od razu, skinąłem głową dopiero po chwili, wolno, zdecydowanie. Przesunąłem dłonią po karku, gestem zdradzającym więcej, niż bym chciał. Ta rozmowa była dziwna, tak, ale dobra w tym niepokojącym sensie, jak coś, co dotyka miejsca, którego się nie ćwiczy.
- Wiem, że to brzmi… - Machnąłem ręką nieprecyzyjnie. - Ale serio. - Powiedziałem cicho. - I to nie jest kwestia tej nocy. Ona tylko… Wyciągnęła to na wierzch. Rozumiesz. Rozumiesz? - Spojrzałem na nią jeszcze raz, z tą pijano-trzeźwą uważnością. Gdybyśmy byli całkowicie sobą, pewnie zdążylibyśmy to zepsuć analizą, a tak… Doszliśmy tam, gdzie najwyraźniej mieliśmy dojść.
Gwiazda zrobiła swoje, a czy spadła naprawdę czy tylko w naszych głowach, nie miało już znaczenia. Ten wieczór robił ze mnie człowieka, który nie widział przeszkód, tylko ciąg przyczynowo-skutkowy prowadzący dokładnie tu, a skoro tu było ciepło, spokojnie i dobrze, to znaczyło, że naprawdę tak było, koniec analizy. Pierwszy pocałunek był niepewny, drugi już nie, trzeci jakbyśmy wreszcie trafili w rytm, którego szukaliśmy od lat, upojenie zrobiło swoje, noc zrobiła swoje, a ja przestałem się zastanawiać, czy to ma sens. W tej chwili nie istniało nic, co byłoby lepszym wyborem, czas rozciągnął się w coś miękkiego i nieostrego, aż w końcu potknąłem się jak idiota i runąłem na ziemię. Ledwie zdążyłem zarejestrować zimno kamienia i śniegu, kiedy ona wylądowała na mnie, dokładnie tam, gdzie powinna. Śmiech wyrwał mi się z piersi bez pytania, jej też, a ta niezdarność była idealna, jakby pasowała do całej tej nocy lepiej niż jakikolwiek plan, nie przyszło mi do głowy, żeby to analizować. Fakt, że byliśmy schlani, wydawał się raczej sprzymierzeńcem niż przeszkodą, gdybyśmy byli całkowicie przytomni, pewnie zadręczalibyśmy się pytaniami, jutrem, listą rzeczy, które „wypadało” albo „nie wypadało”, teraz było prościej, doszliśmy do czegoś, co miało sens, więc uznałem to za wystarczający dowód, bardzo praktyczny stan skupienia. Trzeźwi ludzie komplikują, pijani docierają do sedna, a sedno leżało teraz na mnie, oddychało mi przy policzku i było tak oczywiste, że aż śmieszne, że wcześniej tego nie widziałem. Leżałem pod nią i myślałem, że to jest zaskakująco logiczne, nie eleganckie, nie rozsądne, nie do obrony przed żadną komisją etyki ani rodziną, ale logiczne w tym prostym, pijanym sensie, który nagle porządkował cały mój świat - gwiazda, pocałunek, upadek, ona na mnie, jej usta na moich, ciepły dotyk, koniec dowodu.
„Jesteśmy i będziemy” nie brzmiało to jak obietnica rzucana na wiatr, raczej jak stwierdzenie faktu, które wreszcie do mnie dotarło, kiedy byliśmy razem, w ten sposób, w mojej głowie robiło się jasno i równo, jakby ktoś w końcu wyłączył hałas, żadnych wyrzutów sumienia, żadnych planów awaryjnych, tylko ten spokój, którego nie pamiętałem, żebym kiedykolwiek wcześniej doświadczył.
Dałem się pociągnąć bez oporu, śmiejąc się pod nosem, nadal bardzo chwiejny, ale jednocześnie w pełni kupiony przez ten błysk w jej oczach - ten sam, który pamiętałem sprzed lat, gdy wpadała na coś „okropnie sprytnego” i nie było sensu nawet udawać sprzeciwu. Wiedziałem, że cokolwiek właśnie wymyśliła, i tak już przepadłem.
- Bałwana. - Powtórzyłem głupio, z pełnym przekonaniem, jakby to była najrozsądniejsza decyzja tej nocy. - Oczywiście. Jak moglibyśmy nie.
