Czy Stanley był takim geniuszem zbrodni czy może poszło mu tak tragicznie, że Stella postanowiła się nad nim zlitować? Nie miał pojęcia ale podobał mu się taki obrót spraw. A przynajmniej miał takie wrażenie w tym momencie. Jutro zapewne kac będzie go męczył niemiłosiernie i jedyne o czym będzie marzył to cisza i spokój. Pewnie będzie też żałował tego, że Avery nie zabiła go dzień wcześniej skoro i tak będzie cierpiał takie katusze.
- Nie wiem.. - pociągnął nosem, a następnie przetarł oczy - Może trochę.. - poczuł, że powoli zaczyna brakować mu sił. Złapał rękoma za krawat i ku własnemu zdziwieniu wyszedł z tego pojedynku zwycięsko. Udało mu się go zdjąć i teraz siedział wpatrując się w niego.
Złapał jedną rękę Stelli, a następnie położył jej na dłoniach swój krawat i pokiwał głową. Zapomniał niestety, że może i siedzi teraz na podłodze, jednak za nim jest szafka, a nie sofa. Nie było innej opcji jak zarycie głową - Szkkk… - wydał stłumiony dźwięk z siebie i złapał się w bolące miejsce jakby to miało cokolwiek pomóc.
- Nie chciałem… - powiedział opuszczając swoją głowę na ramię Stelli. Było mu już wszystko obojętne, więc postawił wszystko na jedną kartę - Ani… Dzisiaj… Ani wtedy… - zaczął się tłumaczyć - Ty myśli… Hhhik… że wolałem pracę zamiast się… Hhhik-k.. spotkać? - zapytał. Mogło to tak wyglądać, jednak w służbie ministerstwu nie ma tak prosto. Kto ma pilnować aby w świecie czarodziejów nie szerzyło się bezprawie jak nie BUM z Aurorami? Gdyby ot tak mogli sobie powiedzieć, że nie zrobią tego albo tamtego, na ulicach byłby jeden wielki harmider - Możemy tak chwilę posiedzieć? - zapytał jej o zgodę. Może trochę po fakcie ale lepiej późno niż wcale.
- Wiesz co Stella? - spojrzał na dziewczynę i przez chwilę się zastanawiał co mógłby powiedzieć. Przez jego twarz przebrnął impuls szczęścia, ponieważ Stanley uśmiechnął się od ucha do ucha - Jestem pijany, wiesz? - upewnił się, że miała o tym pojęcia. Jeszcze by doszło tego, że nie wiedziałaby o tym. W takim wypadku myślałaby, że jest taki na co dzień, a prawda była taka, że nie jest. Jest dużo bardziej skrytym i cichym brygadzistą, niezdolnym do takich akcji.
Po krótkiej chwili zabrał swoją rękę z głowy i parsknął śmiechem - Głupie to, wiesz? - spojrzał na podłogę w kierunku swoich butów i zamknął powieki - Nie dał.. Hhkikk.. odważyłbym się przyjść tu na trzeźwo…
Poczuł się senny. Jeszcze tylko kilka chwil, a stanie się bezbronny niczym owieczka i odda się w objęcia Morfeusza… Albo kostuchy jeżeli Stella postanowi go zamordować za to co dzisiaj zrobił… Z drugiej strony ze Stanleya też nie była żadna owieczka, a baran… I to w dodatku wielki i głupi.
- Nie spotkamy się już więcej - stwierdził dalej leżąc na jej ramieniu, które co by nie mówić było bardzo wygodne. Najwygodniejsza z rzeczy na których dzisiaj próbował usnąć. Jeżeli miałby przeprowadzić ranking to bez konkurencyjnie ramię Stelli byłoby na pierwszym miejscu - Masz mnie pewnie dość… I jeszcze zrobiłem ci problem - mamrotał coś. Nie do końca wiedząc czy kierował te słowa do siebie czy może jednak do panny Avery.
- Pozwól mi się tu przespać.. - wskazał na podłogę - Rano pójdę… I zniknę… - pomlaskał ustami jakby chciał je lekko nawilżyć - Zanim wstaniesz to mnie już nie będzie… - skończył mówić.
Przez dłuższą chwilę się nie odzywał i nie było to spowodowane tym, że zbiera myśli. Jak w dwóch poprzednich przypadkach kiedy udało mu się przezwyciężyć sen, tak teraz przegrał. Ten dzień był dla niego i tak już za długi. Na całe szczęście ciężar swojego ciała oparł na szafce zamiast na Stelli.
Kilka minut później nie dawał żadnego znaku życia po za lekkim podchrapywaniem.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972