– Nie wygląda na to – odparła z pewnym zastanowieniem, ostrożnie dobierając słowa. Nie mogła powiedzieć, że nie, bo może ktoś jednak wymiatał te płatki, może zabierały je sobie elfy, albo jakieś niewidzialne ręce, takie jakie pojawiały się w oranżerii. Znalezione tam róże były ewidentnie mokre, podlane, a ta, którą wzięła do domu, zachowywała się już całkowicie normalnie. – Zależałoby to od księżniczki – pociągnęła trochę temat zaczęty przez Chrisa. – Gdyby znała się na kwiatach, gdyby je lubiła, możliwe, że zrozumiałaby taką wiadomość. Ale jeśli nie wiedziała ile warte są róże i tak dalej, to pewnie nie – Victoria sama się nad tym zastanawiała – czy były tworem czarnoksiężnika? Przypłynęły tu na statku najpewniej z kimś związanym z rodziną Lestrange i już kiedyś rozpleniły się po ogrodzie, tyle tylko, że w kronikach rodziny informacje były zdawkowe i musieli teraz wszystko wyciągać na nowo: tak wiadomości jak i wnioski, co z tymi kwiatami w ogóle zrobić.
Wyciągnęła nawet jedną rękę i przejechała nią lekko po główkach róż, które właśnie mijali, idąc alejką, której pilnowały rzeźby muz. Były aksamitne, dobrze odżywione, cieszyły oko – tego nie mogła im odebrać. I miała cholerna nadzieję, że nie będą musieli ich wszystkich wyciąć.
Patrzyła w niebo jeszcze przez moment, próbując odszukać tam te punkty, które kiedyś, jeszcze w szkole, umiała nazwać. Miała jednak w głowie pustkę, wymieniłaby je na sucho prawdopodobnie, ale nie kompletnie, ale gdy już trzeba było gołym okiem spojrzeć w niebo, a nie przez teleskop, i jeszcze dopasować to, co się widzi, to nazw, to jakoś… Nie umiała. Nie dzisiejszego wieczoru przynajmniej.
– Syriusz – powtórzyła cicho za Christopherem, kiwnęła głową i zaczęła się rozglądać szukając przy tym tej drugiej charakterystycznej gwiazdy, którą najprościej było znaleźć, gdy już odszukało się Wielki Wóz, a następnie ten Mały – to wymagało od Victorii jednak chwilę więcej przyglądania się niebu. Przerwała to jednak, gdy Chris wspomniało o pomyśleniu życzenia, bo poruszający się obiekt było dużo prościej dostrzec. Ognisty ogon komety podążał za nią, a Victoria mimowolnie powróciła pamięcią do maja i rozmowy z kapłanką kowenu, która opowiadała jej o gwiazdach, ogniu i życiu. I pomyślała sobie tylko jedno: żeby w końcu było dobrze. Zacisnęła przy tym powieki, jakby tylko w ten sposób życzenie mogło się spełnić. – Pomyślałeś? – zapytała, gdy już otworzyła oko, by upewnić się, że gwiazda już zniknęła.