Śnieg był miękki, posłuszny, idealny do rzeczy absolutnie nieistotnych i przez to najważniejszych, alkohol robił z zimna drobny szczegół, a z Yule niepodważalny argument.
- Robimy porządnego. - Mruknąłem, skupiony bardziej niż przy niejednym treningu, tym bardziej, że koordynacja była dziś pojęciem umownym. - Nie jakiegoś żałosnego frajera. Solidny fundament. Bez fundamentu wszystko się wali. - Stwierdziłem z pijanym profesjonalizmem. Patrzyłem na ten błysk w jej oczach i poczułem coś znajomego, tę dawną ekscytację, gdy wpadała na pomysł i natychmiast wcielała go w życie, bez planu B, bez oglądania się na rozsądek. To było… Nasze. Nawet jeśli udawaliśmy przez lata, że już nie.
Schyliłem się obok niej i zacząłem zbierać śnieg, dłonie szybko zrobiły się czerwone i mokre, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Co chwilę zerkałem na Prue, gdy pracowała nad swoją kulą, pochylała, całym ciałem angażując się w tę kompletnie niepotrzebną, a przez to idealną czynność. Pomagałem jej, dokładając śnieg, dociskając, wygładzając powierzchnię, jakby od tego zależała konstrukcyjna stabilność świata. Toczyliśmy kule po kamieniach tarasu, jedna rosła powoli, druga szybciej, trzecia była krzywa, bo ktoś się zagapił albo zaśmiał w złym momencie. Śnieg skrzypiał, kleił się do rękawów, a ja czułem się absurdalnie lekko, jakby to była najważniejsza rzecz na świecie. Kilka razy prawie poleciałem znowu na plecy, ale tym razem udawało mi się utrzymać pion, głównie dlatego, że ona śmiała się tak głośno, że nie chciałem tego przegapić. Ustawiliśmy największą kulę na dole, druga kula poszła na nią, była mniejsza, bardziej foremna, ułożyłem ją na tej większej z namaszczeniem, jakbym stawiał fundament pod coś naprawdę ważnego. Głowa bałwana wyszła zaskakująco równa, choć nos był… Umowny. Cofnąłem się o krok, przekrzywiłem głowę, jakbym oceniał dzieło sztuki.
- Brakuje mu charakteru. - Mruknąłem, mrużąc oczy, po czym bez wahania uniosłem różdżkę i rzuciłem krótkie, leniwe accio w stronę wieży. Coś stuknęło, coś zaszurało i po chwili w mojej dłoni wylądował stary, żółto-złoty, wełniany szalik, zapomniany, ale wreszcie przydatny. Owinąłem nim bałwanowi „szyję”, poprawiając końce z przesadną starannością. Zimno szczypało mnie w policzki i palce, ale w środku miałem ciepło, głupie i szczere.
- Zamarzasz. Chodź do ciepła. - Stwierdziłem cicho, jakby to była jedyna rzecz na świecie, która naprawdę wymaga reakcji. Stanąłem za nią i objąłem ją ramionami od tyłu, odruchowo, jakby to było najbardziej naturalne miejsce na świecie. Oparłem podbródek na jej głowie i przykryłem jej dłonie swoimi, od razu czując, jakie są zimne, zbyt zimne, palce miała zaczerwienione od śniegu. Pociągnąłem ją więc delikatnie w stronę drzwi, z powrotem do wnętrza wieży, a gdy tylko znaleźliśmy się tuż za nimi, w cieple i półmroku, odwróciłem ją do siebie i pocałowałem, tym razem bez sprawdzania gruntu. Po prostu nachyliłem się z większą pewnością niż wcześniej - głębiej, mocniej, jak ktoś absolutnie przekonany, że robił dokładnie to, co powinien. Dokładnie tak.
Było po północy, po Yule, śnieg sypał gęsto i cierpliwie, jakby ktoś na górze miał nieskończone zapasy białych, chłodnych płatków. Staliśmy na tarasie wieży astronomicznej, kamień wokół nas był zimny, powietrze ostre, a mnie było ciepło, naprawdę ciepło, tak absurdalnie, że aż śmiesznie. Byłem schlany, bez dwóch zdań, dawno nie byłem tak bardzo pijany, jednak tym razem to nie był ten rodzaj pijaństwa, który robił z człowieka całkowitego idiotę. Raczej ten, który zdzierał maski z rzeczy niewypowiedzianych. Zachowywałem się inaczej niż zwykle przy Prue, ona też, oboje byliśmy dorośli, a mimo to coś w nas wróciło do tamtych dzieci, które potrafiły stać obok siebie bez planu i bez kalkulacji. Z jedną, zasadniczą różnicą - teraz to nie było już aż tak niewinne, teraz było między nami też coś cięższego, co wyszło dziś na wierzch, bez udawania, bez chowania tego za docinkami.
