Usłyszawszy chrząknięcie Rosalie Lestrange, odpowiedziała Rodolphusowi tylko uśmiechem, który zaraz zniknął za kieliszkiem wina. Mogą tam pójść razem, jeśli oboje znajdą czas… Ale potrafili się umówić sami, bez czuwającej obok matki Rudiego, której chyba nie podobało się ciche szeptanie kuzynostwa, albo dosłyszała o czym tam sobie cichutko mówili – nieistotne!
Istotne było to, że Laurencowi zaczęło się układać w życiu. Nie miał lekko, ostatecznie samotnie wychowywał syna po śmierci swojej żony i nawet jeśli miał do pomocy niańki czy guwernantki… To nie mogło być proste, biorąc pod uwagę jego karierę w Ministerstwie i to, że od śmierci nie minął nawet rok. Nawet jeśli małżeństwo było aranżowane, byli rodziną, a chłopiec stracił matkę, co musiało być ciosem. Ale… życie powoli układało się swoim torem. Zawsze się układało. I Victoria całkiem szczerze uśmiechała się na nowiny najstarszego kuzyna.
– Wiesz, Laurence – zaczęła, bo choć może nie miała jakiegoś przesadnego doświadczenia, nie miała za sobą rzędu złamanych serc, wbrew temu, co mówili ludzie, to bardziej ona wychodziła z tego wszystkiego ze złamanym sercem. Miała jednak swoje przemyślenia, słowa, które układały jej się w głowie na przestrzeni miesięcy. – Jak ktoś chce, to znajdzie sposób. A jak ktoś nie chce, to znajdzie powód – Laurence i Camille chcieli ewidentnie spróbować. I szukali sposobów. Miesięczny (a przynajmniej planowany) wyjazd do Francji był tego dobitnym dowodem. – Nie wszystko da się zaplanować. Ale będę trzymać kciuki, żebyście to sobie poukładali, wiesz… Tak, żebyście oboje byli zadowoleni – nie była nigdy w związku na odległość, ale była też przy tym przekonana, że Francja nie była aż tak daleko, a Laurence był na takiej pozycji w Ministerstwie, że pewnie mógł pociągnąć za jakieś sznurki i załatwić sobie świstokliki do Francji i powrotne. Może nie koniecznie od razu teraz, gdy jego obecność byłą tu bardzo potrzebna, ale tak na przyszłość. Ostatecznie sama dobrze wiedziała, ile polega na Departamencie Magicznych Wypadków i Katastrof, może nie była tam żadnym szefem ani zastępcą, ale to była jej pierwsza praca zaraz po szkole i spędziła tam cztery lata, najpewniej obserwowana też przez kuzyna, do którego uśmiechnęła się przez stół.
I wtedy właśnie do jadalni weszły trzy kolejne osoby – William (który chyba nikogo nie zaskoczył swoim spóźnieniem, może jego rodzice nie byli z tego zadowoleni, ale Victoria miała to gdzieś), Eden (którą ostatnio widziała na zdjęciu w gazecie, ale miała nadzieję, że rodzina nie podejmie tego tematu, skoro to miała być rodzinna uroczystość) i Primrose (której się spodziewała, nieco zdziwiła się, że się spóźniła, ale to nic, oby Isabelle nie robiła do niej swoich niezadowolonych min). Victoria uśmiechnęła się do całej trójki, bo tak dobrze było ich wszystkich widzieć, nawet jeśli nie utrzymywali jakiegoś wielkiego kontaktu, tak ogólnie.
– Hejj, Will, Eden, super, że jesteście – odezwała się ze swojego miejsca obok Rodolphusa i z dala od swoich rodziców, nie mając zamiaru ingerować w to, gdzie kto usiądzie.
– W końcu jesteś, Primrose – Isabella Lestrange spojrzała na córkę z jakąś taką twardością w oczach, najwyraźniej niezbyt zadowolona z jej spóźnienia, a może to chodziło o napięcie na linii ze starszą córką. – Usiądź – jedno krzesło obok niej było puste, bo drugie zajmował Alexander i najwyraźniej liczyła na to, że jej druga latorośl jednak nie wybierze innego miejsca.
// Kolejka do 11.01 do 23:59.