28.12.2025, 12:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.12.2025, 18:09 przez Lorien Mulciber.)
- A jeśli ktoś zapyta nas o nazwisko…
“Wtedy wezmę pierwszego lepszego skazańca z Azkabanu, który przyjdzie mi na myśl”- Pomyślała, a Aaron jak to Aaron najwyraźniej wyczytał z tego drżącego uśmieszku dokładnie to co wyczytać powinien, bo zaraz zarzucił swoją przestrogą.
- Osobistą zniewagę?- Powtórzyła rozbawiona, najwyraźniej za cel biorąc sobie, żeby aurora co najmniej podirytować. Zazdrośnik jeden..- No nie wiem, ja tam uważam, że wyglądam zupełnie jak szanowna Pani Dagienhardtio.
Odwróciła głowę. Było coś szalenie zabawnego, że nie musiała jej zadzierać, bo przykrywkę tym razem pan Moody wybrał szalenie… niską. A może ona była po prostu wysoka? Zmrużyła błękitne, jasne oczęta i odgarnęła blond grzywkę. Gdyby ze dwa miesiące wcześniej ktoś zapytał jej czy wie, że przyjmie oświadczyny aurora - wyśmiałaby. A jednak jakimś cudem wylądowała na środku placu w Dolinie Godryka w obcym ciele jakiejś bezimiennej baby. Westchnęła tylko, splatając ich palce razem.
I pomyśleć że wszystko zaczęło się dokładnie w chwili, w której nieopatrznie powiedziała, że zamierza sprzedać kamienicę. A nawet nie sprzedać, tylko wymienić, bo jeden z miejscowych agentów nieruchomości zaproponował za nią domek gdzieś na wsi pod Londynem.
“Jaki?” zapytał Aaron.
“Ładny. Taki pomalowany na biało.” odpowiedziała Lorien.
Zaraz jednak okazało się, że pan auror pytał niekoniecznie o kolor frontowych ścian, a o jakieś duperele typu stan instalacji wewnętrznych, sposób wykończenia, przepustowość kominów, wilgotność w pomieszczeniach piwnicznych i obecność pod posadzkami czegoś co się tajemniczo nazywało “czarna pleśń”. Czyli o całą masę zupełnie nieistotnych rzeczy, bo na jej oko domek był bardzo ładny i już sobie wyobraziła jak wytapetuje sypialnię. Na miejscu jednak okazało się, że posiadłość absolutnie nie spełnia wygórowanych wymagań pana Moody’ego… Nie do końca rozumiała co za problem wymienić spróchniałe schody i załatać parę dziur w dachu, a taki poltergeist na strychu to nawet nadawał domkowi duszy. Ale uważała za szalenie seksowne takie krzyczenie na agenta nieruchomości, że próbuje oszwabić biedną kobietę. Tak, to ona była tą biedną kobietą, więc tylko kiwała głową robiąc szalenie zbolałą minę. Kantować to my, nie nas.
Niestety wymagań nie spełniała też kolejna posiadłość. Ani następna. A kiedy w ostatniej przyczepił się do krzywej podłogi w kuchni (no może rzeczywiście po położeniu różdżki, ta się przeturlała na drugi koniec pomieszczenia) i stanu werandy (parę zbutwiałych desek czekających na ofiarę pod którą się złamią), to Lorien była blisko dokonania mordu. A przynajmniej rozpłakania się i zarzucenia, że robi to specjalnie i próbuje zniszczyć jej entuzjazm i pewnie wcale nie chce z nią mieszkać.
Ewentualna przeprowadzka do Doliny Godryka miała swoje plusy i minusy. Plusy były takie, że okolicę zamieszkiwała całkiem spora społeczność magiczna, łącznie z Longbottomami. Ciężko powiedzieć czy ich można było liczyć do rachunku, skoro większość i tak siedziała w Ministerstwie Magii na dodatkowych nadgodzinach, ale wystarczyła sama świadomość, że żyła tu oddana prawu rodzina. Minusy z kolei… Mugole. Dużo mugoli. To nie była Pokątna czy Horyzontalna. Albo chociaż Hogsmeade. Tu niemagiczni mieszkali całkiem tłumnie, co tworzyło całkiem sporo problemów, nie tylko tych czysto logistycznych jak swobodne używanie magii czy teleportacja. Tu bardziej chodziło o problemy natury… czysto poglądowej. Dlatego wczepiła się mocniej w ramię aurora, gdy na ich drodze pojawił się mugol w sutannie w dodatku w tej blaszanej puszce którą niemagiczni nazywali samochodem. Puszka się najwyraźniej rozkrzaczyła, co Lorien wprawiło w nieco lepszy nastrój.