Gdybyśmy byli tylko rywalami, byłoby łatwiej, rywalizacja byłaby czysta, miałaby jasne reguły, tyle tylko, że ja byłem aż nazbyt świadomy, iż dołożyłem do tego tłumienie czegoś więcej, latami, jakby dało się to upchnąć pod dywan z rodzinnych oczekiwań. Dołożyłem wyrzut sumienia, że przestaliśmy być dla siebie ważni, zupełnie bez sensu, bo i tak, już jakiś czas temu, dotarło do mnie, że nie chcę żyć według życzeń mojej rodziny. Dotarło to do mnie z opóźnieniem, jak większość ważnych rzeczy, jak to, że byłem pijany, ale myśl miałem zadziwiająco trzeźwą - chciałem jej, nie na jedną noc, nie jako błąd po święcie, nie jako dowód na to, że wciąż potrafię wygrywać. Chciałem jej wbrew temu, co ode mnie oczekiwano, wbrew temu, co sam sobie wmawiałem. Stałem tam, szczęśliwy jak idiota, i wiedziałem, że cokolwiek wydarzy się potem, tej jednej rzeczy już nie cofnę. Patrzyłem na nią, na śnieg osiadający na jej włosach, na ten znajomy upór w spojrzeniu, i myślałem, że świat potrafi być okrutny tylko po to, żeby czasem dać coś nieoczekiwanie dobrego. Nieważne, kim byliśmy dla siebie wczoraj, tej nocy było mi szczęśliwie, to uczucie, raz dopuszczone do głosu, nie miało zamiaru zamilknąć.
Uśmiechnąłem się krzywo, kiedy męczyła to słowo, z tym skupieniem godnym egzaminu z transmutacji, i w końcu odniosła zwycięstwo.
- Weryfikować. - Powtórzyłem wolno, wyraźnie, z przesadną dbałością o każde „r”, jakbym jej pomagał, a nie droczył się w ten nasz dawny sposób. - Tak, to zdecydowanie nie jest słowo na Yule. Ani po północy. Ani po… - Machnąłem ręką nieprecyzyjnie, wskazując na wszystko, co krążyło mi we krwi, a potem skinąłem głową z powagą, której absolutnie nie powinno się brać na serio, ale która w tej chwili była najuczciwszą wersją mnie.
Przesunąłem się bliżej, instynktownie, jakby dystans był teraz tylko technicznym błędem. Była ciepła, prawdziwa, a ja w tym stanie miałem alergię na udawanie, śnieg osiadał mi na ramionach, świat był lekko przechylony, a mimo to byłem dziwnie pewny tego jednego - nie było żadnego oficjalnego rozwiązania naszej umowy, a rzeczy nierozwiązane miały paskudny zwyczaj wracać dokładnie wtedy, kiedy znów zaczynają coś znaczyć.
Granice tej nocy były umowne jak wszystko inne, świat był miękki i biały, a ja czułem się zaskakująco pewnie w tej swojej nietrzeźwości. Śnieg osiadał na jej włosach, na ramionach, na moich dłoniach, kiedy były za blisko, by udawać przypadek. Patrzyłem na nią i wiedziałem, że to ciepło nie jest chwilowe, nie pochodziło z Yule ani z promili, to było to uczucie, które znałem kiedyś, zanim nauczyłem się je chować. Teraz wracało, nie pytając o pozwolenie.
