Kto by się spodziewał, że tak błahy przedmiot, jakim jest szklanka wody może zrobić na drugiej osobie, aż takie ogromne wrażenie. Może jednak słowa matki, o tym, że powinna myśleć o dzieciach, żeby miał jej kto na starość podać szklankę wody miały jednak jakiś większy sens? Nie był to chyba odpowiedni czas na takie filozoficzne rozmyślenia.
Widziała, że ta woda była dla niego w tej chwili naprawdę istotna. Jak mówili woda to życie, on wyglądał jak trup - zdecydowanie więc potrzebował właśnie jej, aby wrócić do żywych. Zdawała sobie jak ogromne potrafi być pragnienie w momencie, gdy przesadziło się z alkoholem, a jedyne, czego byłą aktualnie pewna, to to, że Stanley wczoraj mocno przesadził.
Nadal nie przestała go obserwować. Mógł czuć jej wzrok na swojej osobie, nie robiła tego dyskretnie, nie widziała w tym też nic złego. Zauważyła jak drżą mu ręce, był to kolejny objaw potwierdzający to, że był wczoraj naprawdę bardzo mocno upojony. Ciekawe, czy uda mu się podnieść szklankę. Kiedy wziął ją do ręki poruszyła się i część zawartości poleciała na podłogę. Na szczęście była to tylko i wyłącznie woda - nie musiała się przejmować ewentualną plamą. Całą resztę wypił jednym haustem. Może zamiast szklanki powinna była wybrać dzbanek? Szkoda, że dopiero teraz o tym pomyślała. - Jeszcze trochę?- Właściwie to nawet nie czekała na odpowiedź, bo widziała w jakim jest stanie. Zeskoczyła z fotela, postawiła kubek z kawą na stole i sięgnęła po jego szklankę, wróciła po chwili z pełną wody, ba tym razem przyniosła również szklany dzbanek, pełen życiodajnego płynu, gotowy aby go opróżnić. Szklankę ponownie przesunęła w stronę Borgina, dzbanek zaś stał sobie jakoś na środku stołu.
- Co tak wzdychasz, zastanów się lepiej, czy warto było szaleć tak...- W końcu to, że tak go męczył kac nie było rzeczą przypadkową. Musiał wlać w siebie potężne ilości alkoholu. - Taka mała rzecz, a ile ulgi przynosi, kto by się spodziewał, że i mi zdarzy się kogoś uratować.- Raczej nie należała do osób, o których można było myśleć w ten sposób. - Ja, jakbym wyglądała?- Głupie to było pytanie, gdyż panna Avery nie doprowadzała się do takiego stanu, nigdy. Zawsze musiała chociaż w delikatnym stopniu panować nad sytuacją. - Ja zawsze wyglądam pięknie. - Do skromnych to ona zdecydowanie nie należała, przesunęła za ucho kosmyk włosów, który opadł jej na twarz. - Tragicznie nie brzmi zbyt dobrze, aczkolwiek to wszystko na własne życzenia, z tego, co zauważyłam. - Miałaby pewnie więcej empatii wiedząc, że coś mu się stało na wskutek jakiegoś wypadku, a nie wlewania w siebie hektolitrów alkoholu wątpliwego pochodzenia, a taki był sądząc po zapachu, który wczoraj poczuła od Stanleya.
- Dobrze słyszeć, że chociaż jedno z nas się wyspało.- Wydawało jej się, że dokładnie tak będzie, Stan wyglądał wczoraj jak kamień, kiedy przenosiła go na kanapę, chyba dobrze jej się wydawało, że będzie spać do rana. - No to jest prawdziwy komplement, wygrać z biurkiem w ministerstwie, nie spodziewałam się takiego rozwoju sytuacji.- Nie zapytała dlaczego używał biurka jako łóżka, chociaż przez moment miała chęć. Powiedzmy, że wolała nie poruszać tego tematu.
Obserwowała z uwagą walkę którą podjął po raz kolejny. Nie poddawał się, to było na plus. Najwyraźniej wierzył, że tym razem uda mu się osiągnąć cel. Postanowił się podnieść, bawiło ją to strasznie, kiedy widziała jak się męczy. Jakoś jednak tym razem przezwyciężył siebie, musiało go to wiele kosztować, ale udało mu się podnieść do pozycji siedzącej. Avery miała wrażenie, że nagle zbladł, a może jej się tylko wydawało? Zapewne nie powinien tak szybko próbować wrócić do życia. Organizm nie do końca nadążał za tym, co zamierzał robić.
Wtedy nagle się podniósł. Zrozumiała bardzo dobrze gest, który wykonał. Żołądek musiał mu odmówić posłuszeństwa, czasem poranki bywały aż tak ciężkie. Miała jedynie nadzieję, że zdąży do łazienki, wolałaby nie oglądać pawia na swojej podłodze. Jakoś udało mu się dotrzeć do toalety, miała jednak trochę szczęścia w tym wszystkim, zawsze mogło być gorzej.
- Wszystko w porządku?- Zapytała, kiedy tylko opuścił łazienkę, bo chyba wypadało. - Nabrałeś kolorów, może to jednak najlepsze lekarstwo. - Miała na myśli pawia. - Uderzyłeś o nią dosyć mocno wczoraj, wydaje mi się, że nie była jedyna. - Nikt chyba nie wiedział, jak wyglądała jego wędrówka do tego miejsca. Wydawało jej się, że również nie była kolorowa. - Nie wiesz jak się tutaj znalazłeś?- Zmrużyła oczy, tak się jej wydawało. - Przecież ja Cię tu nie przyprowadziłam.- Wydawało się jej to być oczywiste. - Trochę pokrzyczałeś na klatce, a później zasnąłeś.- Wydawało jej się, że taka ilość informacji powinna mu wystarczyć.
- Wtedy kiedy mieliśmy się spotkać i wylądowałam w tym marszu pełnym charłaków? - Chciała mu dokładnie przypomnieć o jaką sytuację chodziło, skoro mu to nie chciało przejść przez gardło.