01.01.2026, 01:55 ✶
Rozbawiła ją sugestia, że wraz z pamięcią można byłoby stracić życie.
— Nie masz wiary w to, że wiem, co robię? — Przewróciła oczami, bo przecież od takiej dawki jemioły na surowo mógł co najwyżej zaboleć brzuch, a przetworzone w eliksir owoce nie były szkodliwe. — Dziwne. Nie miałeś oporów przed dodaniem do polewy niewiadomej mikstury, którą ci podsunęłam.
Kącik ust czarownicy drgnął w uśmiechu, gdy poczuła palec ścierający z jej twarzy słodkie resztki. Jak różne potrafiły być oblicza Leviathana — w jednej chwili krytykował każdy jej krok, w drugiej: zbliżał się tak bardzo, że nie pozostawało w jej przestrzeni miejsca na myślenie o czymkolwiek innym niż ten człowiek.
— Jeśli masz apetyt, poczęstuj się, zamiast zbierać okruchy — wymruczała, ręką niby to wskazując ciasto oblane czekoladą; właściwa uwaga pozostała jednak skupiona na stojącym przy niej czarodzieju.
Pytaniem o dzieci Rowle dotknął wrażliwego punktu. W pierwszym odruchu Helloise chciała najeżyć się i wycofać, lecz powściągnęła ten instynkt. Nie zamierzała odsłaniać się ze swoją rzewną słabością. Pragnęła dzieci, oczywiście, ale…
— Kim byłyby moje dzieci, Levi? — Starała się brzmieć na znudzoną, zblazowaną, może lekceważącą, lecz nic z tego nie ukryło zdradliwego echa żalu w głosie, gdy mierzyła się z tym pytaniem. — Bękartami jakiegoś panicza, który pewnego dnia stwierdzi, że mu w czymś wadzą? Rodzina każe mu rozwiązać problem? Zazdrosna żona weźmie sprawy w swoje ręce? A przecież dzieci są delikatne. — Pogłaskała policzek mężczyzny zapatrzona w gadzie oczy. Próbowała dopasować do tych bezlitosnych słów o mordowaniu własnych pociech kogoś, kto niemal pieszczotliwie wycierał jej czekoladę z twarzy. W znajdujących się tak blisko smoczych ślepiach mogła bez przeszkód przyglądać się surowej, zwierzęcej bezwzględności. Zawsze czujnie obserwowały i przypominały o tej mrocznej stronie, nawet gdy czarownica próbowała skupiać się wyłącznie na tym, co było w Leviathanie miękkie. To przypomnienie było cenne. Większość mężczyzn, wśród których Helloise mogła wybierać, było mu podobnych, lecz nie po wszystkich z nich widać było na pierwszy rzut oka ten niebezpieczny konserwatyzm pozbawiony sentymentu. Ostatnio w wielu przypadkach mógł okazać się to konserwatyzm doprawiony popularnym w ich kręgach ekstremizmem rosnącego w siłę Voldemorta. Łatwo było zapomnieć, z kim ma się do czynienia. Być może i Hela była im w tym podobna, skoro neutralnie przyjęła morderczą sugestię, a źle poczuła się dopiero w scenariuszu, w którym to ona miałaby być matką niewygodnego dla kogoś bękarta. — Wolałabym, żeby moje dzieci miały ojca, który będzie je kochał i chronił. Nie jestem głupia ani naiwna. Pamiętam, jak ten świat funkcjonuje, mimo że staram się trzymać z dala. Żeby zapewnić dzieciom bezpieczeństwo, musiałabym zrezygnować ze wszystkiego, co dziś mam. Oddać siebie, urodzić je w układzie dającym gwarancje i zaakceptować, że będą przez to częścią rodowych gier. Razem z mężem zaś musiałabym wziąć jego rodzinę, jego decyzje, jego przyjaciół, jego wrogów. Jego błędy, przeszłe i przyszłe. — A błędów tyle odpokutowała własnych, że czuła wstręt do pokutowania za cudze. — Nawet gdybym poszła za mąż z miłości, nie oszczędziłoby mi to transakcji, bo zawierałabym tym małżeństwem przyjaźń również w waszym imieniu. Nie chcę przywiązywać się do kolejnego rodu. Wystarczy mi oczekiwań z tego, że jestem córką swojego ojca.