- Umowa jest umową. - Dodałem, z tym pijanym logicznym ciągiem, który nagle wydawał mi się absolutnie niepodważalny. - Nie podpisaliśmy żadnego aneksu. Nie było renegocjacji. Żadnych dopisków drobnym drukiem. - Wzruszyłem ramionami, jakby to rozstrzygało sprawę definitywnie. - Czyli… Chyba nadal obowiązuje. - Spojrzałem na nią spod rzęs, spokojniej niż wcześniej, bez napięcia, bez tej starej potrzeby sprawdzania, kto ma przewagę. - A jeśli coś obowiązuje - dodałem ciszej - to nie musi być ciągle sprawdzane. Wystarczy, że jest. Umowy się nie przedawniają tylko dlatego, że jest bałagan. - Pokiwałem głową, trochę za wolno, bo każde zdanie musiało przejść dłuższą drogę, zanim dotrze tam, gdzie trzeba.
Parsknąłem śmiechem, zanim zdążyłem się powstrzymać, takim niskim, rozlanym, który zdradzał dokładnie to, w jakim byłem stanie. Czytelnicy, nadzieja, kręte drogi, brzmiało mądrze i niebezpiecznie znajomo, jak rozmowy, które kiedyś prowadziliśmy na schodach. Słuchałem jej, jakby opowiadała historię, którą już kiedyś znałem, tylko zapomniałem zakończenia, albo udawałem, że zapomniałem, bo tak było bezpieczniej.
- Tak. - Przyznałem cicho. - Lubią cierpienie z obietnicą sensu. Komplikacje, które mają znaczenie, bo wtedy można uwierzyć, że to wszystko… Po coś. - Uśmiechnąłem się krzywo, bez ironii - alkohol robił ze mnie fatalnego stratega, za to całkiem niezłego szczerego człowieka. Spojrzałem w bok, na śnieg zbierający się na krawędzi balustrady, w noc, która była cierpliwa i niczego od nas nie wymagała. - Może to dlatego - dodałem - że łatwiej wierzyć w cudze szczęśliwe zakończenia niż w swoje.
Poczułem to znajome ukłucie, ale tym razem nie uciekłem od niego w ironię, byłem zbyt schlany, żeby udawać. Alkohol rozwiązywał mi język, lecz tym razem nie ciągnął mnie w stronę kpiny. Śnieg padał dalej, my nie byliśmy już dziećmi, tej nocy to wcale nie przeszkadzało wierzyć, że nadzieja nie jest tylko chwytem literackim. Spojrzałem na nią, na tę dorosłą wersję dziewczyny, którą kiedyś znałem na pamięć, i pomyślałem, że to właśnie było najbardziej niebezpieczne - to, że to wciąż ona.
- Książki mają luksus struktury. - Spojrzałem na nią uważnie, próbując zapamiętać tę wersję świata, nie dziecięcą, nie naiwną, tylko tę dorosłą, która wciąż pozwalała nam na chwilę miękkości. - Rozdziały, rytm, autora, który wie, dokąd to zmierza. Życie… - Machnąłem ręką w noc, w śnieg, na Hogwart oddychający po Yule. - Życie improwizuje. - Powiedziałem, bo może nie mieliśmy gwarantowanego zakończenia, może nawet nie powinniśmy go teraz szukać. - Ten wieczór… - Zawiesiłem głos, czując, ciepło wciąż trzymające mnie od środka. - To nie jest nic. To coś.
Może to nie chodziło o samo szczęśliwe zakończenie, tylko o to, że ktoś w końcu decydował się po nie sięgnąć. Po drodze można było się pogubić, pokłócić, wszystko poplątać… Ale ten moment wyboru zawsze robił różnicę.
- Zawsze byliśmy dobrzy w komplikowaniu. - Dodałem krzywo. - Jakby… To jedyna dziedzina, w której naprawdę się nie… Rozjechaliśmy. - Mówiąc to poczułem coś na kształt irracjonalnej ulgi. Tak, ulgę, bo nie padło słowo „koniec”.
Skinąłem głową, powoli, bo to, co mówiła, było uczciwe, nie dało się tego zbić żartem, nawet jeśli bardzo bym chciał. Lęk wysokości to nie była fanaberia, tylko mur, a ja wiedziałem, kiedy nie próbować przez niego przeskakiwać.
- Serio. Nie musisz znać wszystkiego naraz ani wcale. - Wzruszyłem ramionami z tym pijanym skupieniem, które sprawiało, że nawet najprostsze myśli układały się w dłuższe zdania. Widziała w tym problem, a ja widziałem w tym tylko kolejny dowód, że próbuje sięgnąć po coś, co było moje. I to było… Cholernie miłe.
