26.12.2025, 16:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.12.2025, 16:17 przez Ambrosia McKinnon.)
Spojrzenie zielonych oczu opadło na dłoń, po której zaczął wodzić palcem. Robił to już nie raz i nie dwa, a mimo tego Ambrosia miała wrażenie że to nie Alexander siedzi przed nią, a zupełnie nowa osoba. Jakby wraz z nadejściem jesieni ktoś podszył się pod niego i grał teraz w niebezpieczną grę, czekając kiedy i czy w ogóle ktoś się zorientuje.
Ostatecznie, tak działało na niego zarzucenie uciech cielesnych i wieczne otumanianie rozumu narkotykami.
Bo jak inaczej miała rozumieć tę litanię niedorzeczności? Czuła się, jakby nie dawał jej powodów, ale właśnie uprawiał myślenie życzeniowe. Oto bowiem pojawiały się Słowa, a jeśli tylko ujrzały światło dzienne, to czemu równie dobrze nie miały być prawdą objawioną?
Nie rozumiesz, Rosie? Oh, nie rozumiała. Była zwyczajnie za głupia, jak właśnie próbował jej wmówić. Biedna mała Ambrosia, która nie była w stanie objąć swoim rozumkiem wielkiego świata, który rozpościerał się poza zasięgiem jej rąk. Co mówiliby ci obcy ludzie? Nic gorszego, czego nie mówili teraz. Nikt nie podnosił za nią pięści. Znosiła to. Zawsze to znosiła, nawet jeśli krew ścinała się jej w środku. Nie ważne czy była na Nokturnie czy na bogatym przyjęciu, ludzie byli dokładnie tacy sami.
Ciężko było słuchać tego, jak wyciera sobie usta najpierw jej imieniem, a potem i Loretty. Nieznosiła tej żmii, co nie zmieniało faktu że kiedy słyszała o skurwieniu innych kobiet, coś w jej głowie się zapalało. Nie ważne co by panna Lestrange zrobiła, pod koniec dnia i tak byłaby dla kogoś kurwą. Teraz dla niego czy dziesięć lat temu dla kolegów z klasy. Kurwa, dziwka, szmata, nie ważne czy aktualnie rozkładała nogi, czy też nie. Oh, jakże znajomo to brzmiało. Szkoda tylko, że padało z jego ust.
Pani na Mulciber Manor brzmiało niezwykle chwytliwie. Szkoda tylko, jak to zgryźliwie przeszło Ambrosii przez głowę, że nikt nigdy w tym tytule nie dorówna pewnie Lorien. Ptaszyna już dawno będzie śpiewać w klatce, zatraciwszy całą siebie, ale będzie mieć najsilniejszy głos.
Nie ważne jednak jak bardzo Alexander chciał ją przekonać do tego, że Lestrangowie powinni go błagać o zabranie Loretty, blondynka wciąż podchodziła do tej wizji niezwykle sceptycznie. Posiadanie ładnej posiadłości i majątku nie zawsze nadrabiało to, co inni szeptali po kątach i brak szacunku. A Louvain prędzej Lorettę zadusiłby we śnie, niż pozwolił jej wziąć ślub na poważnie. No właśnie - na poważnie. Rosie nie miała najmniejszych wątpliwości co do tego, jak cała rodzina podchodziła do tego incydentu. W oczach wszystkich z Angielskiego społeczeństwa, którzy jako tako zainteresowani byli tematem, ślub Alexandra i Loretty był niewiele wart. Póki nie został sformalizowany, pozostawał pełnym goryczy incydentem. Lestrangowie zdawali się zdawać sobie z tego sprawę, skoro ich córunia miała wyjechać do Francji i zajmować się bardzo ważnymi rzeczami. Tam natomiast mogła wieźć zupełnie nowe i równie ekscytujące życie, nie brużdżąc ojcu i jego reputacji.