— Nie masz wiary w to, że wiem, co robię? — Przewróciła oczami, bo przecież od takiej dawki jemioły na surowo mógł co najwyżej zaboleć brzuch, a przetworzone w eliksir owoce nie były szkodliwe. — Dziwne. Nie miałeś oporów przed dodaniem do polewy niewiadomej mikstury, którą ci podsunęłam.
Kącik ust czarownicy drgnął w uśmiechu, gdy poczuła palec ścierający z jej twarzy słodkie resztki. Jak różne potrafiły być oblicza Leviathana — w jednej chwili krytykował każdy jej krok, w drugiej: zbliżał się tak bardzo, że nie pozostawało w jej przestrzeni miejsca na myślenie o czymkolwiek innym niż ten człowiek.
— Jeśli masz apetyt, poczęstuj się, zamiast zbierać okruchy — wymruczała, ręką niby to wskazując ciasto oblane czekoladą; właściwa uwaga pozostała jednak skupiona na stojącym przy niej czarodzieju.
Pytaniem o dzieci Rowle dotknął wrażliwego punktu. W pierwszym odruchu Helloise chciała najeżyć się i wycofać, lecz powściągnęła ten instynkt. Nie zamierzała odsłaniać się ze swoją rzewną słabością. Pragnęła dzieci, oczywiście, ale…
— Kim byłyby moje dzieci, Levi? — Starała się brzmieć na znudzoną, zblazowaną, może lekceważącą, lecz nic z tego nie ukryło zdradliwego echa żalu w głosie, gdy mierzyła się z tym pytaniem. — Bękartami jakiegoś panicza, który pewnego dnia stwierdzi, że mu w czymś wadzą? Rodzina każe mu rozwiązać problem? Zazdrosna żona weźmie sprawy w swoje ręce? A przecież dzieci są delikatne. — Pogłaskała policzek mężczyzny zapatrzona w gadzie oczy. Próbowała dopasować do tych bezlitosnych słów o mordowaniu własnych pociech kogoś, kto niemal pieszczotliwie wycierał jej czekoladę z twarzy. W znajdujących się tak blisko smoczych ślepiach mogła bez przeszkód przyglądać się surowej, zwierzęcej bezwzględności. Zawsze czujnie obserwowały i przypominały o tej mrocznej stronie, nawet gdy czarownica próbowała skupiać się wyłącznie na tym, co było w Leviathanie miękkie. To przypomnienie było cenne. Większość mężczyzn, wśród których Helloise mogła wybierać, było mu podobnych, lecz nie po wszystkich z nich widać było na pierwszy rzut oka ten niebezpieczny konserwatyzm pozbawiony sentymentu. Ostatnio w wielu przypadkach mógł okazać się to konserwatyzm doprawiony popularnym w ich kręgach ekstremizmem rosnącego w siłę Voldemorta. Łatwo było zapomnieć, z kim ma się do czynienia. Być może i Hela była im w tym podobna, skoro neutralnie przyjęła morderczą sugestię, a źle poczuła się dopiero w scenariuszu, w którym to ona miałaby być matką niewygodnego dla kogoś bękarta. — Wolałabym, żeby moje dzieci miały ojca, który będzie je kochał i chronił. Nie jestem głupia ani naiwna. Pamiętam, jak ten świat funkcjonuje, mimo że staram się trzymać z dala. Żeby zapewnić dzieciom bezpieczeństwo, musiałabym zrezygnować ze wszystkiego, co dziś mam. Oddać siebie, urodzić je w układzie dającym gwarancje i zaakceptować, że będą przez to częścią rodowych gier. Razem z mężem zaś musiałabym wziąć jego rodzinę, jego decyzje, jego przyjaciół, jego wrogów. Jego błędy, przeszłe i przyszłe. — A błędów tyle odpokutowała własnych, że czuła wstręt do pokutowania za cudze. — Nawet gdybym poszła za mąż z miłości, nie oszczędziłoby mi to transakcji, bo zawierałabym tym małżeństwem przyjaźń również w waszym imieniu. Nie chcę przywiązywać się do kolejnego rodu. Wystarczy mi oczekiwań z tego, że jestem córką swojego ojca.
dotknij trawy