- Ale jak już chcesz wiedzieć, w quidditchu są cztery role. Obrońcy pilnują, żeby nikt nie wpakował kafla do obręczy. Szukający gania jedną, małą kulkę i wszyscy wariują, bo od niej zależy koniec meczu. Pałkarze… Pałują. - Uśmiechnąłem się pod nosem. - A ścigających jest trzech. - Uniosłem trzy palce, jak na lekcji, tylko że lekcja była po północy i po alkoholu. - Ja jestem jednym z nich. Jako ścigający… - Kontynuowałem wolno, spoglądając na nią spod rzęs, jakbym miał jej zdradzić jakąś wielką tajemnicę, a to była w gruncie rzeczy bardzo prosta sprawa. - Latam z kaflem, staram się go dostać, podać, czasem wpakować przez obręcz. Dziesięć punktów, dużo manewrów w powietrzu, jeszcze więcej kombinowania. To taka… Gra w szachy, tylko szybciej i wyżej. Możemy to obejść. - Dodałem. - Kiedyś. Na spokojnie. Może na stole, z czymś do picia i czymś, co udaje piłki. Bez chmur, bez mioteł. Mogę ci to rozrysować, wytłumaczyć jak dziecku albo jak komuś bardzo inteligentnemu, kto po prostu nie lubi wysokości. - Spojrzałem na nią z tym ciepłem, które tej nocy uparcie wracało. - A jeśli nigdy nie będziesz się w tym orientować idealnie… - Machnąłem ręką. - To też w porządku. Wystarczy, że wiesz, że to robię. Reszta to szczegóły. - Przesunąłem dłonią po karku, trochę niepewnie, już bardziej miękko niż butnie. - Przerwa świąteczna jest długa. Zostało nam trochę czasu do… Zabicia, a w Hogsmeade mają piwo kremowe, które nawet ja potrafię docenić, a to już coś mówi. - Uśmiechnąłem się, ciepło, bez nacisku, bo jeśli były rzeczy, których nie dało się zaprezentować w powietrzu, to zawsze można je było postawić na stole między dwoma kubkami i pozwolić im wreszcie przestać straszyć.
A potem przeszliśmy do bardziej skomplikowanych wniosków. Parsknąłem cicho, bez wesołości, bardziej jak ktoś, komu trafiło się zdanie zbyt celne jak na tę porę nocy, i znowu przesunąłem dłonią po karku, tym razem nerwowym gestem, którego zwykle pilnowałem przy innych. Alkohol poluzował straż, więc skinąłem głową, bo wiedziałem - wiedziałem aż za dobrze, jak to jest robić rzeczy dlatego, że wypada, jak to jest zaciskać zęby tak mocno, że potem długo nie czuje się szczęki. Aż za dobrze wiedziałem, jak to jest, kiedy „wypada” staje się argumentem nie do podważenia. To było jedno z tych zdań, których się nie tłumaczy, tylko rozpoznaje po ciężarze. „Wypada”, słowo-klucz, którym okłada się ludzi, aż przestają pytać, czego chcą.
- Tak. - Przyznałem od razu, bez wahania, to było jedno z tych zdań, które nie potrzebowały doprecyzowania, bo człowiek rozumiał je ciałem, nie głową. - Czasem robi się rzeczy nie dlatego, że się chce. Tylko dlatego, że ktoś bardzo pilnuje, żebyś zrobił dokładnie to, czego oczekuje. Bo tak trzeba. Bo ktoś patrzy. Bo konsekwencje są… Nieprzyjemne. - Wzruszyłem ramionami, jakby to była błahostka, chociaż w środku poczułem znajome, tępe napięcie - to, które przychodziło zawsze wtedy, gdy za długo udawałem, że wszystko jest w porządku. Człowiek się uczył - uczył się, kiedy lepiej nie dyskutować, lepiej stanąć prosto i zrobić swoje, nawet jeśli to „swoje” nie ma z nim nic wspólnego. - Czasem „wypada” tak długo, że człowiek zapomina, kiedy przestał chcieć. - Nie spojrzałem na nią od razu, bałem się, że zobaczy w mojej twarzy za dużo, alkohol rozluźniał język, ale nie do końca kontrolę nad tak głęboko zakorzenionymi instynktami, nawet w moim przypadku - a może zwłaszcza?