- Więc już zawsze nim będziesz? Synem swojej matki, kobiety o pustych oczach, która doprowadzono do szaleństwa i zrobiono z nią więźniarkę Mulciber Manor? - zapytała delikatnie, wpatrując się w niego uważnie. Nie oceniała tymi słowami Seliny. Współczuła jej. Widziała przyszłość, a mimo tego nie dostrzegła swojego losu. Zamknięta, wyniszczona, kierująca się tym co było, jest i będzie - wszystkim na raz w tym samym momencie. - I zawsze będziesz już synem swojego ojca, który doprowadził ją do tego szaleństwa swoją miłością? Który wyrwał z niej wolność obiema rękoma i zabrał jej wybór? - przekrzywiła lekko głowę, z oczami pustymi jak paciorki. Jawił się dla niej niczym zamknięty w klatce pies, który wrócił do kenelu dlatego że kiedy w nim był to właściciel nie bił go aż tak bardzo.
Wierzyła, że miłość może zmienić wiele. Wierzyła, że może inspirować i dodawać skrzydeł. Dawał jej wybór? Jeśli tak, to tylko i wyłącznie podcinając przy tym swoje własne lotki. Miała nadzieję, że Alexander w pewnym momencie zorientuje się gdzie tkwił problem i zacznie łamać koło w którym tkwił, ale on uparcie toczył je dalej. Nie musiał brać jej za żonę. Nie musiał opuszczać domu, porzucać dotychczasowego życia całkowicie... nie o to jej w tym wszystkim chodziło. Ale zamiast ryzykować, nieustannie wracał do znajomych rzeczy.
Więc dlaczego jego słowa nie zmieniały nic? Nie podważały tego, czym go darzyła. Jej upór wciąż trwał, może trochę bardziej rozgoryczony.
- Nie ma tutaj żadnej iluzji wyboru. Wiem co mówią karty, co mnie czeka na obu ścieżkach. Ale to czego ode mnie oczekujesz jest zwyczajnie niepoważne. Gdzieś gdzie będę bezpieczna. Gdzie? Nigdzie nie jest bezpiecznie i nie będzie. Puściliście z dymem połowę Anglii, Alexandrze. Ten zakład to i tak wydmuszka, która częściej nie działa jak działa, ale stoi tu z różnych powodów. Nie trzymają mnie tu miejsca, trzymają mnie ludzie. Kocham cię, ale kocham też swoją rodzinę. Matkę, ojca, rodzeństwo, dziadka. Jak mogę myśleć tylko o sobie kiedy im też coś może grozić? Obronisz ich wszystkich? Obiecasz mi to? Bo wątpię, że byłbyś w stanie dotrzymać słowa.
Ostatecznie, tak działało na niego zarzucenie uciech cielesnych i wieczne otumanianie rozumu narkotykami.
Bo jak inaczej miała rozumieć tę litanię niedorzeczności? Czuła się, jakby nie dawał jej powodów, ale właśnie uprawiał myślenie życzeniowe. Oto bowiem pojawiały się Słowa, a jeśli tylko ujrzały światło dzienne, to czemu równie dobrze nie miały być prawdą objawioną?
Nie rozumiesz, Rosie? Oh, nie rozumiała. Była zwyczajnie za głupia, jak właśnie próbował jej wmówić. Biedna mała Ambrosia, która nie była w stanie objąć swoim rozumkiem wielkiego świata, który rozpościerał się poza zasięgiem jej rąk. Co mówiliby ci obcy ludzie? Nic gorszego, czego nie mówili teraz. Nikt nie podnosił za nią pięści. Znosiła to. Zawsze to znosiła, nawet jeśli krew ścinała się jej w środku. Nie ważne czy była na Nokturnie czy na bogatym przyjęciu, ludzie byli dokładnie tacy sami.
Ciężko było słuchać tego, jak wyciera sobie usta najpierw jej imieniem, a potem i Loretty. Nieznosiła tej żmii, co nie zmieniało faktu że kiedy słyszała o skurwieniu innych kobiet, coś w jej głowie się zapalało. Nie ważne co by panna Lestrange zrobiła, pod koniec dnia i tak byłaby dla kogoś kurwą. Teraz dla niego czy dziesięć lat temu dla kolegów z klasy. Kurwa, dziwka, szmata, nie ważne czy aktualnie rozkładała nogi, czy też nie. Oh, jakże znajomo to brzmiało. Szkoda tylko, że padało z jego ust.
