31.12.2025, 16:26 ✶
Miauknięcie dobiegające gdzieś zza załomu ściany zatrzymało go wpół kroku. Przypomniał sobie jednak, że Guinevere wspominała, że zamierza spać w kociej postaci. Ruszył więc dalej, przestąpił jakieś elementy zawalonego dachu między kuchnią a salonem i stanął w wejściu do pomieszczenia i faktycznie - na fotelu, teraz zbutwiałym i wcale nie przytulnym, siedział kot, Lazarus podejrzewał, że jakiejś egzotycznej rasy, sądząc po szczupłej sylwetce i dużych uszach.
Uśmiechnął się lekko i nieświadomie na ten widok. Zwierzę wyglądało na nie mniej zagubione, niż on sam. Guinevere, upomniał się. W towarzystwie zwierząt czuł się zawsze swobodniej, niż przy ludziach. Powinien się pilnować, jeszcze tylko tego brakowało, żeby odruchowo powiedział “kici, kici” do animaga, albo spróbował go pogłaskać. To byłoby naprawdę niestosowne.
- Jesteś cała? - zapytał cicho zamiast tego - Wygląda na to, że padliśmy ofiarą jakiejś iluzji…
Podszedł do miejsca, które wczorajszego wieczoru było kominkiem i pomacał wciąż rozłożone tam ubrania. Zgodnie z tym, czego się spodziewał, nadal były mokre.
- Sprawdziłem Rozproszeniem okolicę i wydaje się bezpieczna - oznajmił. Właściwie mogliby się teleportować do domów. Pora była właściwie taka, że on sam powinien od razu udać się do pracy, ale był wystarczająco niedosuszony, wygnieciony i obolały po spaniu w tamtym barłogu, by ten jeden raz dać pierwszeństwo własnym potrzebom. Konkretnie - prysznicowi. I nałogowi.
Wyciągnął z kieszeni płaszcza paczkę papierosów, szczęśliwie zafoliowaną, a więc wodoodporną. Skoro i tak miał się spóźnić, mógł równie dobrze zapalić przed powrotem. Poczuł, jakby wraz z dymem do jego wnętrza wnikła odrobina ciepła. Przyjemne. Odetchnął i spojrzał na McGonagall.
- Dasz radę się teleportować, czy… potrzebujesz jakiejś pomocy? - zawahał się, nie wiedząc, co jest od niego oczekiwane w tej sytuacji. Pamiętał, jak upadła i zwymiotowała po aportacji poprzedniego dnia, nie wiedział, czy to jednorazowy wypadek. Może gdyby to on kontrolował teleportację i zabrał ją ze sobą, byłoby łatwiej? Zmierzwił dłonią włosy w zwyczaju, którego od czasów młodości niemal zdołał się pozbyć. Jego palce trafiły na jakiś patyczek - wyplątał go, przyjrzał mu się i rzucił na zasłaną liśćmi i śmieciem podłogę. Mógł sobie tylko wyobrażać, jak wygląda po nocy w takich warunkach. Z odrobiną nostalgii uświadomił sobie, że od ostatniej spędzonej w ruinach nocy minęło wiele lat. Czy robił się za stary na takie eskapady?
Uśmiechnął się lekko i nieświadomie na ten widok. Zwierzę wyglądało na nie mniej zagubione, niż on sam. Guinevere, upomniał się. W towarzystwie zwierząt czuł się zawsze swobodniej, niż przy ludziach. Powinien się pilnować, jeszcze tylko tego brakowało, żeby odruchowo powiedział “kici, kici” do animaga, albo spróbował go pogłaskać. To byłoby naprawdę niestosowne.
- Jesteś cała? - zapytał cicho zamiast tego - Wygląda na to, że padliśmy ofiarą jakiejś iluzji…
Podszedł do miejsca, które wczorajszego wieczoru było kominkiem i pomacał wciąż rozłożone tam ubrania. Zgodnie z tym, czego się spodziewał, nadal były mokre.
- Sprawdziłem Rozproszeniem okolicę i wydaje się bezpieczna - oznajmił. Właściwie mogliby się teleportować do domów. Pora była właściwie taka, że on sam powinien od razu udać się do pracy, ale był wystarczająco niedosuszony, wygnieciony i obolały po spaniu w tamtym barłogu, by ten jeden raz dać pierwszeństwo własnym potrzebom. Konkretnie - prysznicowi. I nałogowi.
Wyciągnął z kieszeni płaszcza paczkę papierosów, szczęśliwie zafoliowaną, a więc wodoodporną. Skoro i tak miał się spóźnić, mógł równie dobrze zapalić przed powrotem. Poczuł, jakby wraz z dymem do jego wnętrza wnikła odrobina ciepła. Przyjemne. Odetchnął i spojrzał na McGonagall.
- Dasz radę się teleportować, czy… potrzebujesz jakiejś pomocy? - zawahał się, nie wiedząc, co jest od niego oczekiwane w tej sytuacji. Pamiętał, jak upadła i zwymiotowała po aportacji poprzedniego dnia, nie wiedział, czy to jednorazowy wypadek. Może gdyby to on kontrolował teleportację i zabrał ją ze sobą, byłoby łatwiej? Zmierzwił dłonią włosy w zwyczaju, którego od czasów młodości niemal zdołał się pozbyć. Jego palce trafiły na jakiś patyczek - wyplątał go, przyjrzał mu się i rzucił na zasłaną liśćmi i śmieciem podłogę. Mógł sobie tylko wyobrażać, jak wygląda po nocy w takich warunkach. Z odrobiną nostalgii uświadomił sobie, że od ostatniej spędzonej w ruinach nocy minęło wiele lat. Czy robił się za stary na takie eskapady?