04.03.2023, 17:51 ✶
Poza uczestniczącymi w marszu oraz jego przeciwnikami, była jeszcze trzecia grupa ludzi - bierni obserwatorzy, którzy w zależności od tego, jak potoczą się wydarzenia mogli się do nich włączyć lub całkowicie odwrotnie, z cichym pyknięciem teleportować się w bezpieczne miejsce. Do trzeciej grupy zaliczyć można było młodszego Rookwooda, który zdawał się być poza centrum konfliktu, spokojnym, acz czujnym wzrokiem obserwując wszystko z bezpiecznej odległości. Mimo, że był Śmierciożercą, daleko mu było do wpasowania się w powszechnie znany stereotyp członka tejże grupy; kiedy dostrzegł, że lada moment nastąpi eskalacja konfliktu, postanowił wycofać się. Mądre zagranie. W przeciwieństwie do Longbottom.
Zdecydowanie brakowało jej instynktu samozachowawczego. To nie tak, że wierzyła w pokojowe przejście marszu - nie była aż tak naiwna. Kontrmanifestacje zdarzały się właściwie zawsze - mniejsze, większe, niezależnie od tematyki i postulatów, jakie głosili uczestnicy marszu. Temat Charłaków był wciąż na tyle kontrowersyjną sprawą, że pojawienie się przeciwników i to w dodatku o niezbyt pokojowym nastawieniu było niemal pewne. Nietrudno było domyślić się, jaki będzie tego efekt.
Całkowicie zaślepiona próbą dostrzeżenia kogokolwiek ze swoich najbliższych, najpewniej wpakowałaby się w sam środek eskalującego konfliktu. Gdyby nie Rookwood - w pierwszej chwili kompletnie go nie dostrzegła. On, całe szczęście, w porę zauważył ją.
Wyhamowała w ostatnim momencie, dzięki czemu nie zderzyła się z postawnym, elegancko ubranym mężczyzną, który wyrósł przed nią jak spod ziemi. Chciała przeprosić i wyminąć go, by kontynuować poszukiwania, gdy usłyszała znajomy, niski głos. Uniosła głowę by spojrzeć na twarz mężczyzny.
- Ulysses? Co Ty tu robisz?- wypaliła w pierwszej chwili, nie kryjąc swojego zaskoczenia. Wiele osób spodziewałaby się tu zobaczyć, ale nie jego. Oczywiście, że go kojarzyła - o kilka lat starszy Ślizgon, do bólu poważny i opanowany. - Ale...- zaczęła.
Tam są moi bliscy - chciała odpowiedzieć, tłumacząc tym samym, dlaczego nie ewakuuje się w porę. Bliscy, którzy posiadali znacznie potężniejszy arsenał zaklęć obronnych niż ona sama.
Jej serce krzyczało, by ominęła Rookwooda - w końcu jeżeli chce, nie musi się angażować, jego sprawa. Rozum z kolei, że Ulli ma rację i że nie powinna pakować się w samo centrum wydarzeń.
Tłum nieopodal zdawał się być głośniejszy, a hasła i okrzyki dobiegające zewsząd agresywniejsze. Zewsząd napierali ludzie i kwestią czasu było, aż Dani i Ulysses zostaną włączeni do grupy.
- Chodź. - bez większych oporów złapała go za nadgarstek, szybkim i zdecydowanym krokiem zamierzając wydostać się z gromadzącego w błyskawicznym tempie tłumu. Nie chciała przy okazji zgubić Ulyssesa, który na dobrą sprawę ją uratował.
Rookwood miał rację; ledwo udało im się oddalić od największego zgromadzenia, gdy dotarły do nich podniesione głosy, stopniowo zbierające na sile; poza obelgami, zarówno ze strony manifestacji jak i jej przeciwników, zdało się słyszeć groźby. Danielle odruchowo sięgnęła po różdżkę, zaciskając na niej dłoń. Rzuciła krótkie spojrzenie w stronę urzędnika.
- Doceniam, że dzięki Tobie nie wpakowałam się w ten największy tłum. - odezwała się do niego. - Ale nie mogę się teraz teleportować. Obawiam się, że na obelgach się nie skończy i będzie potrzebny uzdrowiciel...
Zdecydowanie brakowało jej instynktu samozachowawczego. To nie tak, że wierzyła w pokojowe przejście marszu - nie była aż tak naiwna. Kontrmanifestacje zdarzały się właściwie zawsze - mniejsze, większe, niezależnie od tematyki i postulatów, jakie głosili uczestnicy marszu. Temat Charłaków był wciąż na tyle kontrowersyjną sprawą, że pojawienie się przeciwników i to w dodatku o niezbyt pokojowym nastawieniu było niemal pewne. Nietrudno było domyślić się, jaki będzie tego efekt.
Całkowicie zaślepiona próbą dostrzeżenia kogokolwiek ze swoich najbliższych, najpewniej wpakowałaby się w sam środek eskalującego konfliktu. Gdyby nie Rookwood - w pierwszej chwili kompletnie go nie dostrzegła. On, całe szczęście, w porę zauważył ją.
Wyhamowała w ostatnim momencie, dzięki czemu nie zderzyła się z postawnym, elegancko ubranym mężczyzną, który wyrósł przed nią jak spod ziemi. Chciała przeprosić i wyminąć go, by kontynuować poszukiwania, gdy usłyszała znajomy, niski głos. Uniosła głowę by spojrzeć na twarz mężczyzny.
- Ulysses? Co Ty tu robisz?- wypaliła w pierwszej chwili, nie kryjąc swojego zaskoczenia. Wiele osób spodziewałaby się tu zobaczyć, ale nie jego. Oczywiście, że go kojarzyła - o kilka lat starszy Ślizgon, do bólu poważny i opanowany. - Ale...- zaczęła.
Tam są moi bliscy - chciała odpowiedzieć, tłumacząc tym samym, dlaczego nie ewakuuje się w porę. Bliscy, którzy posiadali znacznie potężniejszy arsenał zaklęć obronnych niż ona sama.
Jej serce krzyczało, by ominęła Rookwooda - w końcu jeżeli chce, nie musi się angażować, jego sprawa. Rozum z kolei, że Ulli ma rację i że nie powinna pakować się w samo centrum wydarzeń.
Tłum nieopodal zdawał się być głośniejszy, a hasła i okrzyki dobiegające zewsząd agresywniejsze. Zewsząd napierali ludzie i kwestią czasu było, aż Dani i Ulysses zostaną włączeni do grupy.
- Chodź. - bez większych oporów złapała go za nadgarstek, szybkim i zdecydowanym krokiem zamierzając wydostać się z gromadzącego w błyskawicznym tempie tłumu. Nie chciała przy okazji zgubić Ulyssesa, który na dobrą sprawę ją uratował.
Rookwood miał rację; ledwo udało im się oddalić od największego zgromadzenia, gdy dotarły do nich podniesione głosy, stopniowo zbierające na sile; poza obelgami, zarówno ze strony manifestacji jak i jej przeciwników, zdało się słyszeć groźby. Danielle odruchowo sięgnęła po różdżkę, zaciskając na niej dłoń. Rzuciła krótkie spojrzenie w stronę urzędnika.
- Doceniam, że dzięki Tobie nie wpakowałam się w ten największy tłum. - odezwała się do niego. - Ale nie mogę się teraz teleportować. Obawiam się, że na obelgach się nie skończy i będzie potrzebny uzdrowiciel...