- Tylko że… - Westchnąłem, przeciągając to słowo, bo to wszystko nawet po pijaku było dosyć śliskie. - Na dłuższą metę to nie działa. Takie życie na „wypada” i „trzeba” kończy się tym, że człowiek przestaje wiedzieć, czego chce naprawdę, albo zaczyna myśleć, że ból to normalna część układanki. - Uśmiechnąłem się krótko, krzywo, tym uśmiechem, który nie dochodził do oczu, na ułamek sekundy wbiłem wzrok w śnieg pod stopami.
Odwróciłem głowę w jej stronę, w końcu, bez ostentacji.
- Nie mówię, że trzeba od razu rzucać wszystko w diabły. - Dopowiedziałem zadziwiająco zachowawczo. - Tylko że zaciskanie zębów nie powinno być planem na całe życie. Bo szczęki kiedyś puszczają. A wtedy… Jest gorzej niż wcześniej. - Zamilkłem, bo więcej nie było trzeba, śnieg padał dalej, a ja miałem wrażenie, że powiedziałem i tak o kilka słów za dużo, jak na kogoś, kto całe życie uczył się mówić między wierszami.
Zmrużyłem oczy dokładnie tak jak ona, z tym samym pijanym skupieniem, jakbyśmy właśnie negocjowali traktat pokojowy o ogromnym znaczeniu. Jej chwianie się było niemal rytmiczne, a ja przesunąłem stopę odruchowo, żeby w razie czego złapać ją w pół, zanim świat uzna, że to dobry moment na kolejny numer. Słuchałem, jak mówiła, i pomyślałem, że tej nocy naprawdę rozrzucaliśmy słowa jak monety na szczęście - jedne cenne, inne trochę na wyrost, ale wszystkie szczere.
Parsknąłem śmiechem na wzmiankę o gryzieniu, krótkim i zaskakująco miękkim.
- Ugryźć. - Powtórzyłem, kręcąc głową. - Merlin mi świadkiem, że mam różne wady, ale kanibalizm do nich nie należy. - Uniósłem dłoń, dwa palce, jakbym składał przysięgę, trochę karykaturalnie, ale z intencją absolutnie na serio. - Nie ugryzę cię jakoś strasznie, nawet jak się kłócimy, nawet jak jestem wredny, nawet jak mam ochotę trzaskać drzwiami i mówić rzeczy, których potem żałuję. - Uśmiechnąłem się z przekąsem, tym swoim półuśmiechem, który zwykle zwiastował kłopoty, a teraz był raczej znakiem pokoju, który pojawiał się u mnie stosunkowo rzadko. - Jeśli już, to potrafię warczeć. - Dodałem. - Ale to wszystko. Zęby trzymam dla świata, nie dla ciebie. - Zawiesiłem głos na ułamek sekundy, spojrzałem na nią spod rzęs, już bez żartu. Na moment spoważniałem, ton sam mi się obniżył. - Jak będzie źle - ciągnąłem - naprawdę źle, to nie musisz się zastanawiać, czy akurat jesteśmy po dobrej stronie kłótni. Przyjdź i już. Reszta to szczegóły. - Patrzyłem na nią uważnie, jak kiedyś, dawno temu, zanim nauczyliśmy się komplikować wszystko, co proste. - Dobra. - Powiedziałem cicho. - Mały palec. Obiecuję, że cię nie wyśmieję. I nie ugryzę. Nawet jak będziemy się kłócić. Nawet jak będziesz miała rację, a ja będę udawał, że nie. Nawet kiedy będę wredny. Nawet kiedy będę zasługiwał na to, żeby mnie kopnąć w kostkę. Zero gryzienia. Naprawdę. - Wyciągnąłem mały palec bez większej ceremonii, pijanie, ale z pełnym przekonaniem, jakby to była najpoważniejsza forma magii, jaką znałem. - Mamy sojusz… - Kiwnąłem mniej żartobliwie. - Reszta to już mój problem. Nie raz ktoś już próbował przekraczać przy mnie nieprzekraczalne granice, z tym akurat mam doświadczenie. - Uśmiechnąłem się do niej krzywo, ale ciepło, nie rozwinąłem myśli, nie musiałem, wystarczyło, że wzruszyłem ramionami w ten sposób, w jaki robiło się to po czymś, co już się wydarzyło i nie wymagało komentarza. Ktoś kiedyś mówił za dużo, ktoś kiedyś zapomniał, czyjej sprawy dotyka, nie raz.
