26.12.2025, 19:41 ✶
Uniosłem na nią wzrok, odwracając spojrzenie od horyzontu za szybą, jeszcze zanim skończyła mówić, i uśmiechnąłem się tym uśmiechem, który absolutnie nie miał nic wspólnego ze spokojem ani z rozsądkiem. Widoki, jasne, widoki były tu doprawdy wybitne, Londyn za oknem był piękny, światła odbijały się w Tamizie, ale to nie tam raz po raz wracały nasze oczy, doskonale wiedziałem, o czym mówiła, nawet jeśli nie sformułowała tego dosłownie. Oparłem się wygodniej w wannie, pozwalając wodzie poruszyć się leniwie między nami, a moje spojrzenie samo wróciło do niej, do dmuchniętej piany układającej się na jej skórze w sposób kompletnie niesprawiedliwy wobec mojej koncentracji. Przesunąłem spojrzeniem po sylwetce Prue, bez wstydu, bez pośpiechu, zatrzymując się dokładnie tam, gdzie biała, puszysta chmurka z drobnych bąbelków udawała przyzwoitość.
- Masz lację. Londyn nocą jest imponujący. Tamiza, światła, cały ten blichtl. - Spojrzałem na nią spod rzęs, dokładnie w ten sposób, który nigdy nie był niewinny, przez chwilę udając jednak, że nie do końca zrozumiałem odpowiedź. Niby rozmawialiśmy o jej gapieniu się na mnie, ale jednocześnie… - Widoki po obu stlonach szyby są… - Przeciągnąłem, zerkając ostentacyjnie najpierw na Tamizę, potem wracając wzrokiem do niej. Zawiesiłem na niej spojrzenie, zupełnie jawnie. - Naplawdę wybitne, byłoby malnotlawstwem nie koszystaś. - Przesunąłem wzrokiem po jej ramionach, po linii obojczyków ledwie widocznej spod piany, nie udając nawet, że patrzę gdzie indziej. Nie miałem takiego zamiaru. Udawanie czegokolwiek byłoby obrazą sytuacji. Oparłem łokieć o brzeg wanny, pochylając się nieco w jej stronę, jakbym właśnie coś analizował, chociaż w rzeczywistości analizowałem wyłącznie fakt, że siedziała naprzeciwko mnie i patrzyła dokładnie tak, jak patrzyła. Powoli, bez pośpiechu, z tą uwagą, która była lepsza niż jakiekolwiek komentarze.
Uśmiechnąłem się, słysząc jej słowa. Owszem, opowieści miały swój urok - historie, pieczęcie, runy, całe to moje życie zapisane na skórze jak księga, którą ktoś wreszcie chciał czytać uważnie, tylko że ja w tym i jakimkolwiek innym momencie zdecydowanie wolałem metody mniej akademickie.
- Bszmi jak plan długotelminowy. - Przesunąłem palcami po własnym przedramieniu, po jednej z linii tuszu, leniwie, bez pośpiechu, dając jej dokładnie tyle czasu, ile chciała na patrzenie. - Balso długoterminowy. To mose chwilę potlwaś, wiesz. Nie spieszyłbym się na twoim miejscu. - Oparłem się mocniej o brzeg wanny, rozkładając ręce tak, żeby ani na moment nie utrudniać jej widoku. - Opowiadaś… - Odezwałem się, nisko, z tym spokojem, który był czystą prowokacją. - Jasne. Mogę opowiadaś godzinami. Zawsze byłem w tym niezły. - Pokręciłem lekko głową, jakbym sam siebie o czymś upominał, ale w moich oczach nie było ani krzty skruchy. Woda poruszyła się leniwie, piana osiadła niżej na mojej skórze, odsłaniając dokładnie to, co i tak już studiowała. - Tyle sze te znaki nie były plojektowane s myślą o analizie s daleka. - Uniosłem dłoń, jakbym miał coś zademonstrować, ale zamiast tego pozwoliłem jej zawisnąć w powietrzu między nami, sugestywnie, jednoznacznie. - Lepiej działają, kiedy ktoś splawdza je empilycznie. Palcami. Oddechem. - Doprecyzowałem z leniwym uśmiechem. - Opuszki mają znacznie lepszą skuteczność w czytaniu symboliki lytualnej nisz oczy. - Oparłem się znów wygodniej, ale moje spojrzenie ani na moment nie straciło intensywności, przeciwnie, było w nim coś prowokującego, pewnego siebie. - A zęby - dodałem spokojnie, niemal mimochodem - potlafią wyciągnąś s ludzi plawdę szybciej nisz jakiekolwiek pytania. - Piana falowała cicho między nami, Londyn świecił za oknem, a ja miałem absolutną pewność, że piętnaście lat da się nadrobić. Metodycznie. Bardzo dokładnie.
