Skinął głową, starając się nie oblać rumieńcem. W przeciwieństwie do komplementów, które zwykł przyjmować od przypadkowych ludzi lub ludzi z prasy, zasłyszane właśnie słowa odnosiły się do jego umiejętności zawodowych. Był dumny z obejmowanego stanowisko i tego, jak dotarł na obecny stołek, więc mile to połechtało jego ego. Odwzajemnił uśmiech mężczyzny, zanim ruszyli w drogę, której celem była restauracja.
— Pewnie nie gorzej, niż kilka innych zdarzeń, w których brałem udział w ostatnim czasie. — Szczątkowy półuśmiech zagościł na jego ustach. Skoro bal charytatywny koniec końców udało się obrócić na jego korzyść, pomimo fali incydentów, które miały miejsce podczas jego trwania, to jak dużą szkodę mógłby narobić mu krótki wypad z Perseuszem? — A tak nawiasem mówiąc, to nie tylko Prorok wchodzi w grę. Czarownica pewnie też z chęcią powitałaby nas na okładce.
Był ciekawy tego, jak przebiegnie ich spotkanie i do czego doprowadzi. Oczywiście, przede wszystkim głowę zaprzątała mu kwestia prawdopodobnego wykorzystania zaklęcia niewybaczalnego, jednak przeszło mu przez myśl, że mogła to być dobra okazja, do lepszego poznania bliskich Elliotta. A bliżej niż Black już raczej nie mógł trafić, o ile wykluczyć z tego grona tak bliskie sercu blondyna siostry z naciskiem na bliźniaczkę Eden. Podejście do życia Longbottomów znacznie różniło się od przedstawicieli innych rodów czystej krwi, jednak Erik wychodził z założenia, że nikogo nie można tak po prostu skreślić. Kto wie, może wyciągnie z tego obiadu więcej, niż tylko pełny żołądek i nowe wezwanie?
Pogoda ducha Blacka nieco uspokoiła Longbottoma. Najwyraźniej miał już nakreślony jako taki plan, a to nastrajało detektywa pozytywnie. Przynajmniej nie będą się teraz kręcić po mieście przez godzinę, szukając ustronnego miejsca na prywatną konwersację. Mimo to, na jego czole pojawiła się zmarszczka, gdy Perseus ciągnął go za sobą coraz głębiej w labirynt wąskich uliczek Londynu. Tym bardziej się zdziwił, gdy zatrzymali się przy jednym z budynków mieszkalnych. Erik zerknął przez ramię, jednak nikogo tam nie dostrzegł, toteż wrócił spojrzeniem do towarzysza.
— Chcesz powiedzieć, że masz tu jakieś ukryte mieszkanie? — rzucił bez większego namysłu, gdyż było to pierwsze, co wpadło mu do głowy. Jego domysły szybko zostały zrewidowane, gdy mężczyzna zaczął coś szeptać do drzwi, a po chwili znaleźli się już w korytarzu wypełnionym posągami. — Chyba jednak nie. Zapomnij, że cokolwiek mówiłem.
Pozwolił poprowadzić się w głąb tego tajemniczego lokalu, lustrując wzrokiem misternie wykonaną tapetę. Z tyłu głowy momentalnie pojawiła się u niego myśl, że ktoś jego pokroju nie powinien tu być. I nie wiązało się to ze statutem krwi, czy popularnością w pewnych kręgach, a raczej pełnioną funkcją. Miał dziwne wrażenie, że gdyby natknął się tutaj na kogoś znajomego, to żadne z nich nie wiedziałoby co powiedzieć, aby wyjaśnić swoją wizytę. Nie myśl o tym za dużo, bo się wykończysz, zwrócił sobie uwagę, zasiadając po drugiej stronie stołu. To tylko restauracja. Ekskluzywna, bardzo dobrze wystrojona, ale dalej restauracja.
— Szczodrze. A Ty czego planujesz spróbować? — odparł zdawkowo, przeglądając leniwie menu. Starał się skupić wzrok na stronach z coraz to bardziej wymyślnymi potrawami. Nie uszło jego uwadze, że ceny wzrastały wraz z tym, im więcej obcobrzmiących słów pojawiało się w karcie dań. — Może coś polecisz?
Zerknął na swego rozmówcę, przesuwając wzrok ponad jego ramieniem, próbując uważniej przyjrzeć się głównej sali. Był tutaj pierwszy raz w życiu, toteż nic dziwnego, że jego spojrzenie naturalnie lgnęło do co bardziej wyróżniających się elementów wystroju. Unosiła się tu swego rodzaju mgiełka tajemnicy. Lokal, nawet jak na standardy czarodziejów, został ponadprzeciętnie dobrze zamaskowany, a wnętrze tylko podkreślało, że nie było to miejsce, które każdemu przypadłoby do gustu.
Było tu kameralnie, ale nie w ten sam sposób, jak w barach czy pubach w okolicy Pokątnej, czy Horyzontalnej, do których można było wejść z ulicy. Tam charakter miejsca nierzadko wynikał z tego, że było tam po prostu przytulnie, jednak w tym miejscu... Podejrzliwość. Erik nie potrafił oprzeć się wrażenie, że urok tego przybytku leżał przede wszystkim w jego funkcjonalności, niż w tym, że estetycznie wpasowywał się w gusta lwiej części klienteli. Nachmurzył się nieco, starając się nie myśleć o tym, co Brygada Uderzeniowa lub Aurorzy mogliby tu wyniuchać. Wziął głęboki oddech. Wyciszenie.
— Te ziemniaki brzmią... ciekawie — skomentował z niemrawym uśmiechem. — Chociaż scha'bowy po parysku też brzmi egzotycznie — dodał, akcentując nazwę kotleta w najgorszy sposób, jaki tylko się dało. — Dosyć tematycznie, czyż nie? W końcu nie sprowadziły tutaj zwyczajne kwestie.
Na pewno nie było to najbardziej zręczne porównanie pod słońcem, jednak trybiki w głowie Erika i tak zdawały się ciężko pracować, aby wyprodukować odpowiedni komentarz. Skupienie. Znał Perseusza przede wszystkim przez pryzmat jego relacji z Malfoyami, toteż korciło go, aby sprawdzić, czy mężczyzna podziela fascynację swego przyjaciela gierkami słownymi. Bądź co bądź, dał mu całkiem dobry materiał na początek.
— Muszę przyznać, że przyciągamy tu mniej uwagi niż w biurze — dorzucił. — Mam nadzieję, że faktycznie czujesz się tutaj bardziej... komfortowo.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