Stanąłem tak u jej boku z wyciągniętym palcem, schlany, szczery, dziwnie stabilny jak na tę noc, z poczuciem, że ta jedna, głupia dziecięca obietnica znaczy więcej niż wszystkie dorosłe deklaracje świata.
Prawda była taka, że w mojej głowie nigdy nie było ciszy, tylko zmieniały się priorytety i ciężary, teraz jednym z nich była ona, stojąca przede mną, chwiejna, szczera, uważna. Nie odpowiedziałem od razu, skinąłem głową dopiero po chwili, wolno, zdecydowanie. Przesunąłem dłonią po karku, gestem zdradzającym więcej, niż bym chciał. Ta rozmowa była dziwna, tak, ale dobra w tym niepokojącym sensie, jak coś, co dotyka miejsca, którego się nie ćwiczy.
- Wiem, że to brzmi… - Machnąłem ręką nieprecyzyjnie. - Ale serio. - Powiedziałem cicho. - I to nie jest kwestia tej nocy. Ona tylko… Wyciągnęła to na wierzch. Rozumiesz. Rozumiesz? - Spojrzałem na nią jeszcze raz, z tą pijano-trzeźwą uważnością. Gdybyśmy byli całkowicie sobą, pewnie zdążylibyśmy to zepsuć analizą, a tak… Doszliśmy tam, gdzie najwyraźniej mieliśmy dojść.
Gwiazda zrobiła swoje, a czy spadła naprawdę czy tylko w naszych głowach, nie miało już znaczenia. Ten wieczór robił ze mnie człowieka, który nie widział przeszkód, tylko ciąg przyczynowo-skutkowy prowadzący dokładnie tu, a skoro tu było ciepło, spokojnie i dobrze, to znaczyło, że naprawdę tak było, koniec analizy. Pierwszy pocałunek był niepewny, drugi już nie, trzeci jakbyśmy wreszcie trafili w rytm, którego szukaliśmy od lat, upojenie zrobiło swoje, noc zrobiła swoje, a ja przestałem się zastanawiać, czy to ma sens. W tej chwili nie istniało nic, co byłoby lepszym wyborem, czas rozciągnął się w coś miękkiego i nieostrego, aż w końcu potknąłem się jak idiota i runąłem na ziemię. Ledwie zdążyłem zarejestrować zimno kamienia i śniegu, kiedy ona wylądowała na mnie, dokładnie tam, gdzie powinna. Śmiech wyrwał mi się z piersi bez pytania, jej też, a ta niezdarność była idealna, jakby pasowała do całej tej nocy lepiej niż jakikolwiek plan, nie przyszło mi do głowy, żeby to analizować. Fakt, że byliśmy schlani, wydawał się raczej sprzymierzeńcem niż przeszkodą, gdybyśmy byli całkowicie przytomni, pewnie zadręczalibyśmy się pytaniami, jutrem, listą rzeczy, które „wypadało” albo „nie wypadało”, teraz było prościej, doszliśmy do czegoś, co miało sens, więc uznałem to za wystarczający dowód, bardzo praktyczny stan skupienia. Trzeźwi ludzie komplikują, pijani docierają do sedna, a sedno leżało teraz na mnie, oddychało mi przy policzku i było tak oczywiste, że aż śmieszne, że wcześniej tego nie widziałem. Leżałem pod nią i myślałem, że to jest zaskakująco logiczne, nie eleganckie, nie rozsądne, nie do obrony przed żadną komisją etyki ani rodziną, ale logiczne w tym prostym, pijanym sensie, który nagle porządkował cały mój świat - gwiazda, pocałunek, upadek, ona na mnie, jej usta na moich, ciepły dotyk, koniec dowodu.
„Jesteśmy i będziemy” nie brzmiało to jak obietnica rzucana na wiatr, raczej jak stwierdzenie faktu, które wreszcie do mnie dotarło, kiedy byliśmy razem, w ten sposób, w mojej głowie robiło się jasno i równo, jakby ktoś w końcu wyłączył hałas, żadnych wyrzutów sumienia, żadnych planów awaryjnych, tylko ten spokój, którego nie pamiętałem, żebym kiedykolwiek wcześniej doświadczył.
