31.12.2025, 03:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.01.2026, 17:35 przez Elliott Malfoy.)
Perlisty śmiech oblewał zmysły gorącem zaciskającego się wokół kamienia złota; cichy, basowy tembr pachniał antycznym drewnem rodzinnej biblioteki, chowając za tomami piwniczną zgniliznę zamiecionych pod dywan zbrodni.
- To cecha rodzinna - mrugnął do niej prześmiewczo. Czy słyszał w życiu gorsze obelgi? Jak najbardziej. Czy mógł się obejść bez kosztujących nerwy komentarzy? Owszem. Czy chciał się powstrzymywać? Absolutnie nie. Już w zbyt wielu obszarach życia pozwalał trzymać się przezorności na stalowej smyczy, zapinając sobie obroże ze srebrną plakietką 'good boy'. Prawdopodobnie całkowicie na próżno, bo ojciec biegał w masce przy Voldemorcie jak ta Ekstaza w pomarańczu przy Merlinie i podpalał budynki swojej córki w centrum Londynu.
- Jej nie musiałem szkolić, urodziła się kobietą. I jak to z kobietami bywa, gdy odchodziła też potrzebowała pomocy - tak samo jak ona nie musiała szkolić jego, bo urodził się mężczyzną. Pierworodnym Fortinbrasa, więc poligon dorastania miał za sobą, gdy stanął na kobiercu. Nie był pewien jak wyglądało to u Rookwoodów, ale Albert miał wystarczająco lat, aby nabyć swoje wątpliwe nawyki poza rodzinną rezydencją. Poza tym, co z tego, co okazywał było faktycznie prawdą? Wszyscy przywdziewali maski, tak jak na balu, tak i w życiu codziennym. Przeszło mu przez myśl, że powinien teraz coś poczuć. Cokolwiek. Mignęła mu w przed oczyma twarz syna, aby zaraz zniknąć za zamkniętymi przez niańkę drzwiami. To nie był czas na zaciskające gardło wyrzuty sumienia, miał całe lato, aby się ich pozbyć. Szybko poszło jak na cień, który miał się ciągnąć zań po własny grób - ale cóż, miał istotniejsze kwestie na głowie, chociażby zemstę na ojcu, którego błędy zdawał się powtarzać.
- U twojej wszystko w porządku? Nie narzeka? - skłamałby jakby powiedział, że nie rozumiał skąd w nim te pokłady arogancji, wystarczyło chwilę posłuchać Eden. Złośliwość, mimo wszystko, wciąż w nim była, drzemała spokojnie pod pokładami politycznej układanki utrzymującej go na stanowisku, pomimo iż ojciec swoje dawno stracił.
- Na litość Merlina, żartuję przecież. Naprawdę uważasz, że przeżyłbym pod jednym dachem z samymi siostrami, jeżeli miałbym takie opinie? Nie denerwuj się tak, złość piękności szkodzi - zaśmiał się szczerze, bo cóż miało to być jak nie kolejny, błyskotliwy żarcik? Tym razem naprawdę nie był pewien dlaczego zdecydował się na kolejny. Może maska uciskała mu za bardzo głowę i postradał na chwilę wszystkie zmysły.
Wyszczerzył białe zęby w uśmiechu z tyłu głowy przewijając scenariusze o ich utracie z pomocą prawego sierpowego Alberta w stroju kobiety i z głosem martwej Simone Malfoy. Ależ to by była ironia losu, którą z chęcią oglądała by jego bliźniaczka, szkoda, że jej własne małżeństwo nie było w najlepszej formie, więc i nie zaszczyciła go swoim towarzystwem na balu maskowym.
- Zmieniając temat, ale pozostając przy małżeństwach. Jak postanowiłaś wystrzelić do przodu, oparzona, to ktoś w tłumie wspomniał o Victorii Lestrange i jej narzeczonym. To twoja rodzina, prawda? Zerwali zaręczyny? - dopytał.
- To cecha rodzinna - mrugnął do niej prześmiewczo. Czy słyszał w życiu gorsze obelgi? Jak najbardziej. Czy mógł się obejść bez kosztujących nerwy komentarzy? Owszem. Czy chciał się powstrzymywać? Absolutnie nie. Już w zbyt wielu obszarach życia pozwalał trzymać się przezorności na stalowej smyczy, zapinając sobie obroże ze srebrną plakietką 'good boy'. Prawdopodobnie całkowicie na próżno, bo ojciec biegał w masce przy Voldemorcie jak ta Ekstaza w pomarańczu przy Merlinie i podpalał budynki swojej córki w centrum Londynu.
- Jej nie musiałem szkolić, urodziła się kobietą. I jak to z kobietami bywa, gdy odchodziła też potrzebowała pomocy - tak samo jak ona nie musiała szkolić jego, bo urodził się mężczyzną. Pierworodnym Fortinbrasa, więc poligon dorastania miał za sobą, gdy stanął na kobiercu. Nie był pewien jak wyglądało to u Rookwoodów, ale Albert miał wystarczająco lat, aby nabyć swoje wątpliwe nawyki poza rodzinną rezydencją. Poza tym, co z tego, co okazywał było faktycznie prawdą? Wszyscy przywdziewali maski, tak jak na balu, tak i w życiu codziennym. Przeszło mu przez myśl, że powinien teraz coś poczuć. Cokolwiek. Mignęła mu w przed oczyma twarz syna, aby zaraz zniknąć za zamkniętymi przez niańkę drzwiami. To nie był czas na zaciskające gardło wyrzuty sumienia, miał całe lato, aby się ich pozbyć. Szybko poszło jak na cień, który miał się ciągnąć zań po własny grób - ale cóż, miał istotniejsze kwestie na głowie, chociażby zemstę na ojcu, którego błędy zdawał się powtarzać.
- U twojej wszystko w porządku? Nie narzeka? - skłamałby jakby powiedział, że nie rozumiał skąd w nim te pokłady arogancji, wystarczyło chwilę posłuchać Eden. Złośliwość, mimo wszystko, wciąż w nim była, drzemała spokojnie pod pokładami politycznej układanki utrzymującej go na stanowisku, pomimo iż ojciec swoje dawno stracił.
- Na litość Merlina, żartuję przecież. Naprawdę uważasz, że przeżyłbym pod jednym dachem z samymi siostrami, jeżeli miałbym takie opinie? Nie denerwuj się tak, złość piękności szkodzi - zaśmiał się szczerze, bo cóż miało to być jak nie kolejny, błyskotliwy żarcik? Tym razem naprawdę nie był pewien dlaczego zdecydował się na kolejny. Może maska uciskała mu za bardzo głowę i postradał na chwilę wszystkie zmysły.
Wyszczerzył białe zęby w uśmiechu z tyłu głowy przewijając scenariusze o ich utracie z pomocą prawego sierpowego Alberta w stroju kobiety i z głosem martwej Simone Malfoy. Ależ to by była ironia losu, którą z chęcią oglądała by jego bliźniaczka, szkoda, że jej własne małżeństwo nie było w najlepszej formie, więc i nie zaszczyciła go swoim towarzystwem na balu maskowym.
- Zmieniając temat, ale pozostając przy małżeństwach. Jak postanowiłaś wystrzelić do przodu, oparzona, to ktoś w tłumie wspomniał o Victorii Lestrange i jej narzeczonym. To twoja rodzina, prawda? Zerwali zaręczyny? - dopytał.
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