Nie wydawało jej się szczególnie rozsądne pozostanie w tym domu, decyzja została podjęta dość szybko, jako, że potrzebowali swojego miejsca na ziemi. Wymagało to odrobiny gimnastyki, ale logistycznie wszystko zostało nie najgorzej przemyślane. Zresztą wolałaby jednak nie zostawać tutaj z Benjy'm bo w tym pokoju wyglądał trochę jakby wszedł do domku dla lalek. Nie dało się nie zauważyć, że miał problem z poruszaniem się w jego wnętrzu, cóż, to miejsce było przystosowane do kogoś od niego drobniejszego, dużo drobniejszego. Do tego pamiętała podejście ojca do jego osoby, niby próbował być neutralny, ale Prue ciężko było wyprzeć z pamięci te jego zaciśniętą szczękę, gdy spoglądał na Fenwicka. Miała wrażenie, że John czasem zapominał, że nie była już tą małą dziewczynką, która całe swoje życie mieściła w tym pokoju. Prostsze więc było przystanie na pomysł babci, który wcześniej chciała odrzucić, teraz jednak postanowiła na niego przystać. Zwłaszcza, że wychodzili na tej zamianie na plus. Benjy też prędzej odnajdzie się w tamtym domu, tak jej się przynajmniej wydawało, bo było tam więcej przestrzeni, a on zdecydowanie jej potrzebował z tymi swoimi gabarytami.
Poinformowała rodziców o swoich planach, wspomniała im o tym, że dzisiaj się tutaj pojawią, jako, że ostatnio tu pomieszkiwała, nie wspomniała im jednak o najbardziej istotnej sprawie, i wolałaby z tym jednak poczekać, powinni ją zrozumieć, była przecież dorosła i rzadko kiedy, nie rzadko kiedy, nigdy nie podejmowała pochopnych decyzji, jednak mimo wszystko wolała przekazać im te dobre wieści na trzeźwo, a nie uchachana nalewkami swojej matki. Plan był więc prosty, zabrać co najbardziej potrzebne i zniknąć stąd zanim się pojawią.
- Plan jest, czy dobry to jeszcze się okaże, chociaż widzę, że masz do tego ukryty talent. - Wyjątkowo sprawnie szło mu pakowanie zawartości kolejnych szafek. To był całkiem interesujący widok oglądanie go jak z zaangażowaniem składał ubrania do kartonów. Miała chwilę, aby go na tym podglądać, bo sama legła w końcu na łóżku z butelką w dłoni. Nie lubiła pakowania się, na szczęście nie miała tutaj zbyt wiele dobytku, sporą część jej rzeczy została w mieszkaniu przy Horyzontalnej, a że zostało ono zniszczone to i rzeczy nie były w najlepszym stanie. Będzie musiała zacząć zaopatrywać się w nowe, z sentymentu jednak chciała zabrać wszystko, co miała w tej niewielkiej sypialni na poddaszu.
- Nie musisz niczego brać na klatę, tym bardziej, że to ja dzisiaj postanowiłam sprowadzić nas na złą drogę. Poradzę sobie z własnymi rodzicami. - Penelope na pewno nie miałaby nic przeciwko takiemu spędzaniu czasu, mimo wczesnej godziny, John, cóż on nie był przyzwyczajony do takich wybryków, ale była przecież jego córeczką na pewno jakoś zrozumiałby jej argumenty. Nie zamierzała zwalać tego, że nieco się wstawili na swojego męża. Byli przecież w tym razem, no i mieli swoje lata, nikt powinien nie mieć o to do nich pretensji, gorzej ze ślubem, który wzięli bez poinformowania o tym kogokolwiek, ale i to powinni im wybaczyć.
- Już nigdy nikt tak nie powie, a niech tylko spróbuje, to nie omieszkam dodać coś od siebie. - Odruchowo dotknęła obrączki na palcu, uśmiechnęła się sama do siebie, nie było już terminu ważności, właśnie pakowali jej rzeczy, by zamieszkać w swoim domku na przedmieściach Londynu, nie mogło być lepiej, nigdy. Był to naprawdę najlepszy czas w jej życiu. Wszystko wydawało się w końcu zacząć układać.