Pani na Mulciber Manor brzmiało niezwykle chwytliwie. Szkoda tylko, jak to zgryźliwie przeszło Ambrosii przez głowę, że nikt nigdy w tym tytule nie dorówna pewnie Lorien. Ptaszyna już dawno będzie śpiewać w klatce, zatraciwszy całą siebie, ale będzie mieć najsilniejszy głos.
Nie ważne jednak jak bardzo Alexander chciał ją przekonać do tego, że Lestrangowie powinni go błagać o zabranie Loretty, blondynka wciąż podchodziła do tej wizji niezwykle sceptycznie. Posiadanie ładnej posiadłości i majątku nie zawsze nadrabiało to, co inni szeptali po kątach i brak szacunku. A Louvain prędzej Lorettę zadusiłby we śnie, niż pozwolił jej wziąć ślub na poważnie. No właśnie - na poważnie. Rosie nie miała najmniejszych wątpliwości co do tego, jak cała rodzina podchodziła do tego incydentu. W oczach wszystkich z Angielskiego społeczeństwa, którzy jako tako zainteresowani byli tematem, ślub Alexandra i Loretty był niewiele wart. Póki nie został sformalizowany, pozostawał pełnym goryczy incydentem. Lestrangowie zdawali się zdawać sobie z tego sprawę, skoro ich córunia miała wyjechać do Francji i zajmować się bardzo ważnymi rzeczami. Tam natomiast mogła wieźć zupełnie nowe i równie ekscytujące życie, nie brużdżąc ojcu i jego reputacji.
- Więc już zawsze nim będziesz? Synem swojej matki, kobiety o pustych oczach, która doprowadzono do szaleństwa i zrobiono z nią więźniarkę Mulciber Manor? - zapytała delikatnie, wpatrując się w niego uważnie. Nie oceniała tymi słowami Seliny. Współczuła jej. Widziała przyszłość, a mimo tego nie dostrzegła swojego losu. Zamknięta, wyniszczona, kierująca się tym co było, jest i będzie - wszystkim na raz w tym samym momencie. - I zawsze będziesz już synem swojego ojca, który doprowadził ją do tego szaleństwa swoją miłością? Który wyrwał z niej wolność obiema rękoma i zabrał jej wybór? - przekrzywiła lekko głowę, z oczami pustymi jak paciorki. Jawił się dla niej niczym zamknięty w klatce pies, który wrócił do kenelu dlatego że kiedy w nim był to właściciel nie bił go aż tak bardzo.
Wierzyła, że miłość może zmienić wiele. Wierzyła, że może inspirować i dodawać skrzydeł. Dawał jej wybór? Jeśli tak, to tylko i wyłącznie podcinając przy tym swoje własne lotki. Miała nadzieję, że Alexander w pewnym momencie zorientuje się gdzie tkwił problem i zacznie łamać koło w którym tkwił, ale on uparcie toczył je dalej. Nie musiał brać jej za żonę. Nie musiał opuszczać domu, porzucać dotychczasowego życia całkowicie... nie o to jej w tym wszystkim chodziło. Ale zamiast ryzykować, nieustannie wracał do znajomych rzeczy.
Więc dlaczego jego słowa nie zmieniały nic? Nie podważały tego, czym go darzyła. Jej upór wciąż trwał, może trochę bardziej rozgoryczony.
- Nie ma tutaj żadnej iluzji wyboru. Wiem co mówią karty, co mnie czeka na obu ścieżkach. Ale to czego ode mnie oczekujesz jest zwyczajnie niepoważne. Gdzieś gdzie będę bezpieczna. Gdzie? Nigdzie nie jest bezpiecznie i nie będzie. Puściliście z dymem połowę Anglii, Alexandrze. Ten zakład to i tak wydmuszka, która częściej nie działa jak działa, ale stoi tu z różnych powodów. Nie trzymają mnie tu miejsca, trzymają mnie ludzie. Kocham cię, ale kocham też swoją rodzinę. Matkę, ojca, rodzeństwo, dziadka. Jak mogę myśleć tylko o sobie kiedy im też coś może grozić? Obronisz ich wszystkich? Obiecasz mi to? Bo wątpię, że byłbyś w stanie dotrzymać słowa.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror