27.12.2025, 01:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.12.2025, 02:39 przez Benjy Fenwick.)
Las oddał nas bestii dokładnie w tym momencie, w którym polana otworzyła się przed nami w pełni, nie było już półcieni ani niedomówień, przestrzeń nagle zrobiła się zbyt szeroka, zbyt odsłonięta, a powietrze ciężkie od napięcia, jakby ktoś rozciągnął je do granic naturalności. Nie było czasu na interpretacje ani na ostatnie korekty planu. W jednej chwili cisza jeszcze istniała, w następnej została rozdarta.
Nie było wątpliwości, komu przypadła gorsza pozycja startowa, chociaż z perspektywy tak nieprzewidywalnego starcia o niczym to jeszcze nie świadczyło, wilkołaki poza pełnią były tym groźniejsze, im bardziej nieschematyczne, nieprzewidywalne w tym, co nimi kierowało. Geraldine stanęła odrobinę bliżej krawędzi łąki, tam gdzie trawa była bardziej śliska, a ziemia nierówna. Nie dlatego, że popełniła błąd, była na to zdecydowanie zbyt doświadczona - po prostu polana ułożyła się przeciwko niej, ziemia pod jej stopami była minimalnie niżej, bardziej nierówna, a zroszona trawa, gęstsza w tym miejscu, mogła łatwiej posłać ją w dół. W dodatku w miejscu, w którym stanęła, było więcej bliżej nieznanych mi pnączy, sięgających jej do kostek, jakby sama przestrzeń chciała ją przytrzymać na ułamek sekundy dłużej. Zauważyłem to w tej samej chwili, w której wszystko ruszyło.
Wilkołak nie czekał. Był tu, jego ciężki oddech niemal od razu buchnął nam w twarze, ciepły, metaliczny, przesycony zapachem krwi, której jeszcze nie było, ale którą ewidentnie planował rozlać tej nocy. Z drugiej strony lasu wypadła sylwetka, ciężka i szybka jednocześnie, deformująca się jeszcze w ruchu. To nie była pełna przemiana, nie do końca, to była forma pośrednia, rozciągnięta, brutalna, jakby jego cielsko nie zdążyło zdecydować, czym dokładnie chciało być, zanim instynkt przejął stery. Nie było ostrzeżenia, ani pół sekundy na reakcję, żadnego krążenia, ryk rozdarł polanę dokładnie w tej samej chwili, w której potwór ruszył do przodu. Dźwięk zarezonował, niosąc się echem dalej w las, jak sygnał, był brutalny, gardłowy, dominujący. Polana oddała warkot gdzieś dalej, głośniej, zdradzając nas wszystkiemu, co mogło słuchać.
Wyszedł frontalnie, bez gry w cienie, bez kolejnego okrążenia, jakby uznał, że teatr już się skończył. Był wielki, silny i szybki, nawet z odległości widziałem napięcie jego potężnych, rozbudowanych, rozrośniętych mięśni. Nie pienił śliny z paszczy, nie drżał bardziej, niż nakazywałaby to jego niedokończona przemiana, na chwilę wstrzymywana, chociaż nadal trwająca - nie była to pełna dzika furia, raczej kontrolowana wściekłość trzymana na krótkiej smyczy, co gorsza, świadoma, maskowana skupieniem. Ten ułamek sekundy, który zwykle dzielił decyzję od działania, u niego nie istniał, był tylko impuls i siła. To nie był szał, to była decyzja drapieżnika, który rozpoznawał zagrożenie i postanawiał je zignorować tylko na tyle, na ile musiał.
Nie było ani krzty wątpliwości, że widział srebro, był świadomy obecności czegoś, co mogło go skrzywdzić, i tym samym naszej gotowości do walki. I nawet jeśli raczej nie dostrzegł wszystkiego, co mieliśmy, moja główna broń, którą trzymałem w ręce, z pewnością mu nie umknęła - tak, skupił się na mnie, nie na ostrzu w dłoni Geraldine, nie na jej sylwetce, tylko na mnie. Wybrał jedno źródło i uznał je za istotne, coś w obecności metalu w mojej dłoni musiało go drażnić, bo napięcie w jego ciele było wyczuwalne nawet z tej odległości. Poczułem to ułamek sekundy za późno, a jednocześnie dokładnie wtedy, kiedy należało - to dziwne uczucie, kiedy instynkt i świadomość spotykają się zarówno w punkcie ostrzeżenia, jak i w punkcie działania. To było jak krótkie spięcie w powietrzu, moment, w którym jego uwaga zahaczyła o mój pas, o ciężar ostrza, o zapach, którego nie powinno tu być. Nie widział wszystkiego, co ze sobą mieliśmy, ale widział wystarczająco dużo, żeby uznać mnie za zagrożenie. Czułem to w sposobie, w jaki spojrzenie bestii przesunęło się po mnie szybciej, ostrzej, niż po mojej partnerce, jakby coś we mnie fizycznie go ukłuło. Nie cofnął się jednak, wręcz przeciwnie, jego mięśnie napięły się pod skórą, ruchy stały się bardziej zwarte, bardziej oszczędne. Wściekłość była tam, głęboko, ale trzymana na wodzy. Kontrola, miał kontrolę, to był najgorszy możliwy wariant.