Dałem się pociągnąć bez oporu, śmiejąc się pod nosem, nadal bardzo chwiejny, ale jednocześnie w pełni kupiony przez ten błysk w jej oczach - ten sam, który pamiętałem sprzed lat, gdy wpadała na coś „okropnie sprytnego” i nie było sensu nawet udawać sprzeciwu. Wiedziałem, że cokolwiek właśnie wymyśliła, i tak już przepadłem.
- Bałwana. - Powtórzyłem głupio, z pełnym przekonaniem, jakby to była najrozsądniejsza decyzja tej nocy. - Oczywiście. Jak moglibyśmy nie.
Śnieg był miękki, posłuszny, idealny do rzeczy absolutnie nieistotnych i przez to najważniejszych, alkohol robił z zimna drobny szczegół, a z Yule niepodważalny argument.
- Robimy porządnego. - Mruknąłem, skupiony bardziej niż przy niejednym treningu, tym bardziej, że koordynacja była dziś pojęciem umownym. - Nie jakiegoś żałosnego frajera. Solidny fundament. Bez fundamentu wszystko się wali. - Stwierdziłem z pijanym profesjonalizmem. Patrzyłem na ten błysk w jej oczach i poczułem coś znajomego, tę dawną ekscytację, gdy wpadała na pomysł i natychmiast wcielała go w życie, bez planu B, bez oglądania się na rozsądek. To było… Nasze. Nawet jeśli udawaliśmy przez lata, że już nie.
Schyliłem się obok niej i zacząłem zbierać śnieg, dłonie szybko zrobiły się czerwone i mokre, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Co chwilę zerkałem na Prue, gdy pracowała nad swoją kulą, pochylała, całym ciałem angażując się w tę kompletnie niepotrzebną, a przez to idealną czynność. Pomagałem jej, dokładając śnieg, dociskając, wygładzając powierzchnię, jakby od tego zależała konstrukcyjna stabilność świata. Toczyliśmy kule po kamieniach tarasu, jedna rosła powoli, druga szybciej, trzecia była krzywa, bo ktoś się zagapił albo zaśmiał w złym momencie. Śnieg skrzypiał, kleił się do rękawów, a ja czułem się absurdalnie lekko, jakby to była najważniejsza rzecz na świecie. Kilka razy prawie poleciałem znowu na plecy, ale tym razem udawało mi się utrzymać pion, głównie dlatego, że ona śmiała się tak głośno, że nie chciałem tego przegapić. Ustawiliśmy największą kulę na dole, druga kula poszła na nią, była mniejsza, bardziej foremna, ułożyłem ją na tej większej z namaszczeniem, jakbym stawiał fundament pod coś naprawdę ważnego. Głowa bałwana wyszła zaskakująco równa, choć nos był… Umowny. Cofnąłem się o krok, przekrzywiłem głowę, jakbym oceniał dzieło sztuki.
- Brakuje mu charakteru. - Mruknąłem, mrużąc oczy, po czym bez wahania uniosłem różdżkę i rzuciłem krótkie, leniwe accio w stronę wieży. Coś stuknęło, coś zaszurało i po chwili w mojej dłoni wylądował stary, żółto-złoty, wełniany szalik, zapomniany, ale wreszcie przydatny. Owinąłem nim bałwanowi „szyję”, poprawiając końce z przesadną starannością. Zimno szczypało mnie w policzki i palce, ale w środku miałem ciepło, głupie i szczere.
- Zamarzasz. Chodź do ciepła. - Stwierdziłem cicho, jakby to była jedyna rzecz na świecie, która naprawdę wymaga reakcji. Stanąłem za nią i objąłem ją ramionami od tyłu, odruchowo, jakby to było najbardziej naturalne miejsce na świecie. Oparłem podbródek na jej głowie i przykryłem jej dłonie swoimi, od razu czując, jakie są zimne, zbyt zimne, palce miała zaczerwienione od śniegu. Pociągnąłem ją więc delikatnie w stronę drzwi, z powrotem do wnętrza wieży, a gdy tylko znaleźliśmy się tuż za nimi, w cieple i półmroku, odwróciłem ją do siebie i pocałowałem, tym razem bez sprawdzania gruntu. Po prostu nachyliłem się z większą pewnością niż wcześniej - głębiej, mocniej, jak ktoś absolutnie przekonany, że robił dokładnie to, co powinien. Dokładnie tak.
Koniec sesji
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)