Kot chyba zrozumiał, że o nim rozmawiają, bo pojawił się znikąd i postanowił zaznaczyć swoją obecność. Musieli go nazwać, nie miała co do tego wątpliwości, kot będący kotem był łatwy do zastąpienia, a ten miał z nimi zostać jak najdłużej - zdążyła się już przyzwyczaić do obecności tej małej, czarnej kulki w swoim życiu.
Usłyszała to jego no proszę, przez co przeniosła spojrzenie w tamtym kierunku, po chwili dotarło do niej, którą szufladę właśnie miał pakować. Teraz połączyła kropki, komentarz był wskazany, szczególnie, gdy pod jego palce trafiła bielizna, bielizna która była wepchnięta w głąb szuflady, zupełnie nie pasowała do tego miejsca. Penelope miała swój nawyk, Prue próbowała jej go wybić z głowy, jednak nigdy jej się nie udało tego zrobić. Przestała próbować, zamiast tego upychała te jej prezenty właśnie w tę szufladę, bardzo głęboko. Oczywiście, że to Benjy musiał trafić na tę zawartość, wrzucił wszystko do kartonu po tym, jak już dokładnie się przyjrzał tej jakże praktycznej bieliźnie, z której jak dotąd nie zdarzyło jej się korzystać.
- To Penelope, i Ellie, one mają dziwny gust, co do prezentów. - Nie mogła postawić tego znaleziska bez komentarza, wydawało jej się, iż mąż potrzebował jakichś wyjaśnień, a nawet jeśli nie, to zamierzała mu je dać, sama. Czuła potrzebę, aby wyjaśnić zawartość akurat tej szuflady, z innych bibelotów, czy pierdół raczej nie musiała tego robić, pasowały do wizji pokoju nastolatki, to jednak nieco gorzej.
W końcu podszedł do niej, oparł się o ten baldachim, pasował do tego miejsca jak pięść do nosa, bawiło ją to nawet, nie pamiętała, czy kiedy bywał w ich domu kiedyś miał szansę znaleźć się w tym pokoju, a teraz tutaj stał, jako jej mąż, co niesamowicie ją cieszyło. Spoglądała na niego, tym nieco rozmarzonym wzrokiem, widać było, że przez jej głowę przechodzi właśnie sporo myśli, próbowała znaleźć wspomnienie, zawiesiła się na chwilę, jednak nie istniało. Faktycznie, nigdy wcześniej nie był w tej jej malutkiej sypialni, jak już pojawiał się w ich domu na wakacjach, to bywał u Eliasa. Wróciła po chwili, co zwiastowało mrugnięcie.
Przesunęła się nieco w bok, aby zrobić mu więcej miejsca, ona mieściła się na tym łóżku bez problemu, zostawało nawet odrobinę przestrzeni na to, aby ktoś się dosiadł, nie przemyślała jednak tego do końca. Jej mąż był trochę za duży na te dziecięce mebelki, miała się o tym bardzo szybko przekonać.
Ledwie opadł na materac łóżko skrzypnęło, właściwie to nie było pierwsze, lepsze skrzypnięcie, a raczej trzask który sugerował koniec jego żywota. Zapadło się w miejscu w którym siedział, to znaczy zdążył usiąść.
Odruchowo parsknęła śmiechem, akurat upijała kolejny łyk nalewki, przez co omalże się nie zakrztusiła, zaczęła kaszleć, bardzo nieuroczo jak na młodą damę.
- Zdecydowanie połamałeś. - Próbowała uspokoić oddech, przymknęła na chwilę oczy, kilka łez popłynęło jej po policzkach, musiała nad sobą zapanować, ale wychodziło jej to raczej pokracznie. Jej mąż był za duży na jej łóżeczko, prosta sprawa.
- Jakby zmrużyć oczy, związać Ci dwie kitki, albo zapleść dwa warkocze to może ktoś wziąłby Cię za wyrośniętą dziewczynkę. - Ktoś ślepy na oba oka.
- Nie przejmuj się mebelkiem, nic takiego się nie stało, już dawno powinnam była zrezygnować z tego reliktu z baldachimem. - Nie, żeby potrzebowała w tym pokoju teraz łóżka, ale w końcu nadarzyła się okazja, aby je wymienić.
- Nie weszła Ci żadna drzazga w tyłek? [/B] - Zapytała jeszcze, bo to było bardziej istotne, w końcu zapadł się wraz z pękającym drewnem, wolała się upewnić, że nie zrobił sobie przy tym żadnej krzywdy, jak przystało na troskliwą żonę.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control