Lorien zmarszczyła delikatnie brwi, w pierwszej chwili nie do końca rozumiejąc o co mugolowi chodzi. Niby coś gdzieś kiedyś czytała o wyznawanej przez niemagicznych religii, ale pani Mulciber nie szczególnie interesowała się nawet tą praktykowaną przez czarodziejów. Oczywiście na wszystkie sabaty chodziła, omijając jedynie nabożeństwa. Ktoś kiedyś powiedział, że religia jest opium dla ludu, co brzmiało jak całkiem sensowna teza.
Zrobiła krótką kalkulację w głowie: Czyli ten cały Jezus był ichnim zbawicielem. I panem. Co czyniło mugoli podległych jakiejś niematerialnej, imiennej sile. W dodatku był synem Boga. Zanotowane. Zamordowany? Już chciała zapytać czy przypadkiem pleban nie potrzebuje prawnika co by się sprawą ukrżyżowania tego calego ich proroka zajął, ale się powstrzymała.
Zmarszczyła brwi na słowo “parafianie”. To brzmiało jak coś co mówiliby w kowenie, zaraz podsuwając pod nos książeczkę czekową. To na ofiarę. To na kwiaty. To na sprzątanie sal. Jedno wielkie oszustwo. Ten tutaj pewnie nie był wcale lepszy. W dodatku jakieś “zapowiedzi”. Nie była szlamą, żeby musieć się zapowiadać gdziekolwiek. Już miała powiedzieć, że może i jest panienką, ale niekoniecznie przenajświętszą, kiedy Moody zaczął mówić coś o jakiś łożyskach i alternatorach, zupełnie jakby rozwiązywał krzyżówkę. Spojrzała na niego z nieprzejednaną miną. Tylko tego brakowało, żeby utkwił przy metalowej puszce i przegapił moment na wzięcie eliksiru, którego porcję oboje mieli jeszcze schowane.
Żoną? O chwila moment. Do ślubu jeszcze nieprędko, jeszcze miała trochę czasu żeby się rozmyślić i wrócić z podkulonym ogonem i głową posypaną popiołem do babki Mulciber. Nie żeby planowała. To była dużo bardziej skomplikowana sprawa, którą na razie zrzuciła na barki przyszłej Lorien. Takiej już po wszystkich przysięgach i złożonych podpisach. Zaobrączkowanej na dobre.
Ale jakoś się stało, że to jedno słowo poprawiło jej humor na tyle, żeby teraz uśmiechnęła się do tutejszego plebana, wyciągając w typowym dla siebie nawyku wolną rękę do ucałowania. Ucałowana co prawda nie została (ciężko powiedzieć czy księdza bardziej zdziwiła jej wyciągnięta dłoń, czy Lorien - fakt, że mężczyzna nią dziarsko potrząsnął), ale zaraz zaczął się kłaniać i chwalić futerko, więc uśmiech stał się odrobinę bardziej szczery. Nawet jeśli do mugoli i mugolopochodnych odnosiła się ze stosowną rezerwą i lekką tylko niechęcią, to ten tutaj wydawał się niegroźny.
- Mógłbym wypożyczyć pani męża?
- Może go pan sobie nawet wziąć.- Odpowiedziała równie scenicznym szeptem, rozplątując palce z uścisku. Ułożyła dłonie na biodrach.- Kochanie, pomóż panu.
Lorien mogła nosić każdą twarz na świecie, ale uśmiech zawsze pozostawał jej - podobnie jak towarzyszące mu zmarszczenie noska i zmrużenie oczu. To była piękna zemsta za kręcenie nosem i znęcanie się nad biednymi agentami nieruchomości.
Nie czekała w sumie na reakcję Aarona, bo zaraz zza płotu wyskoczyła korpulentna gospodyni, która przysłuchiwała się całej rozmowie i zaczęła zapraszać ją na herbatę.
No dobrze... Może jedna herbatka u mugoli jej nie zabije...