Uśmiech sam wpełzł mi na twarz, zanim jeszcze zdążyłem coś powiedzieć, ten cichy śmiech, który z niej uciekł, trafił dokładnie tam, gdzie powinien. Oparłem łokcie szerzej o brzegi wanny, nie próbując już nawet ratować resztek godności klątwołamacza z renomą, już wiedziałem, że nie odzyskam ani godności, ani tej konkretnej truskawki. Wzruszyłem ramionami, pozwalając sobie na ten ruch, na spokojne, niespieszne lustrowanie jej twarzy, ramion, tego, jak zanurzała się w wodzie obok mnie.
- Widzisz. - Powiedziałem spokojnie, z tym tonem fałszywego profesjonalizmu, który zwykle wyciągałem przy katastrofach mniejszego kalibru. - To była demonstlacja balso zaawansowanej techniki. Losplaszanie uwagi obselwatola. - Zerknąłem w dół na rozpuszczającą się powłokę truskawki, która przyklejała mi się do skóry w sposób zdecydowanie bardziej intymny, niż planowałem. Świadomie przeciągnąłem więc dłonią po przedramieniu, leniwie, jakbym nigdzie się nie spieszył i naprawdę nie chciał być w żadnym innym miejscu, rozmazując resztki czekolady jeszcze bardziej, celowo, trochę bezwstydnie, bo spojrzenie, którym obdarzała mnie moja małżonka, było zbyt wyraźne, żeby je ignorować.
Oparłem się wygodniej, pozwalając, żeby piana przesunęła się leniwie po mojej klatce piersiowej. Sięgnąłem po kolejną truskawkę, obracając ją w palcach, demonstracyjnie wolno, jakbym dawał Prudence czas na analizę toru lotu, intencji i ewentualnych konsekwencji tego, co bez wątpienia chodziło mi po głowie, zanim uniosłem rękę i bez ostrzeżenia rzuciłem owocem w jej stronę, ruchem szybkim, pewnym, wytrenowanym przez lata robienia rzeczy, które wymagały refleksu. Nie celowałem w twarz, nie byłem samobójcą, raczej w przestrzeń tuż pomiędzy jej piersiami, na granicy między prowokacją a zabawą.
- A to - dodałem już po fakcie, opierając się wygodniej i mrużąc oczy z rozbawieniem - było czysto osobiste. - Uśmiechnąłem się krzywo, zaczepnie, tym razem nie chodziło o popis, chodziło o reakcję.
Woda znów się poruszyła, piana rozstąpiła, a ja parsknąłem cicho, wyraźnie zadowolony z siebie, niezależnie od rezultatu.
- Widzisz - kontynuowałem, pochylając się nieco do przodu - to jest dokładnie ten moment, w któlym nolmalni ludzie mówią, sze wanna słuszy do kąpieli. A ja mam powaszne wątpliwości, czy my nie malnujemy jej potencjału. - Przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy, potem niżej, zupełnie nieskrycie, fakt, że była moją żoną od kilku godzin, dawał mi pełne prawo do tej bezczelności.
af ◉◉◉◉○ na rzut
- Masz lację. Londyn nocą jest imponujący. Tamiza, światła, cały ten blichtl. - Spojrzałem na nią spod rzęs, dokładnie w ten sposób, który nigdy nie był niewinny, przez chwilę udając jednak, że nie do końca zrozumiałem odpowiedź. Niby rozmawialiśmy o jej gapieniu się na mnie, ale jednocześnie… - Widoki po obu stlonach szyby są… - Przeciągnąłem, zerkając ostentacyjnie najpierw na Tamizę, potem wracając wzrokiem do niej. Zawiesiłem na niej spojrzenie, zupełnie jawnie. - Naplawdę wybitne, byłoby malnotlawstwem nie koszystaś. - Przesunąłem wzrokiem po jej ramionach, po linii obojczyków ledwie widocznej spod piany, nie udając nawet, że patrzę gdzie indziej. Nie miałem takiego zamiaru. Udawanie czegokolwiek byłoby obrazą sytuacji. Oparłem łokieć o brzeg wanny, pochylając się nieco w jej stronę, jakbym właśnie coś analizował, chociaż w rzeczywistości analizowałem wyłącznie fakt, że siedziała naprzeciwko mnie i patrzyła dokładnie tak, jak patrzyła. Powoli, bez pośpiechu, z tą uwagą, która była lepsza niż jakiekolwiek komentarze.
Uśmiechnąłem się, słysząc jej słowa. Owszem, opowieści miały swój urok - historie, pieczęcie, runy, całe to moje życie zapisane na skórze jak księga, którą ktoś wreszcie chciał czytać uważnie, tylko że ja w tym i jakimkolwiek innym momencie zdecydowanie wolałem metody mniej akademickie.
