28.12.2025, 03:59 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.12.2025, 04:14 przez Albert Rookwood.)
Potwierdza swoją tożsamość, wchodzi na salę wraz z Elliottem Malfoyem i czeka na aukcję.
Z trudem balansowała mentolowego papierosa na cygarniczce, karmazynowym paznokciem niezgrabnie odchylając ciężką, złotą maskę, której usta okazały się zbyt wąskie, aby była w stanie przez nie palić. W wolnej dłoni wciąż ściskała podarowaną jej fiolkę eliksiru - wiedziała, że łykanie obcych płynów w obecnej sytuacji to zdecydowanie nie jest dobry pomysł, ale nie mogła tak po prostu się z nią rozstać. Ledwo udało jej się oderwać wzrok od stołu z drinkami, gdy Malfoy zdecydowanie poprowadził ją w kierunku sceny.
Z bladym uśmiechem pociągnęła wzrokiem po sali. Każda z tych martwych masek mogła skrywać za sobą dobrze znaną jej twarz; wszakże byli tutaj tylko czystokrwiści, sama śmietanka tego kazirodczego grajdołka. Coraz wyraźniej czuła, jak ściska ją w klatce. Jak pali. Zgaga? Już teraz? Zdusiła suchy kaszel, skupiając się na przemawiającym Lestrange, którego frazesy okazały się znacznie mniej wprawne, niżby się spodziewała. "Organizowanie balu może dla niektórych z was wydawać się lekko niestosowne" - zachichotała trochę zbyt głośno, niż lza, i posłała znaczące spojrzenie Elliottowi.
- Dobrze... - Urwała nagle; tembr jej własnego szeptu ledwo zdążył wybrzmieć. Zapomniała, naprawdę zapomniała, że tak brzmi. Nie spodziewała się też, że wysoki, delikatny głos aż tak będzie ginąć w hałasie. Odruchowo dotknęła złotej muszli swojego naszyjnika, jakby musiała upewnić się, że wciąż tam jest. - Że przypominają, co powinniśmy o tym balu myśleć.
Malfoy uprzejmie zapytał o jej gusta dotyczące licytowanych przedmiotów. Uśmiechnęła się z przekąsem pod maską, zastanawiając się, czy kanclerz tylko zapomniał, że ostatnio przejebała wszystkie swoje pieniądze na sloty, czy faktycznie była to zawoalowana uszczypliwość. Raz jeszcze pociągnęła mentolowy dym.
- Oh, tak. Oczywiście, licytacja brzmi niesamowicie ekscytująco. Szampańsko wręcz - przytaknęła entuzjastycznie. - Na pewno będę wypatrywać Cohiba Lanceros. W tym jebanym pożarze spaliło mi wszystkie cygara, zostały tylko takie obskrobane puszki z tytoniem. Kilkanaście tysięcy funtów poszło z dymem a mnie nawet tam nie było, żeby go kurwa wdychać.
Westchnęła, starając się uspokoić gniew. Nie mogła teraz myśleć o stratach, przecież była w towarzystwie. Powinna być pewna siebie i optymistyczna. Poprawiła swoje długie, ciemne włosy i raz jeszcze upewniła się, że gorset wieczorowej sukni dobrze leży na jej biodrach. Ciągle miała wrażenie, że w okolicy biustu coś jest nie tak, że coś wypełza jej bokiem.
- Malfoy, moje złotko, sreberko - zagadnęła cicho. - Powiedz mi - dobrze wyglądam?
No dalej, dalej, wymuskana buźko, z czołem jak po botoksie i z wyregulowanymi brwiami, nadszedł twój moment.
Z trudem balansowała mentolowego papierosa na cygarniczce, karmazynowym paznokciem niezgrabnie odchylając ciężką, złotą maskę, której usta okazały się zbyt wąskie, aby była w stanie przez nie palić. W wolnej dłoni wciąż ściskała podarowaną jej fiolkę eliksiru - wiedziała, że łykanie obcych płynów w obecnej sytuacji to zdecydowanie nie jest dobry pomysł, ale nie mogła tak po prostu się z nią rozstać. Ledwo udało jej się oderwać wzrok od stołu z drinkami, gdy Malfoy zdecydowanie poprowadził ją w kierunku sceny.
Z bladym uśmiechem pociągnęła wzrokiem po sali. Każda z tych martwych masek mogła skrywać za sobą dobrze znaną jej twarz; wszakże byli tutaj tylko czystokrwiści, sama śmietanka tego kazirodczego grajdołka. Coraz wyraźniej czuła, jak ściska ją w klatce. Jak pali. Zgaga? Już teraz? Zdusiła suchy kaszel, skupiając się na przemawiającym Lestrange, którego frazesy okazały się znacznie mniej wprawne, niżby się spodziewała. "Organizowanie balu może dla niektórych z was wydawać się lekko niestosowne" - zachichotała trochę zbyt głośno, niż lza, i posłała znaczące spojrzenie Elliottowi.
- Dobrze... - Urwała nagle; tembr jej własnego szeptu ledwo zdążył wybrzmieć. Zapomniała, naprawdę zapomniała, że tak brzmi. Nie spodziewała się też, że wysoki, delikatny głos aż tak będzie ginąć w hałasie. Odruchowo dotknęła złotej muszli swojego naszyjnika, jakby musiała upewnić się, że wciąż tam jest. - Że przypominają, co powinniśmy o tym balu myśleć.
Malfoy uprzejmie zapytał o jej gusta dotyczące licytowanych przedmiotów. Uśmiechnęła się z przekąsem pod maską, zastanawiając się, czy kanclerz tylko zapomniał, że ostatnio przejebała wszystkie swoje pieniądze na sloty, czy faktycznie była to zawoalowana uszczypliwość. Raz jeszcze pociągnęła mentolowy dym.
- Oh, tak. Oczywiście, licytacja brzmi niesamowicie ekscytująco. Szampańsko wręcz - przytaknęła entuzjastycznie. - Na pewno będę wypatrywać Cohiba Lanceros. W tym jebanym pożarze spaliło mi wszystkie cygara, zostały tylko takie obskrobane puszki z tytoniem. Kilkanaście tysięcy funtów poszło z dymem a mnie nawet tam nie było, żeby go kurwa wdychać.
Westchnęła, starając się uspokoić gniew. Nie mogła teraz myśleć o stratach, przecież była w towarzystwie. Powinna być pewna siebie i optymistyczna. Poprawiła swoje długie, ciemne włosy i raz jeszcze upewniła się, że gorset wieczorowej sukni dobrze leży na jej biodrach. Ciągle miała wrażenie, że w okolicy biustu coś jest nie tak, że coś wypełza jej bokiem.
- Malfoy, moje złotko, sreberko - zagadnęła cicho. - Powiedz mi - dobrze wyglądam?
No dalej, dalej, wymuskana buźko, z czołem jak po botoksie i z wyregulowanymi brwiami, nadszedł twój moment.