28.12.2025, 18:31 ✶
– Nie sądzę, żebyś coś tam znalazła. Podejrzewam, że to mogły być kamienie z nieba, które zdobył dla niego jeden śmierciożerca – westchnęła Brenna, ale niestety: to były wszystkie informacje, jakie posiadała. Śledztwo, a właściwie oba śledztwa, i to w muzeum, i to dotyczące Dante oraz jego brata, którzy w jej wizji rozmawiali o kradzieży i wykorzystaniu kamieni, stanęły w martwym punkcie. – Wykopane w dodatku pierwotnie w pobliżu Stonehange, gdzie w sumie dochodziło już do naprawdę pojebanych rzeczy, ale nie wydaje mi się, żeby udało się ostatecznie dojść, jak i czy to wszystko się łączy. Chyba że w bibliotece kowenu mogliby mieć informacje, jak to coś rozświetlili…
Tak wiele niewiadomych, ślepych ścieżek. Tak niewiele autentycznych sukcesów. Czy w ogóle udało się im osiągnąć cokolwiek w ostatnich miesiącach poza jednym aresztowaniem? Mogli co najwyżej w paru sprawach pokrzyżować plany Voldemorta, wyrwać mu parę ofiar, artefakt, doprowadzić do jednego skazania, ale… to wszystko była prewencja. A ktoś, kto cały czas się bronił, kiedy druga strona wciąż atakowała, był skazany na porażkę w każdej walce: nie dało się sparować wszystkich ciosów, jeśli tobie nie wolno żadnego wyprowadzić.
– Hm… może chodzi o to… mogłabym przysiąc, że ich przybyło, ale może to inaczej wyglądać nocą. Czekaj, tak mi się zdaje, że to mniej więcej tutaj byłam… no już w sumie wczoraj rano – stwierdziła, zerkając na zegarek. Było już kilka minut po północy.
Brenna opuściła różdżkę, światło zgasło, a po chwili zamiast czarodziejki w bladym blasku zaklęcia Victorii i w tym rzucanym przez księżyc i gwiazdy po ścieżce krążyła ciemna wilczyca. Węszyła przy ziemi w okolicy rozarium, początkowo próbując złapać zapach: swój, może Dory, choć po tylu godzinach częściowo wywietrzały albo… sadzy. Kichnęła w pewnym momencie, bo w nozdrza wdzierała się woń mokrej ziemi, wdzierała się w nozdrza… zwykle róże chyba nie pachniały w ten sposób…
Zapachu nie złapała, za to zastrzygła w pewnym momencie uszami, gdy dobiegło ich jakby… bzyczenie. Zakręciła się w kółko, sygnalizując Victorii, że coś – jest – nie – tak. Albo właśnie bardzo tak. W końcu czegoś tu szukały, prawda?
Tak wiele niewiadomych, ślepych ścieżek. Tak niewiele autentycznych sukcesów. Czy w ogóle udało się im osiągnąć cokolwiek w ostatnich miesiącach poza jednym aresztowaniem? Mogli co najwyżej w paru sprawach pokrzyżować plany Voldemorta, wyrwać mu parę ofiar, artefakt, doprowadzić do jednego skazania, ale… to wszystko była prewencja. A ktoś, kto cały czas się bronił, kiedy druga strona wciąż atakowała, był skazany na porażkę w każdej walce: nie dało się sparować wszystkich ciosów, jeśli tobie nie wolno żadnego wyprowadzić.
– Hm… może chodzi o to… mogłabym przysiąc, że ich przybyło, ale może to inaczej wyglądać nocą. Czekaj, tak mi się zdaje, że to mniej więcej tutaj byłam… no już w sumie wczoraj rano – stwierdziła, zerkając na zegarek. Było już kilka minut po północy.
Brenna opuściła różdżkę, światło zgasło, a po chwili zamiast czarodziejki w bladym blasku zaklęcia Victorii i w tym rzucanym przez księżyc i gwiazdy po ścieżce krążyła ciemna wilczyca. Węszyła przy ziemi w okolicy rozarium, początkowo próbując złapać zapach: swój, może Dory, choć po tylu godzinach częściowo wywietrzały albo… sadzy. Kichnęła w pewnym momencie, bo w nozdrza wdzierała się woń mokrej ziemi, wdzierała się w nozdrza… zwykle róże chyba nie pachniały w ten sposób…
Zapachu nie złapała, za to zastrzygła w pewnym momencie uszami, gdy dobiegło ich jakby… bzyczenie. Zakręciła się w kółko, sygnalizując Victorii, że coś – jest – nie – tak. Albo właśnie bardzo tak. W końcu czegoś tu szukały, prawda?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.