31.12.2025, 11:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.12.2025, 13:09 przez Brenna Longbottom.)
– Żartujesz? Twoje włosy są cudowne. Tak sobie myślę, że niejedna czarownica rozważyłaby zaprzedanie duszy demonom, żeby takie dostać. – roześmiała się Brenna. Włosy Mony były może i ciężkie do opanowania, ale tylko z powodu swojej niezwykłej wręcz gęstości, a rzadko spotykany kolor tylko wzmacniał efekt.
Gdy Mona wyszła po sukienkę, Brenna znów pochyliła się nad kosmetykami i…
…kątem oka wychwyciła jakiś błysk.
Jeszcze miesiąc temu, gdyby zobaczyła, że ściany nagle zaczynają się żarzyć, w jej dłoni natychmiast znalazłaby się różdżka, a sekundę później próbowałaby wyciągnąć wszystkich z pomieszczenia. Teraz jednak ogień działał na nią inaczej, i to mimo tego, że wiedziała, że nie jest jedyna… miała wrażenie, że w jej przypadku jest to jeszcze mocniejsze. Gdyby nie wizyta u Philippy, może spanikowałaby zupełnie: teraz jednak zamiast tego zamarła, gdy jej umysł próbował przypomnieć sobie coś… coś… coś co zapomniała…
Zamarła, palce zaciskając nie na różdżce, jak powinna, a na materiale torby, i gdyby w pomieszczeniu znalazł się z nimi aurowidz, mógłby dostrzec, jak jej aura wybucha kolorami paniki. Na moment zacisnęła powieki, najgorsza możliwa reakcja, gdy działo się coś takiego, gdy ogień syczał… i gdyby była tutaj sama, chyba nie zdołałaby się poruszyć jeszcze bardzo długo, ale po kilkunastu sekundach gdzieś do jej umysłu wdarła się myśl o Monie, która właśnie poszła po sukienkę.
Musiały uciekać.
Otworzyła oczy.
Ściany znów były tylko ścianami. Żadnej pajęczynki pęknięć. Nie tryskały z nich iskry. Nic.
Wszystko było w porządku. To nie był nawet pierwszy raz, gdy coś takiego się działo.
Drgnęła, słysząc za sobą głos Mony, wracającej z sukienką, wypuściła z ręki jeden z pojemników i szybko się pochyliła, by go podnieść. Przy okazji dało jej to czas na zapanowanie nad mięśniami twarzy i gdy się odwróciła, przywołała na twarz uśmiech. Cieszyła się, że ta wyszła po sukienkę i nie stała się świadkiem jej dziwnego zastygnięcia.
– Kolor świetnie pasuje do włosów – oceniła, ze wszystkich sił starając się mówić normalnie. – Może powinnyśmy część z nich upić w górze, a resztę zostawić rozpuszczone? Mało skomplikowane do zrobienia, więc dam radę, nie będziemy ukrywać tych twoich fal, a też będzie inaczej niż zwykle? – rzuciła, zanim pochyliła się jeszcze ku kotu, by ostrożnie podrapać go pod brodą, a potem ustawiła się za Moną, biorąc do ręki najpierw ten specyfik, który miał ułatwiać rozczesywanie. – Moja sukienka jest w tobie przy drzwiach, mam do niej taką chustę, żeby nie zamarznąć… Przyznaję, że upchnęłam ją w szafce w pracy – stwierdziła, uśmiechając się z rozbawieniem, bo dopiero niedawno skończyła dyżur i spała w ciągu ostatniej doby raczej krótko, łapiąc dwie godziny drzemki w londyńskim mieszkaniu, ale czego się nie robi, aby nie obserwować związku zawartego z, najwyraźniej, miłości.
Na moment sięgnęła ku ramieniu Mony, zaciskając lekko palce, gdy ta wspomniała o liczeniu strat.
– Cieszę się, że ty nie ucierpiałaś i że twoje mieszkanie ocalało – powiedziała po prostu. Nie mogła nie zastanawiać się, czy to przypadek, czy nie, ale nie uwierzyłaby, że słodka, prawdomówna i dobra aż do szpiku kości Mona popierała Voldemorta. – I hm, czy mi się wydaje, czy Spalona Noc kopnęła trochę w konkretną stronę pewnego Prewetta, z którym dziś idziesz na wesele? – spytała lekkim tonem, sięgając po szczotkę i zabierając się na początek za rozczesanie długich włosów Mony.
