28.12.2025, 00:25 ✶
Posłał Guinevere pełne ulgi i wdzięczności spojrzenie. Młode dziewczęta najwyraźniej nie zmieniły się ani na jotę od kiedy sam był w podobnym wieku - a Lazarus, mimo upływu lat, nie nabrał wcale pojęcia, jak sobie z nimi radzić. Dwie młodsze panny Binns umillkły, nieco rozczarowane, ale niespeszone. Kolacja dobiegła końca i jedna ze starszych sióstr zagoniła je do pomocy przy sprzątaniu ze stołu.
- Jedzenie? - mruknął z nadzieją Burek i podążył za nimi do kuchni.
- Pokażę panu pokój - powiedziała ostatnia z dziewcząt. Lazarus skinął głową i dał się poprowadzić w głąb domu.
Pokój był niewielki i znajdował się za kuchnią - być może była to dawna służbówka. Teraz stało tam łóżko, szafa, krzesło i niewielkie biureczko - i to wyposażenie zajmowało niemal całą dostępną przestrzeń. Dziewczyna wskazała jeszcze czarodziejowi malutką łazienkę znajdującą się po sąsiedzku i zostawiła go samego. Nie pozostało mu nic więcej, jak przygotować się do snu.
Lazarus nie spodziewał się szczególnie dobrze wyspać w obcym miejscu. Nieprzespane noce nie były dla niego niczym niezwykłym, czy to z powodu zażywanych eliksirów leczniczych, czy jego własnego niespokojnego umysłu. Słuchał więc szeleszczącego za oknem deszczu i cichych odgłosów pracującej konstrukcji domu. Martwił się swoim jutrzejszym przybyciem do pracy. Przelotnie zastanowił się, czy Guinevere faktycznie jest wygodnie na fotelu przed kominkiem w kociej postaci. Trochę mniej przelotnie rozważył logistykę bycia animagiem.
Absolutnie nie wypadało pytać, ale…
Ptaki śpiewały iście sielankowo tuż poza namiotem. Poranny chłód kąsał, ale nie było to nic, z czym nie poradziłyby sobie celne zaklęcie i kubek gorącej kawy. Nie słyszał obozowej krzątaniny. Dziwne, o tej porze powinna już…
Lazarus otworzył gwałtownie oczy. Wspomnienia z poprzedniego wieczoru powróciły i przegnały poranną senność skuteczniej nawet, niż dotyk mokrej i zimnej pościeli. Wyskoczył - a właściwie przetoczył się niezgrabnie i prawie wypadł - z łóżka, chwycił różdżkę i rozejrzał się dookoła.
Po przytulnych wnętrzach nie było ani śladu. Nędzne resztki dachu nad głową, bardziej dziurawe, niż czarodziejskie prawo karne, nie zapewniały żadnej ochrony przed padającym w nocy deszczem. Miejsce, gdzie spał, absolutnie nie wyglądało zapraszająco. W pokoju brakowało drzwi, a w rogu spomiędzy klepek podłogi wyrastało całkiem pokaźne już drzewko dębowe.
I wciąż ta pobudka nie znajdowała się w pierwszej piątce, jeżeli chodzi o najgorsze przebudzenia Lazarusa Lovegooda.
Omiótł pomieszczenie Rozproszeniem właściwie odruchowo. Magia - owszem, jakieś słabe pozostałości, ale nie czarna magia. Nic, co mogłoby mu zagrażać w tej chwili, choć na wspomnienie pana Binnsa, jego córek i psa, poczuł się nieco nieswojo.
- Fascynujące - mruknął do siebie.
I wtedy przypomniał sobie o Guinevere McGonagall.
Nie mógł wykluczyć, że również należała do - iluzji? duchów? artefaktów spowodowanych magiczną burzą? Tym razem przynajmniej mógł być pewien - no dobrze, prawie pewien - że nic, co zobaczył wczoraj, nie było urojeniem ani polekową halucynacją.
Starając się stąpać jak najciszej, ruszył w stronę, gdzie wczoraj znajdował się salon.
- Jedzenie? - mruknął z nadzieją Burek i podążył za nimi do kuchni.
- Pokażę panu pokój - powiedziała ostatnia z dziewcząt. Lazarus skinął głową i dał się poprowadzić w głąb domu.
Pokój był niewielki i znajdował się za kuchnią - być może była to dawna służbówka. Teraz stało tam łóżko, szafa, krzesło i niewielkie biureczko - i to wyposażenie zajmowało niemal całą dostępną przestrzeń. Dziewczyna wskazała jeszcze czarodziejowi malutką łazienkę znajdującą się po sąsiedzku i zostawiła go samego. Nie pozostało mu nic więcej, jak przygotować się do snu.
Lazarus nie spodziewał się szczególnie dobrze wyspać w obcym miejscu. Nieprzespane noce nie były dla niego niczym niezwykłym, czy to z powodu zażywanych eliksirów leczniczych, czy jego własnego niespokojnego umysłu. Słuchał więc szeleszczącego za oknem deszczu i cichych odgłosów pracującej konstrukcji domu. Martwił się swoim jutrzejszym przybyciem do pracy. Przelotnie zastanowił się, czy Guinevere faktycznie jest wygodnie na fotelu przed kominkiem w kociej postaci. Trochę mniej przelotnie rozważył logistykę bycia animagiem.
Absolutnie nie wypadało pytać, ale…
...ciekawe, jak…
...jak...
Ptaki śpiewały iście sielankowo tuż poza namiotem. Poranny chłód kąsał, ale nie było to nic, z czym nie poradziłyby sobie celne zaklęcie i kubek gorącej kawy. Nie słyszał obozowej krzątaniny. Dziwne, o tej porze powinna już…
Lazarus otworzył gwałtownie oczy. Wspomnienia z poprzedniego wieczoru powróciły i przegnały poranną senność skuteczniej nawet, niż dotyk mokrej i zimnej pościeli. Wyskoczył - a właściwie przetoczył się niezgrabnie i prawie wypadł - z łóżka, chwycił różdżkę i rozejrzał się dookoła.
Po przytulnych wnętrzach nie było ani śladu. Nędzne resztki dachu nad głową, bardziej dziurawe, niż czarodziejskie prawo karne, nie zapewniały żadnej ochrony przed padającym w nocy deszczem. Miejsce, gdzie spał, absolutnie nie wyglądało zapraszająco. W pokoju brakowało drzwi, a w rogu spomiędzy klepek podłogi wyrastało całkiem pokaźne już drzewko dębowe.
I wciąż ta pobudka nie znajdowała się w pierwszej piątce, jeżeli chodzi o najgorsze przebudzenia Lazarusa Lovegooda.
Omiótł pomieszczenie Rozproszeniem właściwie odruchowo. Magia - owszem, jakieś słabe pozostałości, ale nie czarna magia. Nic, co mogłoby mu zagrażać w tej chwili, choć na wspomnienie pana Binnsa, jego córek i psa, poczuł się nieco nieswojo.
- Fascynujące - mruknął do siebie.
I wtedy przypomniał sobie o Guinevere McGonagall.
Nie mógł wykluczyć, że również należała do - iluzji? duchów? artefaktów spowodowanych magiczną burzą? Tym razem przynajmniej mógł być pewien - no dobrze, prawie pewien - że nic, co zobaczył wczoraj, nie było urojeniem ani polekową halucynacją.
Starając się stąpać jak najciszej, ruszył w stronę, gdzie wczoraj znajdował się salon.