Nie był to najlepszy dzień w jej życiu. Wydawało się Prudence, że coś rozsadzi jej głowę. Miała światłowstręt, reagowała skrzywieniem na każdy promień słońca przebijający się przez okna, a tych w Hogwarcie było naprawdę sporo. Krajobraz za oknem nadal wyglądał jak z bajki, jednak światło dzienne nie ułatwiało funkcjonowania. Nocą, pod osłoną mroku wszystko wydawało się być właściwe, poprawne, jednak dzisiaj docierało do niej, że wydarzyło się coś, co nie powinno. Westchnęła ciężko, wiedziała, że długo zajmie jej pogodzenie się z tym, że coś się wydarzyło, coś musiało, miała takie dziwne, wewnętrzne poczucie, że zrobiła coś niewłaściwego i najgorsze było to, że nie miała pojęcia co to było. Jej umysł nie chciał z nią współpracować, zdradził ją, gdy naprawdę był jej potrzebny, była okropnie zła, na siebie, na niego, że namówił ją do tego, aby sięgnęła po alkohol, właściwie nawet nie musiał jej jakoś specjalnie przekonywać, gdyby jednak nie znalazł się w wieży astronomicznej to nie skończyłaby z tym okropnym bólem głowy i wątpieniem w swoją moralność, gdyby spędziła to Yule sama. Nie byłoby ono jednak tak przyjemne, przecież dobrze się bawiła, przecież jej się podobało, do czasu, wszystko do czasu, Prue nie znosiła tracenia kontroli nad tym co robiła, a tutaj nie kontrolowała już niczego. Uderzały w nią urywki wspomnień, ale nie była w stanie złożyć z nich całości. On pewnie pamiętał, na pewno będzie miał nad nią przewagę, spodziewała się, że nie był to jego pierwszy raz, kiedy raczył się taką ilością alkoholu, to było najgorsze, on miał pamiętać, a ona nie.
Droga do Wielkiej Sali wyjątkowo jej się dłużyła, miała wrażenie, że kilka razy znalazła się na złym piętrze, schody z nią nie współpracowały, chociaż przecież doskonale wiedziała jak one działają, nie nabierała się już na te sztuczki, jednak jej umysł dzisiaj nie do końca z nią współpracował, gubiła się w swoich ruchach, czy gestach i wiedziała, że to nie wróży nic dobrego. Najchętniej przeleżałaby cały dzień w łóżku, ale wiedziała, iż powinna coś zjeść, wydawało jej się to istotne, albo przynajmniej napić się czegoś ciepłego, chciała pozbyć się bólu głowy, skrętu żołądka, jej organizm naprawdę mocno odchorowywał to, co wczoraj w siebie wlała, cóż była pewna tylko jednego - szybko tego nie powtórzy, nie chciała znowu doprowadzać się do takiego stanu, tak właściwie to chyba nigdy więcej. Nigdy więcej nie napije się alkoholu, tego nauczyła się podczas wczorajszego wieczoru.
Szła przed siebie powoli, głowę miała opuszczoną, jakby chciała uniknąć konfrontacji z całym światem, raczej zamierzała dzisiaj przemykać gdzieś obok, nie zwracając na siebie uwagi - tak, jasne, oczywiście że nie było to do końca możliwe. Weszła w kogoś, właściwie to wpadła, poczuła dłonie zaciskające się na jej talii, które przyciągnęły ją ledwie chwilę później do siebie. Uniknęła upadku, uderzył w nią znajomy zapach, tak właściwie to nie musiała podnosić głowy, aby wiedzieć kto ją złapał. Aloysius. Jego nie chciała dzisiaj spotkać, oczywiście więc, że na złość sama sobie wpadła w jego ręce, nie mogło być inaczej, świat zdecydowanie z nią dzisiaj współpracował. Idealnie.
Uniosła głowę, aby na niego spojrzeć, chociaż nie powinna tego robić, wiedziała, że jak zajrzy mu w oczy znowu serce zabije jej szybciej, co nie było niczym dobrym, już wczoraj w Wieży Astronomicznej mieszał jej w głowie, może sama sobie mieszała, nie miała pojęcia do końca, jednak zdawała sobie sprawę, że trudno jej było ignorować te myśli, wczoraj wieczorem zaczęły wychodzić na powierzchnię. Przeczuwała, że zrobili coś głupiego, nie wiedziała do końca co, przez to, gdy na niego spoglądała była nieco wycofana, wystraszona? Odrobinę, brakowało jej tej zwyczajowej pewności siebie, błysku w oku, była nieco przygaszona.
- Może, ale chyba nie do końca. Prędzej ja odlecę, niż grunt. - Gdyby tylko potrafiła bardzo chętnie odleciałaby teraz gdzieś bardzo, bardzo daleko, jak najdalej stąd. Niekoniecznie uderzyła o posadzkę, oczywiście, że uratował ją przed tym, z drugiej strony gdyby nie nadszedł w tym samym czasie z zupełnie innej strony to nie musiałby jej łapać.
Odsunął się o krok, w sumie ona również to zrobiła, nie czuła, aby znajdowanie się w jego ramionach było właściwie, nie w tym miejscu, nie kiedy ktoś mógł ich zobaczyć, zaczęliby gadać, a ona nie znosiła plotek, gdzieś w głębi czuła, że pasowała wyjątkowo dobrze do tych ramion, której ją otaczały, jakby to nie był pierwszy raz gdy znajdowali się tak blisko siebie. Ugh. Nadal nie miała pojęcia, co konkretnie robili wczoraj wieczorem.
- Dzięki, na Twoje dobre słowo zawsze mogę liczyć. - Uśmiechnęła się krzywo, wiedziała, że nie wygląda dzisiaj dobrze, naprawdę nie potrzebowała słuchać jego opinii, miała przecież lustro w pokoju.
- Czy ja wiem, czy wyczyn, nic mnie to nie kosztowało, a jednak udało mi się Cię pobić. - Nie, aby chciała górować nad nim akurat w tym, ale trudno, przebiła go, tak wyglądała jak siedem nieszczęść, nie był to najlepszy dzień w jej życiu.
Puścił ją przodem, weszła do Wielkiej Sali, rozejrzała się po jej wnętrzu. Nadal na środku stał jeden, wspólny stół. Ruszyła przed siebie, widziała spojrzenia skierowane w ich stronę, na szczęście pewnie większość uczniów uznałaby to za zbieg okoliczności. Bletchley zajęła jedno miejsce z brzegu, z dala od innych, jak zawsze, nie szukała towarzystwa, nie spoglądała za ramię, czuła, że idzie za nią, liczyła na to, że ją minie i usiądzie gdzieś dalej, nie do końca była gotowa na konfrontację, tym bardziej, że nie miała pojęcia co do końca się wydarzyło wczorajszej nocy.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control