Gdy Mona wyszła po sukienkę, Brenna znów pochyliła się nad kosmetykami i…
…kątem oka wychwyciła jakiś błysk.
Jeszcze miesiąc temu, gdyby zobaczyła, że ściany nagle zaczynają się żarzyć, w jej dłoni natychmiast znalazłaby się różdżka, a sekundę później próbowałaby wyciągnąć wszystkich z pomieszczenia. Teraz jednak ogień działał na nią inaczej, i to mimo tego, że wiedziała, że nie jest jedyna… miała wrażenie, że w jej przypadku jest to jeszcze mocniejsze. Gdyby nie wizyta u Philippy, może spanikowałaby zupełnie: teraz jednak zamiast tego zamarła, gdy jej umysł próbował przypomnieć sobie coś… coś… coś co zapomniała…
Zamarła, palce zaciskając nie na różdżce, jak powinna, a na materiale torby, i gdyby w pomieszczeniu znalazł się z nimi aurowidz, mógłby dostrzec, jak jej aura wybucha kolorami paniki. Na moment zacisnęła powieki, najgorsza możliwa reakcja, gdy działo się coś takiego, gdy ogień syczał… i gdyby była tutaj sama, chyba nie zdołałaby się poruszyć jeszcze bardzo długo, ale po kilkunastu sekundach gdzieś do jej umysłu wdarła się myśl o Monie, która właśnie poszła po sukienkę.
Musiały uciekać.
Otworzyła oczy.
Ściany znów były tylko ścianami. Żadnej pajęczynki pęknięć. Nie tryskały z nich iskry. Nic.
Wszystko było w porządku. To nie był nawet pierwszy raz, gdy coś takiego się działo.
Drgnęła, słysząc za sobą głos Mony, wracającej z sukienką, wypuściła z ręki jeden z pojemników i szybko się pochyliła, by go podnieść. Przy okazji dało jej to czas na zapanowanie nad mięśniami twarzy i gdy się odwróciła, przywołała na twarz uśmiech. Cieszyła się, że ta wyszła po sukienkę i nie stała się świadkiem jej dziwnego zastygnięcia.
– Kolor świetnie pasuje do włosów – oceniła, ze wszystkich sił starając się mówić normalnie. – Może powinnyśmy część z nich upić w górze, a resztę zostawić rozpuszczone? Mało skomplikowane do zrobienia, więc dam radę, nie będziemy ukrywać tych twoich fal, a też będzie inaczej niż zwykle? – rzuciła, zanim pochyliła się jeszcze ku kotu, by ostrożnie podrapać go pod brodą, a potem ustawiła się za Moną, biorąc do ręki najpierw ten specyfik, który miał ułatwiać rozczesywanie. – Moja sukienka jest w tobie przy drzwiach, mam do niej taką chustę, żeby nie zamarznąć… Przyznaję, że upchnęłam ją w szafce w pracy – stwierdziła, uśmiechając się z rozbawieniem, bo dopiero niedawno skończyła dyżur i spała w ciągu ostatniej doby raczej krótko, łapiąc dwie godziny drzemki w londyńskim mieszkaniu, ale czego się nie robi, aby nie obserwować związku zawartego z, najwyraźniej, miłości.
Na moment sięgnęła ku ramieniu Mony, zaciskając lekko palce, gdy ta wspomniała o liczeniu strat.
– Cieszę się, że ty nie ucierpiałaś i że twoje mieszkanie ocalało – powiedziała po prostu. Nie mogła nie zastanawiać się, czy to przypadek, czy nie, ale nie uwierzyłaby, że słodka, prawdomówna i dobra aż do szpiku kości Mona popierała Voldemorta. – I hm, czy mi się wydaje, czy Spalona Noc kopnęła trochę w konkretną stronę pewnego Prewetta, z którym dziś idziesz na wesele? – spytała lekkim tonem, sięgając po szczotkę i zabierając się na początek za rozczesanie długich włosów Mony.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.