Zszedł nisko, w ostatniej chwili, niemal ślizgiem po mokrej trawie, atakując dolną linią, ale jego prawdziwa intencja była wyżej - gardło, barki, głowa - brutalny, pełnoskalowy atak, bez feintów, bez mylenia tropów. Chciał mnie złamać jednym uderzeniem i zostać blisko, przejąć przestrzeń, odebrać mi oddech i tempo. Nie korzystał z terenu, nie odbijał się od pni, nie potrzebował tego, to była czysta fizyka, olbrzymia masa w ruchu, średni dystans skrócony do niczego w jednym, brutalnym impulsie. Widziałem błysk w oczach bestii, moment, w którym zdecydowała się nie ryzykować gry, tylko iść na całość. Zderzenie przyszło szybko, zbyt szybko, by myśleć, co gorsza, wcale nie wymierzone w tę połowę ciała, w którą można byłoby je przewidywać - nie chciał mnie przewrócić, celował prosto w moją szyję i głowę. Zareagowałem instynktownie, opuszczając środek ciężkości i wchodząc w ruch, który znałem na pamięć - srebro w mojej dłoni poruszyło się, ciężkie, realne, wycelowałem je w niego, starając się zablokować uderzenie jego łapy.
Las znowu odpowiedział, gdzieś dalej coś poruszyło się gwałtownie, ptaki poderwały się z noclegowisk, trzask gałęzi przeszedł falą przez ciemność. To nie była tylko nasza walka, coś głębiej w ciemności obudziło się na ten dźwięk, polana przestała być neutralna, a ja miałem dokładnie tyle czasu, ile trwał jeden skurcz serca, żeby zareagować. W kolejnej sekundzie poczułem, jak powietrze rozrywa się przy mojej szyi, potwór przejechał pazurem po samej granicy tego, co jeszcze znajdowało się pomiędzy nami.
af ◉◉◉◉○ - odparcie ataku
Ruch wyprzedził myśl - srebro w mojej dłoni błysnęło krótko, a ręka poszła w górę, blokując impet zanim zdążył mnie zmiażdżyć. Uderzenie było potężne, wstrząsnęło mną aż po kręgosłup, ale wytrzymałem, zablokowałem atak. Ziemia pod moimi stopami rozjechała się, śliska trawa nie wytrzymała nacisku, ale nie straciłem równowagi. Czułem jego ciężar, zapach sierści i krwi, czułem napięcie mięśni, które nie były jeszcze w pełni wilkołacze, ale już dawno przestały być ludzkie. Przez ułamek sekundy byliśmy tak blisko, że widziałem odbicie polany w jego oczach.
Nie było wątpliwości, komu przypadła gorsza pozycja startowa, chociaż z perspektywy tak nieprzewidywalnego starcia o niczym to jeszcze nie świadczyło, wilkołaki poza pełnią były tym groźniejsze, im bardziej nieschematyczne, nieprzewidywalne w tym, co nimi kierowało. Geraldine stanęła odrobinę bliżej krawędzi łąki, tam gdzie trawa była bardziej śliska, a ziemia nierówna. Nie dlatego, że popełniła błąd, była na to zdecydowanie zbyt doświadczona - po prostu polana ułożyła się przeciwko niej, ziemia pod jej stopami była minimalnie niżej, bardziej nierówna, a zroszona trawa, gęstsza w tym miejscu, mogła łatwiej posłać ją w dół. W dodatku w miejscu, w którym stanęła, było więcej bliżej nieznanych mi pnączy, sięgających jej do kostek, jakby sama przestrzeń chciała ją przytrzymać na ułamek sekundy dłużej. Zauważyłem to w tej samej chwili, w której wszystko ruszyło.
Wilkołak nie czekał. Był tu, jego ciężki oddech niemal od razu buchnął nam w twarze, ciepły, metaliczny, przesycony zapachem krwi, której jeszcze nie było, ale którą ewidentnie planował rozlać tej nocy. Z drugiej strony lasu wypadła sylwetka, ciężka i szybka jednocześnie, deformująca się jeszcze w ruchu. To nie była pełna przemiana, nie do końca, to była forma pośrednia, rozciągnięta, brutalna, jakby jego cielsko nie zdążyło zdecydować, czym dokładnie chciało być, zanim instynkt przejął stery. Nie było ostrzeżenia, ani pół sekundy na reakcję, żadnego krążenia, ryk rozdarł polanę dokładnie w tej samej chwili, w której potwór ruszył do przodu. Dźwięk zarezonował, niosąc się echem dalej w las, jak sygnał, był brutalny, gardłowy, dominujący. Polana oddała warkot gdzieś dalej, głośniej, zdradzając nas wszystkiemu, co mogło słuchać.