- Bszmi jak plan długotelminowy. - Przesunąłem palcami po własnym przedramieniu, po jednej z linii tuszu, leniwie, bez pośpiechu, dając jej dokładnie tyle czasu, ile chciała na patrzenie. - Balso długoterminowy. To mose chwilę potlwaś, wiesz. Nie spieszyłbym się na twoim miejscu. - Oparłem się mocniej o brzeg wanny, rozkładając ręce tak, żeby ani na moment nie utrudniać jej widoku. - Opowiadaś… - Odezwałem się, nisko, z tym spokojem, który był czystą prowokacją. - Jasne. Mogę opowiadaś godzinami. Zawsze byłem w tym niezły. - Pokręciłem lekko głową, jakbym sam siebie o czymś upominał, ale w moich oczach nie było ani krzty skruchy. Woda poruszyła się leniwie, piana osiadła niżej na mojej skórze, odsłaniając dokładnie to, co i tak już studiowała. - Tyle sze te znaki nie były plojektowane s myślą o analizie s daleka. - Uniosłem dłoń, jakbym miał coś zademonstrować, ale zamiast tego pozwoliłem jej zawisnąć w powietrzu między nami, sugestywnie, jednoznacznie. - Lepiej działają, kiedy ktoś splawdza je empilycznie. Palcami. Oddechem. - Doprecyzowałem z leniwym uśmiechem. - Opuszki mają znacznie lepszą skuteczność w czytaniu symboliki lytualnej nisz oczy. - Oparłem się znów wygodniej, ale moje spojrzenie ani na moment nie straciło intensywności, przeciwnie, było w nim coś prowokującego, pewnego siebie. - A zęby - dodałem spokojnie, niemal mimochodem - potlafią wyciągnąś s ludzi plawdę szybciej nisz jakiekolwiek pytania. - Piana falowała cicho między nami, Londyn świecił za oknem, a ja miałem absolutną pewność, że piętnaście lat da się nadrobić. Metodycznie. Bardzo dokładnie.
Uśmiech sam wpełzł mi na twarz, zanim jeszcze zdążyłem coś powiedzieć, ten cichy śmiech, który z niej uciekł, trafił dokładnie tam, gdzie powinien. Oparłem łokcie szerzej o brzegi wanny, nie próbując już nawet ratować resztek godności klątwołamacza z renomą, już wiedziałem, że nie odzyskam ani godności, ani tej konkretnej truskawki. Wzruszyłem ramionami, pozwalając sobie na ten ruch, na spokojne, niespieszne lustrowanie jej twarzy, ramion, tego, jak zanurzała się w wodzie obok mnie.
- Widzisz. - Powiedziałem spokojnie, z tym tonem fałszywego profesjonalizmu, który zwykle wyciągałem przy katastrofach mniejszego kalibru. - To była demonstlacja balso zaawansowanej techniki. Losplaszanie uwagi obselwatola. - Zerknąłem w dół na rozpuszczającą się powłokę truskawki, która przyklejała mi się do skóry w sposób zdecydowanie bardziej intymny, niż planowałem. Świadomie przeciągnąłem więc dłonią po przedramieniu, leniwie, jakbym nigdzie się nie spieszył i naprawdę nie chciał być w żadnym innym miejscu, rozmazując resztki czekolady jeszcze bardziej, celowo, trochę bezwstydnie, bo spojrzenie, którym obdarzała mnie moja małżonka, było zbyt wyraźne, żeby je ignorować.
Oparłem się wygodniej, pozwalając, żeby piana przesunęła się leniwie po mojej klatce piersiowej. Sięgnąłem po kolejną truskawkę, obracając ją w palcach, demonstracyjnie wolno, jakbym dawał Prudence czas na analizę toru lotu, intencji i ewentualnych konsekwencji tego, co bez wątpienia chodziło mi po głowie, zanim uniosłem rękę i bez ostrzeżenia rzuciłem owocem w jej stronę, ruchem szybkim, pewnym, wytrenowanym przez lata robienia rzeczy, które wymagały refleksu. Nie celowałem w twarz, nie byłem samobójcą, raczej w przestrzeń tuż pomiędzy jej piersiami, na granicy między prowokacją a zabawą.
- A to - dodałem już po fakcie, opierając się wygodniej i mrużąc oczy z rozbawieniem - było czysto osobiste. - Uśmiechnąłem się krzywo, zaczepnie, tym razem nie chodziło o popis, chodziło o reakcję.
Woda znów się poruszyła, piana rozstąpiła, a ja parsknąłem cicho, wyraźnie zadowolony z siebie, niezależnie od rezultatu.
- Widzisz - kontynuowałem, pochylając się nieco do przodu - to jest dokładnie ten moment, w któlym nolmalni ludzie mówią, sze wanna słuszy do kąpieli. A ja mam powaszne wątpliwości, czy my nie malnujemy jej potencjału. - Przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy, potem niżej, zupełnie nieskrycie, fakt, że była moją żoną od kilku godzin, dawał mi pełne prawo do tej bezczelności.
af ◉◉◉◉○ na rzut
Rzut PO 1d100 - 30
Akcja nieudana
Akcja nieudana
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)