Wyszedł frontalnie, bez gry w cienie, bez kolejnego okrążenia, jakby uznał, że teatr już się skończył. Był wielki, silny i szybki, nawet z odległości widziałem napięcie jego potężnych, rozbudowanych, rozrośniętych mięśni. Nie pienił śliny z paszczy, nie drżał bardziej, niż nakazywałaby to jego niedokończona przemiana, na chwilę wstrzymywana, chociaż nadal trwająca - nie była to pełna dzika furia, raczej kontrolowana wściekłość trzymana na krótkiej smyczy, co gorsza, świadoma, maskowana skupieniem. Ten ułamek sekundy, który zwykle dzielił decyzję od działania, u niego nie istniał, był tylko impuls i siła. To nie był szał, to była decyzja drapieżnika, który rozpoznawał zagrożenie i postanawiał je zignorować tylko na tyle, na ile musiał.
Nie było ani krzty wątpliwości, że widział srebro, był świadomy obecności czegoś, co mogło go skrzywdzić, i tym samym naszej gotowości do walki. I nawet jeśli raczej nie dostrzegł wszystkiego, co mieliśmy, moja główna broń, którą trzymałem w ręce, z pewnością mu nie umknęła - tak, skupił się na mnie, nie na ostrzu w dłoni Geraldine, nie na jej sylwetce, tylko na mnie. Wybrał jedno źródło i uznał je za istotne, coś w obecności metalu w mojej dłoni musiało go drażnić, bo napięcie w jego ciele było wyczuwalne nawet z tej odległości. Poczułem to ułamek sekundy za późno, a jednocześnie dokładnie wtedy, kiedy należało - to dziwne uczucie, kiedy instynkt i świadomość spotykają się zarówno w punkcie ostrzeżenia, jak i w punkcie działania. To było jak krótkie spięcie w powietrzu, moment, w którym jego uwaga zahaczyła o mój pas, o ciężar ostrza, o zapach, którego nie powinno tu być. Nie widział wszystkiego, co ze sobą mieliśmy, ale widział wystarczająco dużo, żeby uznać mnie za zagrożenie. Czułem to w sposobie, w jaki spojrzenie bestii przesunęło się po mnie szybciej, ostrzej, niż po mojej partnerce, jakby coś we mnie fizycznie go ukłuło. Nie cofnął się jednak, wręcz przeciwnie, jego mięśnie napięły się pod skórą, ruchy stały się bardziej zwarte, bardziej oszczędne. Wściekłość była tam, głęboko, ale trzymana na wodzy. Kontrola, miał kontrolę, to był najgorszy możliwy wariant.
Zszedł nisko, w ostatniej chwili, niemal ślizgiem po mokrej trawie, atakując dolną linią, ale jego prawdziwa intencja była wyżej - gardło, barki, głowa - brutalny, pełnoskalowy atak, bez feintów, bez mylenia tropów. Chciał mnie złamać jednym uderzeniem i zostać blisko, przejąć przestrzeń, odebrać mi oddech i tempo. Nie korzystał z terenu, nie odbijał się od pni, nie potrzebował tego, to była czysta fizyka, olbrzymia masa w ruchu, średni dystans skrócony do niczego w jednym, brutalnym impulsie. Widziałem błysk w oczach bestii, moment, w którym zdecydowała się nie ryzykować gry, tylko iść na całość. Zderzenie przyszło szybko, zbyt szybko, by myśleć, co gorsza, wcale nie wymierzone w tę połowę ciała, w którą można byłoby je przewidywać - nie chciał mnie przewrócić, celował prosto w moją szyję i głowę. Zareagowałem instynktownie, opuszczając środek ciężkości i wchodząc w ruch, który znałem na pamięć - srebro w mojej dłoni poruszyło się, ciężkie, realne, wycelowałem je w niego, starając się zablokować uderzenie jego łapy.
Las znowu odpowiedział, gdzieś dalej coś poruszyło się gwałtownie, ptaki poderwały się z noclegowisk, trzask gałęzi przeszedł falą przez ciemność. To nie była tylko nasza walka, coś głębiej w ciemności obudziło się na ten dźwięk, polana przestała być neutralna, a ja miałem dokładnie tyle czasu, ile trwał jeden skurcz serca, żeby zareagować. W kolejnej sekundzie poczułem, jak powietrze rozrywa się przy mojej szyi, potwór przejechał pazurem po samej granicy tego, co jeszcze znajdowało się pomiędzy nami.
af ◉◉◉◉○ - odparcie ataku
Rzut PO 1d100 - 97
Sukces!
Sukces!
Rzut PO 1d100 - 8
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Ruch wyprzedził myśl - srebro w mojej dłoni błysnęło krótko, a ręka poszła w górę, blokując impet zanim zdążył mnie zmiażdżyć. Uderzenie było potężne, wstrząsnęło mną aż po kręgosłup, ale wytrzymałem, zablokowałem atak. Ziemia pod moimi stopami rozjechała się, śliska trawa nie wytrzymała nacisku, ale nie straciłem równowagi. Czułem jego ciężar, zapach sierści i krwi, czułem napięcie mięśni, które nie były jeszcze w pełni wilkołacze, ale już dawno przestały być ludzkie. Przez ułamek sekundy byliśmy tak blisko, że widziałem odbicie polany w jego oczach.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)
Spoiler